Społeczeństwo

Model życia

Modelarza nic nie zraża

Międzynarodowy piknik modelarski pod górą Żar w Beskidzie Małym Międzynarodowy piknik modelarski pod górą Żar w Beskidzie Małym M. Łukaszewicz / Forum
U modelarza samolotowego liczą się: zmysł techniczny, zdolności manualne, obfitość wolnego czasu, cierpliwość oraz wyrozumiała żona, ewentualnie jej brak.
Marek Dąbrowski, wielokrotny mistrz Polski w klasie F4CTadeusz Późniak/Polityka Marek Dąbrowski, wielokrotny mistrz Polski w klasie F4C

Nie trzeba być znawcą przedmiotu, by uznać, że ma się do czynienia z arcycackami. W boksie Czecha Pavla Fencla na trzech szkolnych ławkach stoi dwupłatowiec Knoller C.II. W oryginale był samolotem zwiadowczym na wyposażeniu armii austro-węgierskiej i żywot miał dość krótki – po wypadku i śmierci dwuosobowej załogi jego produkcję zarzucono. Pavel zapatrzył się przed laty na jedyny zachowany do dziś egzemplarz – stacjonujący w praskim muzeum – i C.II doczekał się reinkarnacji, w wersji dziesięć razy mniejszej.

Tak musiał wyglądać oryginał, gdy wyjechał z fabryki: kadłub w czarno-zielono-niebiesko-kremowe plastry miodu, czarny krzyż na ogonie, drewniane śmigło, koła na szprychach, wsporniki rozpięte między skrzydłami, silnik z wygrawerowanym napisem Austro Daimler 1915. Na brzegu ławki Pavel przykleił kartkę z kategoryczną prośbą „Don’t touch!”, bo choć antyk wymaga respektu, to korci, by zakręcić śmigłem.

Po sąsiedzku inne dwupłatowce, myśliwce, samoloty komunikacyjne, akrobatyczne, odrzutowce. Historia lotnictwa w pigułce. W podobnym gronie spotykają się co rok. Na zmianę – na mistrzostwach Europy i świata modeli latających. Ostatnio w sierpniu na terenie Aeroklubu Częstochowskiego. Profil modelarza zawodowca: mężczyzna, umysł ścisły, żyłka techniczna, często na emeryturze, raczej bez uprawnień pilota, przy pierwszym kontakcie powściągliwy, lakoniczny, skupiony.

Modelarzem teoretycznie może zostać każdy, ale tego rodzaju zawody nie są już dla każdego. Pierwszy odsiew to krajowe kwalifikacje, bo występ pod narodową flagą jest dla wybranych, drugim – regulamin, w którym jasno napisano, że w najbardziej prestiżowej klasie F4C (sterowanych radiem) startują tylko rękodzieła. – Właściwie jedynym elementem, który można kupić, jest silnik – tłumaczy Marek Dąbrowski, wielokrotny mistrz Polski w F4C. – Poza tym wszystko – od początkowego szkicu do ostatniego pociągnięcia modelu farbą – trzeba wykonać własnoręcznie. To głównie pasja emerytów. Młodym szkoda czasu na taką dłubaninę. Na debiut nigdy nie jest za późno – rok temu na swoje pierwsze mistrzostwa Europy pojechał 70-letni Anglik Mick Henderson, od 12 lat na emeryturze. Był czwarty.

Perfekcjoniści z natury

Zawodowstwo wciąga po uszy. Trzeba zacząć od wyszperania dokumentacji technicznej samolotu, a ponieważ tak się składa, że modelarze to z natury perfekcjoniści, kopią w papierach do spodu. Adam Jaskiel, startujący w barwach Austrii (wyemigrował z Polski ponad 40 lat temu), gdy konstruował swoje ostatnie dzieło – Hurricane Sea Hawker – odpuścił dopiero po dotarciu do schematów używanych w czasie II wojny światowej przez angielskich mechaników. Warto też na własne oczy obejrzeć oryginał, obfotografować go ze wszystkich stron. – Byli tacy, co jak już się zapalili do jakiegoś modelu, to próbowali go wykonać mimo wszystko, nawet jeśli nie widzieli prawdziwego egzemplarza. I potem źle na tym wychodzili – tłumaczy Dąbrowski.

Gdy przychodzi do rywalizacji, mniej więcej na połowę ostatecznego wyniku składa się tzw. ocena statyczna, czyli wierność oryginałowi. Można na przykład zamiast dwóch silników zamontować jeden, a brakujący zastąpić atrapą. Grunt, żeby takie manewry nie odbiły się na wyglądzie i potencjale lotnym maszyny. Jeśli chodzi o wygląd, liczą się drobiazgi, detaliki, identyczność. Sędziowie to fachury, w małym palcu mają obrazy setek samolotów, są czuli na bylejakość. Mogą posiłkować się dokumentami, zdjęciami. Więc modelarzom udziela się obsesja szczegółu.

Niemiec Max Merckenschlager, tegoroczny mistrz świata w F4C, ponad 40 lat w modelarstwie, budując swoje ostatnie dzieło – Stinsona T1 Trimotor, amerykański transportowiec z okresu międzywojennego – namierzył w Minnesocie zapaleńca awiacji, do tego przy grubej forsie. Facet miał Stinsona, i to jeszcze na chodzie. Okazał się po amerykańsku uczynny i pomocny. – Nie byłem pewien koloru, więc gdy go restaurował, przesłał mi cząstkę kadłuba, do tego dołożył jeszcze fragment poszycia ze skrzydła – mówi Max. Przywiózł te części ze sobą, gdyby sędziowie mieli wątpliwości, czy z tysiąca odcieni granatu, wybrał właściwy. – Cacuszko – zachwyca się Dąbrowski modelem Stinsona. – I szacun dla Maksa, bo wysoko powiesił poprzeczkę. Trzysilnikowy samolot to trzy razy więcej kłopotów, do tego jeszcze zamykane podwozie i rozpiętość skrzydeł – aż trzy metry. Musiał nieźle główkować, żeby się zmieścić w limicie wagi, czyli 15 kg.

Walka na punkty

Nakład pracy konstruktorzy określają w godzinach. Średnia na model to 2 tys. godzin. Jeśli liczyć trzy godziny dziennie, to wychodzi dwa lata ciurkiem w warsztacie. Są tacy, co spędzili nad modelem i sześć lat. Frezowanie, toczenie, klejenie, laminowanie. Styropian, włókna węglowe, kevlar, no i wreszcie najbardziej rozpowszechnione w modelarstwie lekkie drewno – balsa. Modelarze mówią, że najtrudniejsza jest walka o przepisową wagę; to ciągłe wybory, kompromisy, kombinacje. Australijczyk David Law, lat 42, więc jak na środowiskowe standardy junior, musiał wyrzucić ze swojego akrobacyjnego Pitts Special siedzącego w drugim kokpicie kompana pilota, bo chciał zachować bezpieczny margines. Ma złe doświadczenia. – Kiedyś zrobiłem model na styk limitu wagi. Podczas podróży do Europy materiały nabrały wilgoci i na ważeniu okazało się, że jest lekko ponad 15 kg. I było po zawodach – opowiada.

Przyleciał na mistrzostwa z żoną Caroline. Kontrastowi. On poważny, rzeczowy, nieprzenikniony za ciemnymi okularami. Jej uśmiech nie schodzi z twarzy. Pasję męża znosi dzielnie, twierdzi, że nie czuje się zaniedbywana. A mogłaby, bo ostatnie pół roku Dave’a toczyło się w rytmie dwuzmianowym: 10 godzin w pracy (jest budowlańcem) i 6 w warsztacie modelarskim. Wolna tylko niedziela, a i to nie zawsze. Model ukończył niecałe dwa tygodnie przed zawodami. – Jestem z Dave’a dumna, bo dzięki niemu nasze dzieciaki zrozumiały, że w rywalizacji na równi z pucharami liczy się ogrom pracy, którą trzeba włożyć, by dopiąć celu – podkreśla walory edukacyjne mężowskiego hobby. Dave mówi, że latanie dla samego latania to za mało, bardzo go wciągnęła walka na punkty. Tym razem spadł z podium po trzeciej, ostatniej serii lotów i ciężko to znosi. Ale z drugiej strony, samolot ma już gotowy, może szlifować technikę lotu. – Dostałem wysoką ocenę statyczną, a to najważniejsze. Przepis na sukces jest jeden: stworzyć model bliski ideałowi, a potem do perfekcji opanować sterowanie – wykłada.

 

Marek Dąbrowski opowiada, że dla większości z nich praca nad modelem to obowiązek, rutyna. Ekstatyczne uniesienie nadchodzi dopiero przy okazji dziewiczego lotu. Tyle że dla nich, profesjonalistów, latanie nad łąką, polem, to za mało, więc dobrze, że 40-letnia tradycja mistrzowskich zawodów trzyma się mocno, a stempel stawia na nich FAI – Międzynarodowa Federacja Samolotowa.

W lataniu na punkty liczy się realizm – model ma brzmieć i zachowywać się w powietrzu jak oryginał. Jak myśliwiec, to muszą być pętle, beczki, ósemki, bojowe zawroty. Akrobatyczny – stosowne figury. Bombowiec – trzeba zrzucić imitacje ładunków i trafić w cel. Ale już od modeli z początków ubiegłego wieku, o ptasich profilach, nikt nie wymaga ewolucji, w cenie za to są elegancja, stabilność lotu, dostojna prędkość. Chodzi o to, by płynąć w powietrzu, a normy pływania są zróżnicowane w zależności od typu modelu.

Liczy się wszystko, nawet dźwięk kilkukonnego silnika musi do złudzenia przypominać oryginalny. Pędzi model odrzutowca Fouga Magister. Głośno, trzeba przerwać rozmowę. Dobrze, brawa. Za chwilę dwupłat Caudron G4. Klasycznie terkocze, nie miauczy – słychać fachowe uwagi. Dobrze, brawa. Hurricane Adama Jaskiela odrywa się od pasa, oddala się, a dźwięk rozpływa w powietrzu. Niedobrze, ale brawa – w końcu dżentelmeńskie zasady obowiązują.

Marzenia o sukcesie

Nie ma czegoś takiego jak moda na modele. Decydują upodobania, ambicje, względy praktyczne. Jaskiel wybrał Hurricane’a, bo latali na nim lotnicy Dywizjonu 303 podczas bitwy o Anglię. Merckenschlager – Stinsona, bo miał poczucie, że już wszystko zbudował i potrzebował wyzwania. Dąbrowski – Zlina 526 do akrobacji, bo stał taki w toruńskim aeroklubie i mógł go oglądać do woli, a poza tym, jak mówi, preferuje samoloty nieinwazyjne. Henderson wybrał specjalizację – przed DH9 był DH4, w przydomowym warsztacie czeka na niego gotowy w trzech czwartych DH9A. Law kiedyś budował odrzutowce, teraz stawia na modele do akrobacji, bo wydaje mu się, że sędziowie mają do nich słabość. – Generalnie starocie, dwupłatowce, są bardziej niewdzięczne do sterowania, gorzej trzymają wysokość, są wrażliwsze na podmuchy wiatru – przekonuje David, po cichu marzący o sukcesie, który choć trochę zrekompensowałby mu poniesione na hobby wydatki. Wycieczka do Polski pochłonęła jakieś 30 tys. zł.

Dąbrowski opowiada, że w tym towarzystwie rzadko spotyka się szpanerstwo, świecenie kasą po oczach, choć oczywiście są tacy, co montują silniczek produkcji japońskiej wart 10 tys. zł. On w swoim Zlinie ma sześć razy tańszy i też lata. – Na szczęście, nie obowiązuje zasada, że im droższy model, tym łatwiej o zwycięstwo. Zauważyłem, że najlepiej radzą sobie typy dłubaków, majsterkowiczów-zapaleńców, niespełnionych konstruktorów. I dodaje, że towarzystwo da się lubić, bo choć rywalizacja jest na poważnie, to pojęcie tajemnicy zawodowej raczej nie istnieje.

Kiedyś, zwłaszcza za komuny, więzy były bliższe, bo gdy w Polsce był permanentny deficyt wszystkiego, koledzy z Zachodu pomagali załatwić materiały potrzebne do konstrukcji, nie oczekując rewanżu. Teraz dokumenty wiszą w Internecie, materiały dostaje się na adres domowy ze specjalistycznych f-irm wysyłkowych. Są już nawet komputerowe symulatory sterowania modelami. Jak zaznacza Dąbrowski, pomocne do treningu, bo latanie w wirtualu to żadna frajda.

Polityka 38.2010 (2774) z dnia 18.09.2010; Ludzie i obyczaje; s. 106
Oryginalny tytuł tekstu: "Model życia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Zanim padły strzały II. Czarna wołga i tajemnicze fiolki pod kopalnią „Sosnowiec”

Jesienią 1981 r. w tłum górników kopalni „Sosnowiec” poleciały fiolki z duszącą substancją. Sprawców do dzisiaj nie znaleziono. Także motyw pozostaje niejasny, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że celem było wywołanie wrzenia w kraju i sprowokowanie siłowej konfrontacji.

Jan Dziadul
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną