Społeczeństwo

Projekt: Likwidacja

Jak znów likwidowano getto w Będzinie

Niemcy wyciągają Żydów z kryjówek, słychać strzały, krzyki, jęki. Niemcy wyciągają Żydów z kryjówek, słychać strzały, krzyki, jęki. Anna Musiałówna / Polityka
Frumka Płotnicka na zdjęciu cudem gdzieś ocalonym ma twarz bardziej okrągłą od Zuzanny Rybkowskiej i nie nosi warkocza. Frumkę przysłali bojownicy z getta w Warszawie do getta w Będzinie, żeby pomagała organizować ruch oporu. Zuzia jest studentką ekonomii. Pracuje w domu kultury i występuje w tutejszym amatorskim teatrze. Zuzia mieszka w całkiem innym niż Frumka Będzinie. Tamten przestał istnieć w 1943 r. 

W straszne dni początku sierpnia 1943 r. schroniła się z kolegami w bunkrze. Jaki tam bunkier, pewnie jakaś byle piwnica. Żydzi w getcie w Będzinie robili jakieś schowki, jamy, które nie dawały na dobrą sprawę schronienia przed Niemcami, ale pozwalały wierzyć, że może jakoś dzięki nim ocaleją.

17 lipca 1943 r., na kilka dni przed ostateczną likwidacją getta w Będzinie, Frumka i koledzy piszą do znajomych w Erec Israel: „kiedy otrzymacie ten list, nikt z nas nie będzie już żył”. Oświęcim jest niedaleko Będzina. Wszyscy Żydzi w getcie wiedzieli dokładnie, co ich czeka w Auschwitz-Birkenau.

Chłopcy z liceum nr 3 w niemieckich mundurach, pięknie wyprasowanych, buty wyglancowane, strzelają (zawodowy pirotechnik ma pieczę) do miejsca, gdzie broni się Frumka i towarzysze, którzy nie chcą iść do gazu bez walki. Ale amunicji mają tyle, co kot napłakał. I kiedy się kończy, Niemcy wyciągają ich z tego niby-bunkra. Wiadomo, że zabijają na miejscu. Gestapowiec staje Frumce butem na twarz i strzela dopiero wtedy.

Ale żeby nie epatować widzów okrucieństwem, licealiści w niemieckich mundurach odprowadzają bojowników na bok, poza spojrzenia widzów (jakby ci nie widzieli w telewizji codziennie trupów padających tuzinami). Rozlegają się strzały. Frumka, Józef Kożuch, Cwi Brandes i inni giną.

Że kocha się w pewnym Janku

Będzin nazywano przed wojną małą Jerozolimą, a zdarzało się w dziejach miasta, że liczba Żydów dochodziła do 80 proc. Nie było w Będzinie pogromów z tej prostej przyczyny, że nie byli mniejszością i że stosunki między nacjami układały się poprawnie, a często bardzo dobrze.

Będzin kwitł dzięki Żydom. Do nich należały trzy wielkie browary, huta, składy metali, drewna i setki sklepów i sklepików. Wszystko to zostało wytarte z powierzchni miasta przez diabelską gumkę – było przez stulecia i przestało być, jak nożem uciął.

Nie ma cmentarza. Po wojnie zrobiono na nim zajezdnię tramwajową. Nie ma synagogi. Wkraczający tu Niemcy podpalili ją razem z modlącymi się Żydami, dołączając do pożaru kilka okolicznych kamienic. Wielu ludzi uratował wtedy ksiądz Mieczysław Zawadzki z pobliskiego kościoła św. Trójcy, otwierając bramę i drogę ucieczki.

W kamienicach, które były własnością Żydów, zamieszkali Polacy. Niektóre z nich stoją dzisiaj puste. Na tej, która należała do rodziny barona Laskiera, wyrosły spore brzozy, czepiające się kurczowo życia między cegłami elewacji.

Jego córka, Rutka Laskier, czternastoletnia, śliczna – sam Mengele zwrócił w Oświęcimiu uwagę na jej wspaniałą urodę – pisała niedaleko stąd, gdzie ginie Frumka, pamiętnik przetłumaczony już na języki świata. Że widziała, jak Niemiec wyrwał matce dziecko i roztrzaskał je o słup. I że jakby przywykła do takich scen, co ją przeraża. I że kocha się w pewnym Janku, który chciał ją pocałować, ale ona się nie zgodziła. Pamiętnik przechowała w słoiku polska koleżanka Rutki. Ktoś w Oświęcimiu widział, że Rutka błagała, żeby ją podwieziono pod druty pod napięciem, bo nie chciała już żyć. Miała to szczęście, że nie od gazu, lecz umarła zwyczajniej, z wycieńczenia i choroby.

A matka Dosi, niewiele starszej od Rutki, zgodziła się na jej ślub z kolegą z klasy, bo widziała, że się kochają, a ileż jeszcze życia im zostało.

Rutka nie ma w Będzinie swojej ulicy ani muzeum, jak Anna Frank. Frumka też nie ma w mieście niczego, a taka na przykład Hanka Sawicka, którą Będzin ani ziębił, ani grzał, szkołę swojego imienia miała.

W Będzinie nowi mieszkańcy długie lata nie słyszeli o Frumce, Rutce, o tym, że stąd jest ojciec słynnego francuskiego mima Marcela Marceau i ojciec arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, że znany malarz Samuel Cygler także, że Joshua Pawer, wybitny znawca wojen krzyżowych, chodził do tutejszej szkoły. Przyjechała do Będzina przyrodnia siostra Rutki. Jej ojciec bankier, którego Niemcy wzięli w Będzinie do podrabiania banknotów, założył w Izraelu nową rodzinę. Siostra chciała zobaczyć miejsce, w którym Rutka pisała swój pamiętnik. Mieszka tam pewna pani. Czy słyszała coś o Rutce? Nie słyszała. I nie chce słyszeć, przeprasza, ale to mieszkanie należy do niej. Przyjeżdżali inni będzinianie żydowscy. Pochodzili trochę po mieście, pokręcili się i odjeżdżali. Pusto i obojętnie.

Uczniowie szkoły żydowskiej Szymonostwa Fürstenbergów chodzili po kafelkach w podłodze, wśród których jeden był z gwiazdą Dawida. Cóż, taka widać ozdoba. Młodzi ludzie, będzinianie, którzy przypinają sobie przed przedstawieniem plenerowym o ostatnich dniach getta gwiazdy Dawida na piersiach (a gdzie to trzeba przyczepiać, z lewej czy z prawej strony?), mówią, że długo nie mieli pojęcia o żydowskiej historii miasta. Dla nich Będzin był od zawsze ich miastem, także miastem ich rodziców, i pewnie było tak, cofając się w czasie, od zawsze: tylko ich, nikogo innego.

Litery zamiast grobów

Dni Kultury Żydowskiej wymyślił Adam Szydłowski, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Będzinie. Postanowił przywrócić miastu kilka wieków historii amputowanej, wyrwanej, głupio zapomnianej.

Było to najpierw dla współmieszkańców niezrozumiałe. Może ma od nich kasę, może coś. Kupił samochód – pewnie za ich pieniądze. Zaczęli mówić na niego Żyd, choć wiadomo, że nie Żyd. Potem: rabin. To już coś, awansowałem, mówi Adam Szydłowski.

Zaczęto zbierać judaika – Torę w ochronnej koszulce, teksty przywilejów królewskich nadanych Żydom będzińskim, jakieś fragmenty, kawałki ocalałe ze strychów, z piwnic, których nie spalono, nie rzucono do śmieci. Postawiono pomnik z fragmentem wagonu kolejowego na pamiątkę deportacji do Auschwitz prawie 28 tys. będzinian wyznania mojżeszowego, polskich obywateli.

I odnalazła się cudem księga urodzeń, małżeństw i zgonów Żydów od 1896 do 1940 r. Przyjeżdżają do Będzina ze świata i całują z płaczem w księgach podpisy zamordowanych rodziców, dziadków – w nich jedyny fizyczny po spalonych ślad: litery zamiast grobów.

Każdy przybysz jest witany elegancko, mówi Adam Szydłowski, w pełni zaopiekowany, nie przyjeżdża już w zimne miejsce. A dlaczego, pyta Tusia Hercberg, córka rabina, fundatora szpitala położniczego, nie odbudowaliście pomnika Nike na placu? Powinniście też bardziej, mówi Tusia, dbać o kościół św. Trójcy. A gimnazjum Rappaporta, jakie nosi imię? Sienkiewicza? To dobrze, przed wojną Żydzi nadali tej szkole to samo imię. A żydowskie dzieci, prócz swoich pieśni, zawsze śpiewały „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Gimnazjaliści z dawnej szkoły Rappaporta wiedzą już, kim był ten będzinianin. W szkole odsłonięto poświęconą mu tablicę. Historyczka Agata Durbacz chodzi z nimi śladami Rutki Laskier po Będzinie: ich koleżanka śliczna, wesoła, zamęczona.

Agata Durbacz zapytała uczniów z gimnazjum: czy w tym roku też chcą występować w projekcie „Likwidacja getta w Będzinie”. W poprzednim występowali w innym – „Wkroczenie Niemców do Będzina”. Bardzo chcieli. Rodzice też byli za.

 

Niemcy idą!

Na ulicę wychodzi najpierw dziewczynka w białej sukience jak do komunii i gra na skrzypcach „Meine judishe mame”. Eugenia Prawer, jedna z garstki ocalonych, pamiętała, jak do Będzina przyjeżdżała Hanka Ordonówna i śpiewała tę piosenkę. Eugenia słuchała z zachwytem, nie przypuszczając, że za niedługi czas tysiące matek straci tu swoje dzieci, a nawet, że będą je zabijały.

Widziała, jak Lodzia Rozencwajg podała luminal swojemu dziecku, a ono bladło coraz bardziej i uszy nabierały trupiego koloru. Gienia chciała krzyczeć „dzieciobójczyni”, ale nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa, bo te, które miały określone znaczenie, oto nagle traciły dotychczasowy sens. Gienia jeszcze przed wojną wybrała się do chorej siostry ich chrześcijańskiej służącej, mieszkającej w dzielnicy Warpie. Ze zdumieniem odkryła, że może istnieć mieszkanie bez salonu, biblioteki i łazienki z ciepłą wodą. W krótkim czasie po wkroczeniu Niemców jej rodzina, a także inne z bogatych ulic w centrum miasta zmuszone były porzucić mieszkania i przenieść się do nędznych ruder na Warpiach, gdzie mieszkali najbiedniejsi będzinianie, a także pospolite rzezimieszki. Ci zaś przenieśli się do pięknych żydowskich mieszkań, w osłupieniu kontemplując obecność kranu z wodą i toalety: pierwsze wcielenia hasła „proletariat do śródmieścia”, które po wojnie powtórzyli komuniści.

Getto będzińskie było otwarte, nie wybudowano murów, jak w innych miastach, można było z niego uciekać, ale dokąd? Na zewnątrz, wspomina Eugenia, „czyhało gestapo i żądna łupów masa zoologicznych antysemitów”. To nie było duże miasto, w którym łatwiej przychodziło się ukryć.

Szczęśliwcy z getta pracowali w warsztatach – krawieckim i szewskim. Ta praca dawała Żydom złudną nadzieję na przetrwanie. Żeby dostać się do pracy, ludzie płacili każdą cenę.

Krótko przed nocą z soboty na niedzielę 31 lipca 1943 r. Niemcy unieważnili wszelkie przepustki, również potwierdzające pracę w warsztatach. W plenerowym projekcie w Będzinie o śmierci getta noc apokalipsy dzieje się po południu. Szesnasta. Przyjechały telewizje. Po ulicach getta chodzą Żydzi. Wyglądają jak tamci. Jest wśród nich Iwo Piętak, syn nauczycielki ze szkoły podstawowej nr 6, schludny, ładnie ubrany, czysty mimo rozpaczliwego braku mydła w getcie. Może to Zygmunt, syn jubilera, świeżo poślubiony mąż Dosi Konińskiej, szczeniaccy małżonkowie, którzy ze świadkami i zastępem gości w komplecie zasilili wkrótce kominy Auschwitz-Birkenau.

Ulicą biegnie młody chłopak. Niemcy idą! – krzyczy przerażony. Rozpoczyna się likwidowanie getta. Żydzi chowają się do swych biedaschronów, do bram, do schowków. Po ulicy dudnią podbite buty żołnierzy. Na ich czele idzie Friedrich Kuczyński, sadystyczny nauczyciel gimnazjalny z Rumunii, skazany po wojnie przez sąd w Katowicach na śmierć, przystojny, nordycki typ.

Niemcy wyciągają Żydów z kryjówek, słychać strzały, krzyki, jęki. Widzowie stoją w milczeniu. Nikt nie chodzi, nie rozpycha się, nie ma lodów i popcornów, jak zwykle bywa w Będzinie na piknikach.

Eugenia pamięta, że jedna z matek krzyczała jak szalona, żeby powiedzieć esesmanom, że jej dzieci takie dobre i grzeczne, one będą ciężko pracować, choć mają cztery i sześć lat, ale wyglądają na dwanaście, one nie drzewo, żeby je palić. Gienia zobaczyła córkę Koprowicza z żyletką w ręku. Stała nad swym niemowlęciem. Spytała, jak należy mu poprawnie poprzecinać żyły. Nie ma takich scen w pokazie. Dzieci też nie ma. Jakby je hitlerowcy oszczędzili, jakby je gdzieś ukryto i zabezpieczono przed wywózką do gazu.

Na ulicę wjeżdżają wypożyczone ciężarówki z lat wojny. Niemieccy żołnierze ładują do nich Żydów wyciąganych z bram. W rzeczywistości pędzono ich pieszo do wagonów. Upychano. Jeśli w wagonie nie mieściła się noga i zwisała, ryglowane drzwi ucinały ją jak tasakiem. Ludzie doskonale wiedzieli, że jadą do gazu. Państwo Cyglerowie wyrzucili swą córkę Marusię z pociągu. Wychowało ją polskie małżeństwo. Grała w izraelskich filmach.

Ulica pustoszeje. Chór uczniów z gimnazjum pięknie śpiewa smutną żydowską pieśń. Pokaz skończony. Adam Szydłowski zapowiada, że za rok zostanie pokazana ostatnia część tryptyku „Wyzwolenie”. Niemcy wykonali swój plan likwidacji getta perfekcyjnie. Nie ocalał prawie nikt. Ale po wojnie zaczęli do Będzina nadciągać uratowani gdzie indziej, jak Gienia Prawer, która przeżyła na robotach w Niemczech, podając się za chrześcijankę z literą P na piersi. Jakieś tysiąc osób. Zobaczyli swoje mieszkania i domy zajęte przez nowych mieszkańców. Ci nowi przyjęli ich wrogo: to was Hitler nie zagazował?

Żydzi poszli ze swego miasta. Rozjechali się po Polsce i świecie. W Będzinie zostało kilku, może kilkunastu. Przyjęli polskie nazwiska, zmienili tożsamość. Potem miasto ucięło swoje żydowskie dzieje jak niepotrzebną narośl. Na sześćsetlecie obchodów Będzina ich nie było: wykreśleni. Przyjechali dopiero na 650-lecie i opowiadali mieszkańcom swe życiorysy. Gienia Prawer skończyła medycynę, chorowała na depresję, urodziła niepełnosprawną córkę i syna, który jest lekarzem w USA. W 1968 r. musiała z Polski z mężem wyjechać.

Jak to wszystko będzie można uczciwie pokazać w trzeciej części tryptyku w Będzinie pod tytułem „Wyzwolenie”?

Polityka 38.2010 (2774) z dnia 18.09.2010; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "Projekt: Likwidacja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Small talk zaczął być źródłem stresu

Dr Marzena Cypryańska-Nezlek o tym, dlaczego pogawędka o pogodzie straciła miłą neutralność i zaczęła wywoływać napięcie.

Katarzyna Kazimierowska
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną