Społeczeństwo

Szczęśliwy los Les

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Małgorzata i Ewa są parą od 2005 r. Małgorzata i Ewa są parą od 2005 r. Leszek Zych / Polityka
Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.
Homoseksualizm kojarzy się ludziom przede wszystkim z seksem, a nie z płcią.Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta Homoseksualizm kojarzy się ludziom przede wszystkim z seksem, a nie z płcią.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w lutym 2011 roku.

Joanna Cieśla: – W Polsce o orientacji seksualnej mówi się na trzy sposoby: śmiertelnie poważnie, obraźliwie albo wcale. Skąd pomysł, by założyć kabaret i wystawiać skecze zainspirowane życiem gejów i lesbijek?
Małgorzata Rawińska:
– Bezpośrednim pretekstem była potrzeba jakiejś atrakcji na imprezę urodzinową portalu Kobiety Kobietom. Przebrałam się za mężczyznę, który przebiera się za kobietę, która przebiera się za mężczyznę. Występ okazał się sukcesem. Założenie kabaretu chodziło mi po głowie od dawna – przecież nasze życie pełne jest zabawnych sytuacji.

Ewa Tomaszewicz: – Albo przynajmniej takich, w których można znaleźć komizm: ukrywanie się i coming out, ekspresowe łączenie się w pary i rozstawanie.

Dlaczego poza paniami nikt nie potrafi z tego żartować, przynajmniej publicznie?
Ewa:
Głównie z powodu ostrożności. Homoseksualizm kojarzy się ludziom przede wszystkim z seksem, a nie z płcią. Więc na wszelki wypadek geje i lesbijki, mówiąc o swoim życiu, wolą uderzać w poważne tony, takie jak homofobia, miłość, równość, prawo.

A może w Polsce będąc gejem albo lesbijką wciąż jednak trudno być szczęśliwym? A u nieszczęśliwych zwykle jest kiepsko z poczuciem humoru.
Ewa:
Dlaczego niby trudno jest być szczęśliwym?

Bo poziom tolerancji jest niski.
Ewa:
To chyba nie tak działa. Po naszym udziale w konkursie „Love is in the air” pisze do nas wiele osób. Odezwał się między innymi chłopak z małej miejscowości, który niedawno powiedział rodzicom, że jest gejem. Wyrzucili go z domu i on bardzo cierpi, głównie dlatego, że nie ma kontaktu z młodszym bratem. Ale pisze też, że jest szczęśliwy, bo im powiedział i czuje ulgę. Mam wrażenie, że szczęście nie zależy od poparcia społecznego.

Oj, chyba samopoczucie trochę zależy od tego, czy człowiek jest akceptowany.
Ewa:
U niektórych może zależy. Ja widzę to tak: rodzice to ważne osoby, ale przecież niejedyne na świecie. Czy akceptacja ze strony sprzedawczyni w sklepie albo, nie daj Boże, pani minister od dyskryminacji powinna mieć dla mnie znaczenie? Jeśli ktoś z powodu ich opinii czuje się źle, to ma kłopot przede wszystkim ze sobą. Owszem, niektórzy żyją w strachu: co się stanie, gdy inni się dowiedzą, że jestem gejem czy lesbijką. Ale jeśli coś ich unieszczęśliwia, to – w moim przekonaniu – właśnie ten strach. Nie brak akceptacji, tylko to, co się dzieje w ich głowach. A gdy tak cholernie się boisz, to trudno mieć dystans do siebie.

Dystans do siebie to w ogóle rzadko spotykana zaleta. Jak ją panie rozumieją?
Ewa:
Wolność od przekonania, że wszystko kręci się wokół mnie i mnie osobiście dotyczy, że wszyscy na mnie zwracają uwagę. Można też mieć dystans do siebie jako kogoś. Na przykład do siebie jako lesbijki.

Małgorzata: I to właśnie mam. A może uczę się tego cały czas i pewnie będę się uczyła do końca życia.

Od czego ta nauka się zaczęła?
Małgorzata:
Kiedy zrozumiałam, że jestem lesbijką, bardzo zaangażowałam się w pracę na rzecz naszego środowiska. Taką mam naturę – przeszkadza mi wszelka dyskryminacja i niesprawiedliwość, a jednocześnie lubię płynąć pod prąd. Dużo robiłam w Stowarzyszeniu Grup Lambda, udzielałam wywiadów jako pierwsza osoba w Polsce, która powiedziała, że jest lesbijką, pokazując jednocześnie twarz i ujawniając nazwisko. To był początek lat 90., biegałam od prasy do radia. I tak w to weszłam, że dostałam przezwisko Zoja, od jednej z bohaterek serialu „Dom” – działaczki, chyba ZMP, ogromnie ideologicznej. Byłam taką właśnie typową nieomal partyjną działaczką: klapki na oczach, sztandar w dłoni. Przedstawiałam się: lesbijka Małgorzata Rawińska.

Zoja z „Domu” w pewnym momencie porzuca idealizm. Pani też?
Małgorzata:
Nie. Ale zaczęłam sama siebie pytać, dlaczego tak strasznie zabiegam o tę – nie lubię tego słowa – tolerancję czy akceptację.

Z czego wynikły te pytania?
Małgorzata:
Chyba ze zmęczenia. Poczułam, że nie mam już siły walczyć dla innych, a mnie samej akceptacja nie jest niezbędna. Wystarczą mi równe prawa. Jednocześnie zauważyłam, że dużo lepiej działa, gdy zamiast na przykład tak ostentacyjnie się przedstawiać, normalnie opowiadam o swoim życiu. Na pewno miało znaczenie spotkanie z seksuologiem Wiesławem Sokolukiem, który bardzo wspierał nasze środowisko. Zwrócił nam uwagę, że gdy rodzice dowiadują się o naszej orientacji, mają prawo przeżyć szok. Ja byłam wtedy ze swoją rodziną w fazie wojny po coming oucie. I dotarło do mnie, że może lepiej będzie, jeśli zamiast toczyć tę wojnę, będę opowiadać, co u nas słychać. Żeby moja mama zrozumiała, że takie same problemy łączą ludzi homo i heteroseksualnych: pralka, lodówka, zakupy, plamy na obrusie. Poskutkowało. I nadal się tego trzymam. Gdy w pracy na papierosie jest rozmowa o finansach w związku, mówię, jak jest u mnie i mojej dziewczyny. Czasem ktoś zada pytanie: jak to u dziewczyny? Bo ja mam dziewczynę – odpowiadam. I wtedy zwykle pada po prostu: aha. Dla mnie ważne było odkrycie, że jeśli nie robię z czegoś tajemnicy, nie traktuję tego szczególnie, to inne osoby to przejmują.

Własnym zachowaniem sugeruje pani innym, jak reagować na to, że jest pani lesbijką?
Małgorzata:
Tak. Najpierw jestem człowiekiem, potem kobietą, potem dopiero lesbijką.

Ewa: Ja, żeby złapać dystans do siebie, potrzebowałam znaleźć grupę, w której mi dobrze. Kiedy człowiek uświadamia sobie tę swoją rzadszą orientację seksualną, to często wydaje mu się, że jest sam na świecie. Gdy ja odkryłam, że jestem lesbijką, nie miałam z tym wielkiego problemu, ale też zastanawiałam się: co teraz będzie? Chodziłam do klubów, żeby kogoś poznać. Ale nie czułam się dobrze tam, gdzie teoretycznie powinnam się dobrze czuć, bo chadza tam dużo osób takich jak ja. Nie podobała mi się wizja mojego życia polegającego na spędzaniu kolejnych piątkowych wieczorów w klubie. A w Trójmieście, gdzie wówczas mieszkałam, nie było żadnego miejsca, gdzie gej, lesbijka mogą spotkać takie osoby jak on-ona i robić z nimi coś innego, niż pić piwo. Powiedziałam sobie: przestań użalać się, że nigdzie nie pasujesz, zrób coś, co tobie będzie pasowało. I zaczęłam organizować mecze piłki nożnej lesbijek. A potem współzakładałam w Trójmieście Kampanię Przeciw Homofobii. I poczułam, że jestem u siebie i że jestem bezpieczna – kieruję tym, co dzieje się wokół mnie. Wtedy zaczęłam nabierać poczucia humoru.

Ślub chciały panie wziąć po to, żeby pokazać, że życie osób homoseksualnych toczy się tak samo jak heteroseksualnych?
Ewa:
Kiedy wysyłałyśmy zgłoszenie na konkurs, nie myślałyśmy o tym w ten sposób. Było to zupełnie spontaniczne. Ale potem przyszła refleksja, że dzięki temu coś też może się zmienić – wróci dyskusja o związkach partnerskich. Bo na pewno potrzebujemy regulacji prawnych dotyczących wspólnego życia. Pod tym względem też jesteśmy tacy jak wszyscy.

A może ten patetyczny ton, którym zwykle lesbijki i geje mówią o swoich sprawach, wynika z generalnej polskiej skłonności do cierpiętnictwa? Osoby homoseksualne z innych krajów też tak się zachowują?
Małgorzata:
Trudno to porównywać. Amerykańscy geje i lesbijki walczą o swoje prawa od 1969 r., kiedy doszło do zamieszek z policją pod pubem Stonewall w Nowym Jorku. Potem charakter tego ruchu się zmieniał. W latach 70. próbowano argumentacji: jesteśmy tacy sami jak wy, normalni, chcemy być traktowani tak samo. Ale w latach 80. wraz z HIV nastąpił zwrot: pieprzcie się, jesteśmy inni niż wy.

Ewa: Prośby przeszły w żądania: umieramy, nasi partnerzy umierają, a nie mamy żadnych praw – i to się ma natychmiast zmienić. Trudno mówić, że martyrologia to wyłącznie polska specyfika. Naszym rysem jest raczej to, że nie mamy czegoś takiego jak gay pride – wspólnoty, społeczności, zbudowanej wokół dumy gejowskiej czy lesbijskiej.

Orientacja seksualna to powód do dumy?
Ewa:
Chodzi o dumę rozumianą raczej jako brak wstydu z powodu tego, kim się jest. U nas tego nie ma. Dlatego na parady przychodzi kilka tysięcy osób, a nie kilkaset tysięcy.

Parada to chyba właśnie manifestacja dumy, a nie celebracja cierpienia?
Ewa:
Ależ to się łączy! Które parady były najbardziej udane? W 2005 r., gdy w Warszawie Lech Kaczyński zakazał jej organizowania, a w Poznaniu marsz równości został spacyfikowany. Biją naszych? No to idziemy. W tym sensie funkcjonujemy bardzo po polsku: najlepiej zbieramy się, gdy trzeba wystąpić przeciw.

Małgorzata: Tyle że gdy przyglądam się sobie uczciwie, muszę sama siebie zapytać: o co ci chodzi? Masz dziewczynę, a nawet żonę, którą twoi rodzice zapraszają na obiad, masz fajną i dobrze płatną pracę, masz świetnych przyjaciół i znajomych. W sklepach w sąsiedztwie twojego domu sprzedawcy licytują się, kto da ci kredyt, jeśli chwilowo tracisz płynność finansową. Jaka martyrologia?

Owszem, równe prawa dla homo- i heteroseksualistów są bezdyskusyjnie konieczne. Ale jeśli chodzi o atmosferę, klimat wokół nas, to przykrości mogą człowieka spotkać z różnych powodów – bo na przykład jest ateistą albo nie jest ateistą. To jest wliczone w ryzyko życia. I chyba nie ma co nawet od tego ryzyka uciekać. Czytuję fora internetowe; gdy pod informacjami o nas pojawiły się komentarze, że jesteśmy brzydkie, że jeden z drugim „kijem od szczotki by takiej nie tknął”, najpierw zrobiło mi się przykro. Ale po chwili dotarł do mnie absurd tego, co tam wypisują. Gdyby mi się chciało, odpisałabym: ciesz się, że wzięłyśmy ślub, bo już żadna z nas nie zastawi na ciebie sideł.

Ewa: Nam, oczywiście, łatwiej jest mieć dystans, bo mamy mnóstwo szczęścia. Żyjemy w Warszawie, można powiedzieć enklawie tolerancji. Podejrzewam, że kogoś z małego miasta nasze opowieści mogą wkurzyć. Ale też po naszym udziale w konkursie od wielu osób dostałyśmy sygnały, że dajemy im wsparcie, mają nadzieję, że kiedyś im też tak się ułoży jak nam. Bo przecież wciąż bardzo wiele osób homoseksualnych żyje w przeświadczeniu, że nigdy nie zrobi coming outu i nigdy nikogo nie znajdzie. Myślę, że lepiej, jak zobaczą nas – uśmiechnięte, żartujące − niż działacza opowiadającego o tym, jak go pobili, wybili mu okno, wyzwali od pedałów.

Jak się nie bać, że jednak mogą wyzwać i wybić okno?
Małgorzata:
Wielu rzeczy nie zauważamy. No dobrze – nie zapamiętujemy. Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego?

Polityka 06.2011 (2793) z dnia 05.02.2011; Coś z życia; s. 77
Oryginalny tytuł tekstu: "Szczęśliwy los Les"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną