Wdowa po Nigeryjczyku czeka na pomoc

Spadek po nielegalnym
Monika Itoya, wdowa po zastrzelonym przez policjanta na Stadionie Dziesięciolecia Nigeryjczyku, mieszka z trójką dzieci na 10 m kw. Państwo nie zrobiło na razie nic, by jej pomóc.
Najmłodszy syn Moniki i Maxwella ma teraz trzy lata. Gdy zginął ojciec, chłopiec niewiele z tego rozumiał.
Tadeusz Późniak/Polityka

Najmłodszy syn Moniki i Maxwella ma teraz trzy lata. Gdy zginął ojciec, chłopiec niewiele z tego rozumiał.

Dzień po śmierci Maxwella doszło do demonstracji pod komisariatem przy ul. Grenadierów. Skandowano „Policja ma krew na rękach”, „Mordercy”. Były gwizdy i bębny. Dziś uczestnicy demonstracji wzywani są na przesłuchania.
ROBERT GARDZINSKI/Fotorzepa

Dzień po śmierci Maxwella doszło do demonstracji pod komisariatem przy ul. Grenadierów. Skandowano „Policja ma krew na rękach”, „Mordercy”. Były gwizdy i bębny. Dziś uczestnicy demonstracji wzywani są na przesłuchania.

wideo

„Spadek po nielegalnym” Bartek Orlicki

Maxwell Itoya zaczynał pracę o pierwszej w nocy. Na Stadionie działał jeszcze wtedy nocny market. Siedział tam do szóstej rano, potem wpadał do domu coś zjeść, umyć się i wracał do roboty. Monika opiekowała się w domu trójką dzieci. On zarabiał na rodzinę i wynajem mieszkania. Handlował podróbkami. Zwykle esemesował, czy wszystko w porządku, bo w takiej pracy to wcale nie jest oczywiste; policja często robiła naloty. Tego dnia zadzwonił. Gdzieś posiał sto złotych, prosił, żeby poszukała, bo mieli zapłacić czynsz. A potem znowu zadzwonił telefon, ale nie odbierała. Maxwell mówił, żeby nie odbierała, jak wyświetla się obcy numer; bo i po co? Uwag o bambusach i dzieciach czarnucha dosyć mieli na ulicy. Ale dzwoniło i dzwoniło, nie do wytrzymania. Więc w końcu odebrała: Maxwell nie żyje, jadę po ciebie, wykrzyczał jakiś kobiecy głos. A potem wszystko jak przez mgłę. Kiedy dojechała na Stadion, zobaczyła płachtę leżącą na ziemi. Wystawała spod niej ręka. Jego. Poznała. Miał bardzo szczupłe dłonie.

Był 23 maja 2010 r. Wiadomo, że zaczęło się od rutynowej akcji ścigania handlarzy podróbkami. Jeden z nich zaczął uciekać. Policjant go dogonił, szarpali się. Wtedy nadbiegł Maxwell, wstawić się za kolegą. Krzyczał, żeby tak nie traktować człowieka. Policjant jedną ręką trzymał wyrywającego się handlarza, a drugą wyciągnął broń i skierował w stronę Maxwella. Krzyczał, żeby odszedł. Potem strzelił. Trafił w tętnicę udową. To wersja świadków. Według wersji policji Maxwell szarpał się z funkcjonariuszem, próbując odebrać mu broń.

Przystanek Polska

Maxwell pochodził z Nigerii, z plemienia Edo. Jego rodzina mieszka w małym miasteczku. Mają tam kawałek ziemi. Pierwszy przyjechał do Polski jego brat Joshua. Został zabity w niewyjaśnionych okolicznościach, nożem. Maxwell chciał go sam pochować. Według ich tradycji nie wolno dopuścić do kremacji. Pali się tylko przestępców. Ciało powinno spocząć w ziemi. Mimo wszystko postanowił zostać w Polsce. Mimo wszystko uznał, że ma tu lepsze szanse niż w Nigerii. Wcześniej brat wysyłał pieniądze rodzinie. Ktoś musiał przejąć ten obowiązek. W Afryce została matka i dwie młodsze siostry.

Poznali się z Moniką na Stadionie. Ona przyszła odwiedzić koleżankę. On miał stoisko obok. Zaczepił ją pierwszy. – To był czarujący facet. Naprawdę potrafił rozmawiać. Mimo że był u nas dopiero rok, nieźle mówił po polsku – wspomina Monika. Na drugie spotkanie umówili się w kawiarence przy rondzie Waszyngtona. Pół roku później wzięli ślub. Gdy urodziły się dzieci, wynajęli dwupokojowe mieszkanie i uczyli się kompromisu.

W jego tradycji mężczyzna w ogóle nie opiekuje się dziećmi, a wychodząc z domu, nie ma zwyczaju mówić, dokąd idzie i kiedy wróci. Można powiedzieć, że w tej sferze Maxwell przyjął normy europejskie – opowiada Monika. – Ja zgodziłam się, żeby dzieci od małego próbowały ostrych, aromatycznych potraw. Nauczyłam się gotować egusi, danie z mielonych pestek melona w wywarze mięsnym ze szpinakiem, czy okro, zupę z nieznanych u nas zielonych warzyw.

On rozmawiał z dziećmi po angielsku, ona po polsku; ze sobą mówili własną, angielsko-polską mieszanką. W grudniu mieli po raz pierwszy jechać do Nigerii, odwiedzić rodzinę Maxwella. W tym roku miał dostać polski paszport. Trochę to trwało, bo w papierach, które złożyli, były jakieś błędy formalne. Zaczął robić różne kursy, żeby dostać legalną pracę. – Był już zmęczony stadionowym stresem. Coraz częściej się zastanawiał, czy nie wyjechać gdzieś dalej, do Norwegii albo Kanady. A może założyć własną firmę. Żeby nasze dzieci nie musiały pracować tak jak on. Miał 250 pomysłów na minutę – wspomina Monika.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną