Społeczeństwo

Herbowi

Jak żyją arystokraci w III RP

Arystokratyczny etos jedni uważają za nadęty balon, inni przyznają, że przetrwał nawet wówczas, gdy ziemiaństwo utraciło ziemię, zostało zamknięte w blokowiskach i musiało walczyć o przeżycie Arystokratyczny etos jedni uważają za nadęty balon, inni przyznają, że przetrwał nawet wówczas, gdy ziemiaństwo utraciło ziemię, zostało zamknięte w blokowiskach i musiało walczyć o przeżycie Tadeusz Późniak / Polityka
Czy prezydentura Bronisława Komorowskiego jest dla arystokratycznych rodów zwieńczeniem dążeń do władzy? Co naprawdę łączy dziś błękitnokrwistych?

Adam Rybiński herbu Radwan mówi żartem, że miał swój wpływ na wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta. – Bronek z Anią przyjeżdżali do naszego domu w Pruszkowie, tam mamy taki czerwony fotel, na którym, według tradycji, siedział prezydent Mościcki. Kiedyś powiedziałem Bronkowi: „siadaj na nim, to na pewno zostaniesz prezydentem”. I usiadł. Adam Rybiński jest mężem Katarzyny Czartoryskiej herbu Pogoń Litewska i najstarszym wnukiem Adama Branickiego, ostatniego pana na Wilanowie. Z Bronisławem Komorowskim jest spowinowacony: – Jego ciotka wyszła za naszego kuzyna Dowgiałłę – przywołuje rodzinne drzewo. Ale nie tylko drzewo się liczy. – Przyjaźniliśmy się od lat, jego ojciec Zygmunt był jak ja afrykanistą i moim wielkim przyjacielem, razem jeździliśmy do Maroka, a pan prezydent jeździł z nami i nam gotował. Rybiński jest doktorem etnologii, specjalistą od kultury Tuaregów.

Jednak nie wszyscy arystokraci uważają, że Komorowski jest ich. Są nawet tacy, którzy mają rodzinę prezydenta za szlachtę gołotę, której pozostał sygnet i wspomnienie błot na wschodzie. – Mamy większe kalibry – zapewnia Jerzy Donimirski herbu Brochwicz, choć przyznaje, że sam głosował na niego, mimo wszystko. I dodaje, że Komorowski powinien siedzieć cicho i nie przypominać o związkach ze środowiskiem, bo ono nie dało mu mandatu. – Zagrał na nasz kredyt krwi. Prawie nadużywa naszego zaufania. A w polityce nie działa się na konto towarzystwa. Został wybrany jako polityk, nie jako arystokrata.

Tak siebie określają: towarzystwo, środowisko. Nie: klasa. – Mówienie o klasie czy warstwie ziemiańskiej jest nieporozumieniem – wyjaśnia politolog Andrzej Szeptycki, syn Marii „Huli” hrabianki Szeptyckiej. Każdy z potomków ma wybór, czy chce należeć do środowiska, czy nie. Jest część ludzi, dla których to koło jest najważniejsze i podstawowe, ci często najlepiej wpisują się w stereotypy ziemianina czy byłego ziemianina. Jerzy Donimirski uważa, że skoro szlachectwo w oparciu o własność jest w tej chwili niemożliwe, lepiej mówić o inteligencji pracującej z kluczem historycznym. A środowisko jest liczne i zróżnicowane i z pewnością nie ma w kieszeni jednej legitymacji.

Religia, która dzieli

Mamy takie same awantury przy stole jak w innych domach. Wśród rodzeństwa mojej mamy są duże rozbieżności – przyznaje Władysław Rybiński, syn Adama, historyk sztuki i dziennikarz TVP. Ktoś inny, choć sam czuje się patriotyczno-niepodległościowo-narodową prawicą, wspomina, że omal nie zrezygnował ze wspólnych rozgrywek w polo, bo nastroje w towarzystwie były tak propisowskie, że zaczynało to być niemiłe dla zwolenników innej opcji.

Myślę, że wśród znaczących rodów szlacheckich najmniejsze poparcie miał Napieralski. A głosy między Komorowskim a Kaczyńskim były podzielone, przedstawiciele różnych opcji są wśród nas – powiada Henryk Grocholski herbu Syrokomla, jeden z udziałowców spółki będącej właścicielem Hotelu Europejskiego, prezes Związku Szlachty Polskiej oraz partner w kancelarii prawnej Nobilis Counsels, zajmującej się m.in. rynkiem kapitałowym i nieruchomościami. – Większość konserwatywnych ciotek głosowała na Kaczyńskiego – przyznaje jeden ze znanych arystokratów. Dostrzega, że wpływ wychowania kościelno-religijnego w tej grupie jest znacznie mocniejszy; większość owych ciotek kończyła różne szkoły katolickie.

Konserwatyzm obyczajowo-religijny zelżał wraz ze śmiercią Jana Pawła II. – Kościół stanął na rozdrożu, podzielił się na toruński i łagiewnicki i tak też się podzieliło towarzystwo – ubolewa Henryk Sobański herbu Junosza, dr farmacji z Krakowa. – Mam kuzynów, którzy święcie wierzą we wszystko, co powie Radio Maryja, są apologetami Tadeusza Rydzyka i Kobylańskiego, są przekonani, że katastrofa prezydenckiego samolotu to rosyjski spisek – stwierdza Jan Tarnowski, syn Róży i Artura z Dzikowa. I dodaje, że w istocie środowisko zawsze było podzielone, na emigracji i w kraju. Ale może najmniej w PRL, bo tego ustroju ani takiej Polski nie zaakceptowali nigdy, z wiadomych względów.

Religia tak, ale nie dewoteria. Adam Zamoyski herbu Jelita, znany historyk, przypomina, że sama przynależność do szlachty i rycerstwa wiązała się z wyznawaniem religii, co jednak nie było jednoznaczne z podporządkowaniem Kościołowi. Historycznie arystokracja była antyklerykalna (tym bardziej że niektórzy byli prawosławni – Czetwertyńscy, lub wyznania kalwińskiego – jedna z linii Radziwiłłów), a czasem też antypaństwowa, okazywała niechęć do podporządkowania się strukturom i to zostało w genach.

Z hrabią czy bez?

Podczas kampanii wyborczej, oprócz sporu politycznego o wizję państwa i prezydentury, w towarzystwie toczył się inny, równie poważny. Część środowiska kwestionowała dobre pochodzenie Bronisława Komorowskiego. Genealog dr Marek Minakowski (autor portali wielcy.pl i sejm-wielki.pl) opublikował artykuł, z którego wynika, że jest kilka rodzin szlacheckich o nazwisku Komorowski, które należą do różnych rodów heraldycznych, zwłaszcza Korczaków, Dołęgów i Łabędzi. Tylko Komorowscy z rodu Korczaków mieli tytuł hrabiowski. – Komorowscy herbu Dołęga od XVIII w. zbliżali się do Korczaków, aż w 1894 r. doszło do małżeństwa między tymi rodzinami. Wtedy też rzekome pokrewieństwo zostało potwierdzone przez władze austriackie, łącznie z prawem do tytułu. Była to dość popularna praktyka, a rodzina prezydenta mogła o tym już zapomnieć – mówi.

Bronisław Komorowski jest jak najbardziej hrabią. Zostało to potwierdzone pod koniec XIX w., wprawdzie przez Austriaków oraz na podstawie zawikłanych dokumentów, ale było to w czasach zaborów. Być może ktoś ma to za złe Komorowskiemu, ja nie, no bo jak długo można podważać decyzje tamtych, nieistniejących już monarchii sprzed tylu lat? Dziś nie miałby nawet kto tego skutecznie dokonać – wyjaśnia Grocholski. Komorowscy nie są też zbyt szeroko spokrewnieni. Przodkowie w linii męskiej herbu Dołęga wywodzą się ze wsi Komorowo w powiecie lipnowskim w ziemi dobrzyńskiej, podobnie jak ich sąsiedzi Mazowieccy, z których wywodzi się Tadeusz Mazowiecki (też herbu Dołęga). Co ciekawe, z tego samego powiatu pochodzi Lech Wałęsa. Komorowscy w XVI w. przenieśli się stamtąd na Litwę do powiatu wiłkomierskiego.

Henryk Sobański spór o tytuły uważa za jałowy. Tym, czym można się szczycić, są dokonania dla Rzeczpospolitej. Z punktu widzenia ludzi, którzy się odwołują do tradycji Polski szlacheckiej, chrześcijańskiej, jeśli ktoś miał herb, to historycznie jego przodkowie musieli dokonać rzeczy znaczących, często na polu walki, dlatego zostało im nadane szlachectwo.

Najbardziej radykalną opinię prezentuje Marcin Krasicki z Siecina herbu Rogala, który mówi, że to, czy Komorowski jest, czy nie jest arystokratą, nie ma znaczenia, bo jako prezydent i tak ma niewiele do gadania w Polsce.

Zresztą, w środowisku tytuły mniej się liczyły, w końcu większość nadali zaborcy, raczej patrzyło się na rodziny. – Od dzieciństwa mówiło się u mnie – „ta rodzina jest zacna, miała kilkudziesięciu senatorów czy marszałków koronnych”. To było ważniejsze niż ziemia, którą posiadała – wyjaśnia Jerzy Mańkowski herbu Zaremba, prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego i właściciel wykupionego rodzinnego Pałacu w Brodnicy.

Arystokratyczny etos jedni uważają za nadęty balon, inni przyznają, że przetrwał nawet wówczas, gdy ziemiaństwo utraciło ziemię, zostało zamknięte w blokowiskach i musiało walczyć o przeżycie. Są tacy, którzy jeszcze dziś uzależniają rozmowę z POLITYKĄ od opinii rodowej starszyzny. Za wydanie książki „Ostatni mazur”, opowiadającej o losach rodziny, Andrew Tarnowski został usunięty ze związku rodowego.

Co z tym etosem?

Zapytany o etos, Jerzy Donimirski wylicza: jesteśmy wolni. Lubimy mieć swoje zdanie. Kwintesencją tradycji jesteśmy.

Rzadko noszą sygnety rodowe, a do siebie mówią po imieniu. – Gdy ktoś tytułuje mnie książę, jestem zaskoczony, uważam nawet, że to nie na miejscu – przyznaje Konstanty Radziwiłł. Były prezes Naczelnej Rady Lekarskiej i prezydent Stałego Komitetu Lekarzy Europejskich w Brukseli wywodzi się z rodu książęcego Radziwiłłów herbu Trąby. Tytuły zniesiono w 1921 r., ale z pewnością liczy się duch, w jakim wychowują dzieci. – Kiedyś potrzebny był dwór, teraz świadomość dworu – podkreśla Donimirski.

Do tych ideałów, do opisu etosu, Andrzej Szeptycki dodaje jeszcze chęć działania społecznego. – Jeśli doszukiwałbym się prawdziwych przejawów ziemiańskiego pochodzenia u Komorowskich, to właśnie w wychowaniu dzieci: wszystkie są w organizacjach społecznych, pozarządowych. Jego syn Tadeusz brał udział w misji obserwacji wyborów na Ukrainie podczas pomarańczowej rewolucji, organizowanej zresztą przez Marynię Thun, córkę Róży, wnuczkę Jacka Woźniakowskiego. To ujmująca, mniej bufoniasta cecha towarzystwa.

Nie jesteśmy ksenofobami, arystokracja była tolerancyjna wobec innych kultur i religii – dorzuca do puli Adam Zamoyski. Przypomina, jak jego przyjaciel Jerzy Kosiński mawiał, gdy się spotykali w Nowym Jorku, że w Polsce każdy hrabia miał swojego Żyda. On natomiast ma swojego hrabiego. Ale może nie zawsze: Artur Tarnowski, właściciel Dzikowa, sprzedał słynny obraz Rembrandta „Lisowszczyk” i powiększył posiadłość tylko dlatego, żeby jego sąsiadem nie został Żyd, w dodatku niemiecki. Co nie przeszkadzało, że podczas okupacji rodzina wielokrotnie pomagała Żydom.

Mamy wpojone, że szlachectwo zobowiązuje, że trzeba się zachowywać przyzwoicie, nie wolno przekraczać pewnej linii – mówi Adam Zamoyski. Czy się tego przestrzega, czy nie, to już kwestia podejścia do życia. Jest też wśród nas wielu nieudaczników, wiecznych studentów, takich, którzy nie zdobyli wykształcenia, smażą placki w Dublinie albo nie pracują, żyją w posthipisowskich komunach, są w końcu wolnymi ludźmi, sami decydują o sobie. – Ale też rzadko słyszy się o aferach, w których arystokraci okazaliby się hochsztaplerami – dodaje.

Patriotyzm i służba państwu, tak najkrócej definiuje współczesny etos Henryk Sobański. Także ten obecny, obowiązujący w biznesie, dokąd trafia wielu młodych z towarzystwa. – Pracując, organizując coś, często myślimy więcej o kraju niż o własnym biznesie. Mogliśmy wyjechać, a jednak zostaliśmy, tu się dorabiamy, co służy krajowi – dajemy pracę innym, a mając pieniądze, często działamy prospołecznie i charytatywnie.

Sobański działa w Rotary, w dwóch towarzystwach naukowych i w organizacji nowej arystokracji, skupionej wokół czasopisma „Prestige”, w Bractwie Kawalerów Wawelskiego Dzwonu Spiżowego. No i w Stowarzyszeniu Monarchistów Wielkiego Księstwa Krakowskiego, zrzeszającym ludzi, którzy marzą o wielkości Polski. – Stoimy na gruncie Konstytucji 3 maja, którą w Polsce czci się bardziej niż współczesną ustawę zasadniczą, a ta mówi, że Polska pozostaje królestwem. To, zdaniem Sobańskiego, byłoby rzeczywiste połączenie I i III Rzeczpospolitej. W celu restytucji monarchii zawiązano nawet Konfederację Spiską na zamku Lubomirskich w Starej Lubowni. – Patrząc z tej perspektywy, to wybór Komorowskiego jest krokiem w dobrą stronę, daje nadzieję na niepartyjną prezydenturę, czyli służbę krajowi – zapewnia.

Ale sentymenty monarchistyczne mają nieliczni. W partii Leszka Wierzchowskiego Polski Ruch Monarchistyczny raczej nie ma prawdziwych arystokratów. Pomysły jej lidera wprowadzenia w Polsce monarchii konstytucyjnej powszechnie potraktowano jak wygłup. – Jesteśmy konserwatystami przywiązanymi do tradycji chrześcijańskich, ale nie ulegamy ekstremizmom ani z prawa, ani z lewa – mówi Konstanty Radziwiłł.

Polityka na dystans

Naszych arystokratów polityka od dawna nie pociąga. W I RP wszyscy herbowi formalnie byli wobec siebie równi i decydowali o losach państwa. Ale magnat różnił się od szlachcica statusem majątkowym i wpływami politycznymi. W okresie zaborów pojawili się nowi hrabiowie i książęta, utracili jednak wpływ na najważniejsze decyzje polityczne, zajęli się pielęgnowaniem patriotyzmu.

Potomkowie hetmanów, marszałków i senatorów I RP wracali do polityki po 1918 r. niezbyt ochoczo. Zmienili się w ziemian – w majątkach chętniej oddawali się pasjom lub działalności społecznej niż polityce. Jeśli już, to udzielali się w dyplomacji, w końcu znali języki, savoir-vivre i mieli pieniądze. Piłsudski przekonał ich, że ugrupowania konserwatywne będą dla nich lepsze niż endecja. Po przewrocie majowym trafili do rządu – Eustachy Sapieha, mimo że był jednym z organizatorów nieudanego zamachu na Wodza w styczniu 1919 r., został ministrem spraw zagranicznych, a senatorami zostali były prezydent Warszawy książę Zdzisław Lubomirski i niekwestionowany autorytet w środowisku polskich arystokratów książę Janusz Radziwiłł.

II wojna światowa „polskich karmazynów przeszlifowała” – napisała Małgorzata Szejnert w głośnym artykule o polskiej arystokracji „Mitra pod kapeluszem”, opublikowanym w POLITYCE w 1973 r. Niektórzy po prostu wyjechali z kraju, a szerokie koneksje pozwoliły im jakoś odnaleźć się za granicą. Byli też tacy, jak Alfred Potocki, którzy pod koniec wojny wywozili przy pomocy okupanta dzieła sztuki. Wielu stanęło do walki, ginęło i trafiało do obozów. Po wojnie zaczęły się aresztowania, wywózki na Łubiankę i do Krasnogorska, ci, którzy wrócili, zamieszkali w maleńkich mieszkankach, a w ich papierach pojawił się dopisek „bz” (byli ziemianie), utrudniający znalezienie pracy i przyjęcie na studia.

Bezeci pracowali jako nauczyciele i tłumacze, choć brali się też za inną robotę: Wanda Czartoryska była telefonistką, Ignacy Potocki, zanim został szefem Dolnośląskich Uzdrowisk, szył brezentowe plecaki. Marcin Krasicki trafił do więzienia, potem do kamieniołomu w Potulicach. Następnie pracował jako kierowca ciężarówki. Trudności i bieda nie zmieniły poglądów politycznych. Na współpracę z PRL poszli nieliczni – z przekonania Ignacy Krasicki, dziennikarz „Trybuny Ludu”, z poczucia obowiązku Krzysztof Radziwiłł (ojciec przyszłej senator Anny Radziwiłł), został szefem protokołu dyplomatycznego, przez co nazwano go „czerwonym księciem”. Po śmierci Stalina nazwisko przestało być piętnem. – Pokolenie moich rodziców przeżywało gehennę, ale mnie, rocznik 1958 r., nazwisko raczej pomagało, bo ludzie traktowali je jako coś w rodzaju solidnej marki, symbolu dobrej przeszłości – mówi Konstanty Radziwiłł. W czasach Solidarności większość środowiska walczyła z komunizmem – drukowano ulotki, działano, a ten i ów trafił nawet do więzienia.

Czy prezydenturę Bronisława Komorowskiego można uznać za symboliczne przywrócenie ciągłości między II i III Rzeczpospolitą? – Nie ma konotacji, że to nasz. Osobiście nie mam poczucia satysfakcji, nie odczuwam, że sprawiedliwość dziejowa się dokonała i wzrosły szanse na powrót do naszych domów – uważa Donimirski. Nasz, czyli ten, który zwróci majątki przejęte w drodze reformy rolnej, choć wiele z nich wcale pod dekrety PKWN nie podpadało. Spodziewali się, że wolna Polska, o jaką wielu z nich walczyło w opozycji antykomunistycznej, załatwi to z marszu, przyjmie ustawę reprywatyzacyjną i zwróci to, co zostało przejęte niezgodnie z dekretem, zwłaszcza domy rodzinne, czyli dwory i dworki, przemysł, pałace w miastach. Nie mówią, że motorem walki z komuną był własny interes, że przyświecał im ten jeden cel. Z pewnością nie i nie wszystkim. Jednak walka o zwrot majątków nie zrobiła środowisku dobrego PR już w wolnej Polsce.

 

O fotel biskupa i pałac po babci

Ubieganie się o zwrot majątku wydawało mi się hołdowaniem zasadzie ząb za ząb – mówi Maria Osterwa-Czekaj, wnuczka księcia Pawła Jana Sapiehy, brata kardynała Adama Sapiehy. W latach 80. współpracowała z Tajną Komisją Robotniczą Solidarności Hutników, później działała w Komitecie Obywatelskim. Zmieniła zdanie, widząc, że Kościół odzyskuje dobra, nawet te skonfiskowane przez zaborców. Że zwraca się utracone mienie gminom żydowskim. W rodzinnych Siedliskach od ołtarza powiedziała ludziom, że nie będzie się starała o zwrot tego, co ich, a jedynie o to, co należy do Skarbu Państwa i było zabrane niezgodnie z prawem. Bo na ustawę reprywatyzacyjną się nie doczekała.

Jan Tarnowski nie kwestionował przejęcia pól uprawnych, starał się o zwrot przemysłu, nieruchomości w Tarnobrzegu, a wreszcie pamiątek rodzinnych z muzeów w Rzeszowie i Łańcucie. Ma wyroki sądowe, ale żadne z muzeów nie kwapi się ze zwrotem. W myśl zasady: nie ja odbierałem, nie ja będę oddawać. Tarnowski zdecydował, że pamiątki, obrazy, srebra trafią do Dzikowa, do muzeum Tarnowskich. Aż piętnaście lat przekonywał do tego pomysłu lokalnych polityków.

Wciąż nas, widać, mają za krwiopijców – mówi Marcin Krasicki, spadkobierca pałaców w Bachórcu, starego i nowego, trzeciego po Krasiczynie i Dubiecku gniazda rodowego. Krasicki przygląda się dewastacji: jakby front przeszedł tędy wczoraj. Wycięto park, urządzono tuczarnię świń i tartak. Spichlerz, przeniesiony do skansenu w Sanoku, spalił się. – Hańba. Policzek dla państwa – mówi Krasicki. Pałace i park sprzedano, nowy właściciel podzielił je na działki i rozsprzedał. Krasicki na razie odzyskał kaplicę rodową na cmentarzu, którą remontuje. Procesuje się też z miejscowym proboszczem o fotel po biskupie Ignacym, który matka w 1944 r. zdeponowała na plebanii. Proboszcz przez 10 lat nie uznawał roszczeń. Poproszona o mediację kuria przemyska odpowiedziała, że nie będzie się zajmować byle krzesłem. Nie pozwolono mu także sfotografować dwóch kielichów i dziesięciu ornatów, ufundowanych przez Krasickich. – A dla mnie to sprawa sentymentalna – mówi potomek fundatora. Dubiecka też nie może odzyskać, choć ma wyrok sądu. – Cóż, mam się srożyć i nadymać jak paw? Lepiej niech już będzie w dobrych, choć obcych rękach, niż by miało niszczeć jak Bachórzec.

Najgłośniejszy jest spór o Wilanów. Zaczęło się od tego, że rodzina Branickich wystąpiła o zwrot pamiątek rodzinnych. – Sprawa się przeciągała, Wilanów żądał udowodnienia własności każdej łyżki, co często było niemożliwe – mówi Władek Rybiński. Już się cieszono, gdy prezydent Wałęsa powiedział, że pałac i muzealia zostaną państwowe, a pamiątki należą się rodzinie, ale Wałęsę zaatakowano za podejmowanie takich decyzji. Potem wyciągnięto sprawę długów. – W Polskę poszedł news, że potomkowie targowiczanina walczą o coś, co było zadłużone. Tymczasem spadkodawcami Wilanowa byli też twórcy Konstytucji 3 maja (Potoccy); a długi zostały spłacone, na co jest wpis sądowy z hipoteki – mówią.

Za czasów premiera Buzka spadkobiercy próbowali założyć fundację, która działałaby na zasadzie fundacji Czartoryskich, ale Wilanów się nie zgodził. – Po 20 latach prawnicy poradzili, że najlepiej wystąpić o nieruchomość. Praw do pałacu nikt nie może podważyć, gdyż po odkupieniu go w 1720 r. przez Elżbietę Sieniawską, po kądzieli zawsze zostawał w rodzinie – dodaje ojciec. Sprawa stanęła. – Państwo zastosowało politykę odsuwania, zaniedbywania, przyklepywania i zakopywania problemu, konflikt narasta, a prawo jest za nami – mówi młody Rybiński.

Na pytanie, czy nie ma niebezpieczeństwa, że spadkobiercy sprzedadzą i wywiozą muzealia, Rybińscy odwołują się do historii i etosu. – Budynek i największe dobra powinny być dostępne dla wszystkich. Muzeum ma długą tradycję, w końcu Kostka Potocki otworzył je w 1805 r., nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy to zmienić. To byłoby grube świństwo wobec naszych przodków i nas samych – mówi Władek, ale Adam Rybiński nie kryje, że złe emocje i czas działają na niekorzyść. – Na razie jest 27 spadkobierców, ale z czasem będzie więcej. Trudno założyć, że wszyscy, jak my, będą zawsze tak samo entuzjastycznie nastawieni do idei pozostawienia muzeum w Wilanowie.

Wartość dodana

Dotychczas podstawę prawną reprywatyzacji dworków i pałaców, zabranych na cele reformy rolnej, stanowił jeden z paragrafów (a ściślej – par. 5) rozporządzenia ministra rolnictwa z 1945 r. Powołując się na ten przepis, spadkobiercy występowali o stwierdzenie, że dana nieruchomość, np. dom rodzinny, nie podlegała dekretowi i została przejęta z naruszeniem prawa. Odbywało się to na drodze administracyjnej, od wojewody, z możliwością odwołania do ministra i NSA. Jednak 1 marca br. Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że ów przepis utracił moc jeszcze w 1958 r. i nie może być podstawą dla decyzji administracyjnych. Odesłał byłych ziemian i ich spadkobierców do sądów cywilnych. W ten sposób zablokowany został zwrot majątków. Byli ziemianie odbierają to jako kolejną szykanę ze strony władzy. Z danych Ministerstwa Rolnictwa wynika, że do końca pierwszego półrocza 2009 r. wpłynęło 17 tys. spraw związanych z rewindykacją nieruchomości, a połowa z nich podlegała rozpatrzeniu w trybie administracyjnym. Na ogół, mówią byli ziemianie, Skarb Państwa zwraca tylko kompletne ruiny.

Inną jest rzeczą, jaki los spotyka je po reprywatyzacji. Niektóre są natychmiast sprzedawane, często popadają w jeszcze większą niełaskę. Słynny pałac Tarnowskich na Szlaku w Krakowie, który wrócił do rodziny, już dwukrotnie był sprzedany i nadal wieje pustką, czeka na inwestora z pomysłem i pieniędzmi. Normalny obrót cywilnoprawny, jaki mógł być szansą dla wielu nieruchomości jeszcze 20 lat temu, jest dziś ograniczony, bo budowle są zrujnowane.

Jerzy Donimirski, który odkupił ruiny należącego kiedyś do rodziny zamku w Korzkwi, mówi, że w środowisku przetrwała miłość do ziemi. – Jeśli rodzina Kwileckich siedziała na Kwilczu 500 lat, to warto byłoby taką ojcowiznę odzyskać i trzymać. On sam miał pomysł: w odzyskiwanych budynkach urządzał hotele i ośrodki konferencyjne, jeden zarabiał na kolejny; tak odbudował zamek w Korzkwi i zamienił go na stylowy hotel. – Ale w środowisku są również tacy, którzy są źle nastawieni do biznesu, uczeni, artyści, duchowni – przyznaje.

Kiedyś na dwory pracowały majątki ziemskie i przemysł. Teraz są pozbawione zaplecza. Żeby je utrzymać, jednym z wyjść jest założenie spółki lub fundacji, które mogłyby przejąć zarządzanie odzyskanym majątkiem. – Ale wtedy właścicielom trzeba zaufać, że potrafią się troszczyć o swoją własność – podkreśla Maria Osterwa-Czekaj, zastępca prezesa Fundacji Książąt Czartoryskich. Prezes Adam Zamoyski nie rozumie na przykład, dlaczego państwo wciąż podejrzewa rodzinę, że źle rozporządzi „Damą z łasiczką” Leonarda da Vinci.

Potomkowie Aleksandra Fredry, Szeptyccy, powołali Fundację Rodu Szeptyckich. Jej celem jest ochrona narodowego dziedzictwa kulturowego związanego z historią rodu m.in. poprzez „odbudowę i ochronę obiektów zabytkowych będących historycznymi siedzibami rodu Szeptyckich w granicach Rzeczypospolitej”. Rodzina czuje się spadkobiercą Aleksandra Fredry oraz jego wnuków – braci Szeptyckich, z których jeden, metropolita Andrzej, był duchowym przywódcą galicyjskich Ukraińców, drugi, Stanisław – polskim generałem i ministrem w rządzie endecji, a trzeci, ojciec Klemens Szeptycki, zakonnikiem studytą, wyniesionym na ołtarze przez Jana Pawła II. – Fundacja to wartość dodana, twórcza. Siedzenie na szańcu i bronienie się nic nie daje – mówi Andrzej Szeptycki. Głównym projektem realizowanym przez Fundację jest Dom Komedii Aleksandra Fredry, który ma powstać w zwróconym rodzinie pałacu w Łaszczowie (woj. lubelskie).

Rodzina ponad wszystko

Uważają, że nie rozpuścili się w masie, nie ulegli degradacji, choć po wojnie i później środowisko było niewidoczne, walczyło o przetrwanie. Liczna grupa wyjechała z kraju po II wojnie światowej, są rozsiani po świecie i spokrewnieni z arystokratycznymi rodzinami w Europie. Ale nie zamykają się w swojej klasie.

Dlaczego nie mielibyśmy akceptować córki pana Kulczyka? W końcu wszyscy pochodzimy od Adama i Ewy – Marcin Krasicki komentuje demokratycznie głośny ślub młodego Jana, syna Stanisława Lubomirskiego, z córką najbogatszego Polaka. Przyznaje jednak, że niektórzy członkowie środowiska byli zgorszeni, bo wolą, gdy arystokraci żenią się między sobą. Henryk Sobański wylicza: – Ród Zamoyskich jest spokrewniony z rodziną królewską Hiszpanii, Matylda, wnuczka Zofii z Sapiehów Komorowskiej, żona króla Belgii, jest moją kuzynką przez Michała Sapiehę. I dodaje, że ta nieformalna personalna unia europejska istniała dużo wcześniej.

Nawiasem mówiąc, Michał Sapieha, który mieszka między Francją, Belgią i Polską, ma w notesie najważniejsze numery telefonów w Europie. Więzy rodzinne pielęgnowali starannie, nawet w najgorszych czasach.

Przeciętny człowiek ma kilkoro wujów i cioć, a ja mam ich nawet 500. Po pierwsze, dlatego że rodziny są liczne, po drugie, wszyscy o sobie wiemy. Okazjami do spotkań są śluby i pogrzeby, zawsze wielkie wydarzenia w sensie liczebności osób. Bo nie wypada nie zaprosić i nie przyjechać. Ale czy to jest sieć wiążąca nas ze współczesnymi dworami? Nie przesadzajmy, na te dwory jakoś specjalnie nie jeździmy, a jeśli już, to rzadko – opowiada Konstanty Radziwiłł.

Na rzecz integracji rozproszonych rodzin działają też związki rodów. Związek Rodu Tarnowskich powstał w 1998 r., w jego bazie danych jest około 6500 osób rozsianych po świecie. Związek Szlachty Polskiej skupia około 350 rodów. Nadal też funkcjonuje we Francji Montrésor, który w 1849 r. kupiła Róża z Potockich dla syna Ksawerego Branickiego. Ten pełen poloników zbieranych przez 150 lat zamek nad Loarą stał się ostatnim przyczółkiem polskiej arystokracji w starym stylu. Do dziś mieszkają tam Maria z Potockich Reyowa z synem Konstantym Reyem.

Ostatnio do ojczyzny wrócili młodzi arystokraci urodzeni i wykształceni już za granicą. Ale nie mają aspiracji politycznych. Wiele osób wsiąkło w biznes, mówią, że środowisko odnajduje się na liberalnym rynku. Jest liczne, wykształcone, kosmopolityczne. Adam Zamoyski mówi jednak, że są otwarci na propozycje służby państwu. Przedstawiciele rodzin pomagali już Krzysztofowi Skubiszewskiemu, gdy organizował nową służbę zagraniczną. Prezydenturę Bronisława Komorowskiego uważają (przynajmniej część) za kolejną sposobność powrotu do polityki.

Łączymy z wyborem Bronisława Komorowskiego nadzieje, że w końcu zaczniemy realizować to, co kolejne rządy tylko obiecują – Jerzy Mańkowski podkreśla, że teraz do etosu ziemiańskiego powinien dołączyć postulat modernizowania Polski. A sprawy własności prywatnej powinna rozwiązać ustawa.

Czy potrafią wyjść poza arystokratyczną pozę, poza ramy interesów własnego środowiska? Sporo historycznych nazwisk przewija się w historii III RP. Choćby Maria Sapieha ze Zdziechowskich, córka ministra skarbu II RP, żona Jana Sapiehy. Współzałożycielka i prezydent Fundacji Ex Animo, działaczka fundacji Ius et Lex. W 2005 r. była w Komitecie Honorowym popierającym Lecha Kaczyńskiego. Jest były senator OKP Andrzej Wielowieyski i Marcin Zamoyski, pełniący urząd prezydenta Zamościa z przekonania, że trzeba służyć krajowi z miłości do miasta. Autorytetem środowiskowym był Franciszek Byk Starowieyski, znany malarz, i jego bracia, ksiądz prof. Marek Starowieyski, znawca papirusów, a także prof. Kazimierz Starowieyski, znawca chemii związków metaloorganicznych. Jest Maria H. Szeptycka, matka Andrzeja, profesor fizyki badająca świat cząstek elementarnych; Konstanty Radziwiłł, autorytet w dziedzinie służby zdrowia; Dominik Radziwiłł, wiceminister finansów w rządzie Donalda Tuska. Adam Zamoyski, historyk, autor wielu książek. Prof. Karol Tarnowski, filozof i pianista...

Ale czy dziś mamy dobry czas dla autorytetów, czy znane nazwisko to jest na wolnym rynku jakaś wartość? Jan Tarnowski, kiedy wrócił z Kanady do Polski i zaczął bywać w Tarnobrzegu oraz Dzikowie, proponował miejscowym władzom pomoc, służył kontaktami, znajomością języków obcych. Nikt nigdy nie skorzystał z jego wiedzy, dano mu odczuć, że jest obcy, skoro tutaj nie mieszkał.

Teraz, kiedy Bronisław został demokratycznym prezydentem, wielu arystokratów przyznaje, że to jednak jest wielki sukces – nie tyle może samego środowiska, co jego etosu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Związek Marii Kazimiery z Janem

Maria Kazimiera d’Arquien, partnerka Sobieskiego w sypialni i dyplomacji.

Jerzy Besala
16.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną