DEBATA: Co lepsze dla psa - eutanazja czy schronisko?

Pieskie życie, pieska śmierć
Polska jest europejskim rekordzistą w liczbie i wielkości schronisk dla bezdomnych zwierząt. Ale to wcale nie znaczy, że udało się rozwiązać problem. Przeciwnie.
Nikt w Polsce nie został uznany za winnego porzucenia zwierzęcia lub zaniechania opieki.
Alexander Demianchuk/Reuters/Forum

Nikt w Polsce nie został uznany za winnego porzucenia zwierzęcia lub zaniechania opieki.

Nikomu specjalnie nie zależy, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się w schroniskach.
Martina/BEW

Nikomu specjalnie nie zależy, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się w schroniskach.

Nielegalna hodowla psów w Kłobucku.
Leszek Pilichowski/Agencja Gazeta

Nielegalna hodowla psów w Kłobucku.

Nie ma tygodnia bez szokujących doniesień z kolejnych schronisk: katastrofa humanitarna w Korabiewicach, eksterminacja psów w Starachowicach, decyzja lekarza weterynarii o zamknięciu schroniska w Celestynowie. Co się dzieje?

Komuś leje się woda z wanny, zalewa łazienkę, a on podstawia kolejne wiaderka i miski, dopóki ktoś mu nie poradzi: zakręć kran idioto – opisuje Tadeusz Wypych z Fundacji dla Zwierząt Argos. – Z bezdomnymi zwierzętami jest podobnie. Urzędnicy traktują je jak stado, które społeczeństwo z pewnych względów postanowiło hodować w schroniskach. A to jest strumień, który przez system schronisk przepływa jak przez olbrzymią rurę; żywioł, nad którym nikt nie panuje.

Gdzie one są?

Kilka lat temu Tadeusz Wypych zaczął liczyć. Z jednej strony psy, za których wyłapanie zapłaciły gminy, a z drugiej psy przyjęte do schronisk. I wyszło gigantyczne manko. Manko to powiększa się jeszcze, gdy doliczyć psy, które w niejasnych okolicznościach znikają już na miejscu, w schroniskach. Są placówki, gdzie liczba zaginionych zwierząt sięga 70–80 proc. Przyjęto je, ale ich nie ma. Gdzie się podziały? Na to pytanie nikt nie potrafi precyzyjnie odpowiedzieć. Część ginie w umieralniach, takich jak ta w gminie Krężel, gdzie w działającej pod szyldem przytuliska stodole stłoczono ponad 200 zwierząt: wycieńczonych, chorych, zagłodzonych, przetrzymywanych razem z padłymi już psami. Bywa tak jak w Starachowicach. Prawo nie pozwala usypiać psów tylko z tego powodu, że są bezdomne, więc radni przegłosowali, że psy biegające bez nadzoru uznaje się za nadmiernie agresywne. W ciągu trzech lat uśpiono na tej podstawie prawie 400 zwierząt. Zdarza się, że hycel odstawia psy do własnego schroniska, które istnieje tylko pod postacią pieczątki. Co z psami? Może je usypia, a może wypuszcza. To się nawet bardziej opłaca, bo można je wyłapać ponownie i znowu zainkasować pieniądze.

Do 1997 r. psy trafiające do schroniska, których w ciągu dwóch tygodni nikt nie odebrał ani nie adoptował, można było uśpić. Ustawa o ochronie zwierząt, rozpoczynająca się deklaracją, że zwierzę nie jest rzeczą, nakłada na państwo obowiązek opieki nad nimi. Tylko że to samo państwo przyjęło ustawę o czystości w gminie, która ma zapewnić ludziom ochronę PRZED bezdomnymi zwierzętami, traktując je jak inne odpady komunalne typu szambo czy śmieci. Trzeba się ich pozbyć.

Najlepiej tanio. Reaktywowano instytucję hycla, a kwestię opieki urynkowiono. Gminy negocjują z hyclami i schroniskami opłaty za wyłapanie i przyjęcie psa. Kiedyś było to średnio 200–300 zł. Dziś stawki sięgają 2,5 tys. zł (choć bywa, że i 50 zł). To może być naprawdę intratny biznes, zwłaszcza gdy wymyśli się sprawny mechanizm upłynniania zwierząt. Schroniska stały się ogniwem tego systemu. Umowa o przyjmowaniu gminnych psów to cyrograf, który prędzej czy później zmienia te miejsca w piekło dla zwierząt. Każdy przyjęty pies przynosi w zębach pieniądze. Problem w tym, że jednorazowo. Gdy się kończą, trzeba przyjąć następne zwierzęta. To błyskawicznie prowadzi do zagęszczenia, które psy albo regulują same, zagryzając się, albo trzeba je jakoś inaczej eliminować. Dobrze, gdy za pomocą zastrzyku, a nie łopaty.

Małe i molochy

To nie znaczy, że nie ma dobrych schronisk. Są takie, w których fantastycznie działa wolontariat, a upłynnianie zwierząt odbywa się poprzez adopcje. Przy czym – według Haliny Sztreker, wiceprezeski fundacji prowadzącej schronisko w podwarszawskim Milanówku – dobre schronisko to schronisko małe. – 200, góra 250 psów. Tyle można ogarnąć. Większa liczba zmienia się w bezimienną masę – tłumaczy.

W Milanówku jest teraz 120 psów. Mogłoby być więcej, ale obowiązuje tu zasada, że we wspólnym boksie można łączyć tylko psa z suką, bo dwa psy będą się gryzły. A suk jest mniej. Kierowniczka Janina Orłowska obchodzi co rano wszystkie boksy i sprawdza: ten chory, temu oczy ropieją, ten ma rozwolnienie. Wiadomo, czym trzeba się zająć. Co sobotę przyjeżdżają tu wolontariusze. Każdy pies wyprowadzany jest do lasu na spacer, głaskany, wyczesywany. W ten sposób udało się zresocjalizować nawet amstafy, zarekwirowane z miejsca, w którym organizowano walki psów. Schronisko ma podpisane umowy z gminami, ale na konkretną liczbę zwierząt, np. z Milanówka przyjmują 30 psów rocznie.

Problem w tym, że wiele polskich schronisk to molochy gromadzące po 600–700 zwierząt. Warszawski Paluch jest bodaj największym schroniskiem miejskim w Europie. Dziś przebywa tam ok. 2,3 tys. psów. Nie ma tragedii, bo to duże miasto. Sporo zwierząt to zguby, których szukają właściciele. W dużym mieście łatwiej także organizować adopcje.

Gorzej jest w położonych na odludziu schroniskach, prowadzonych często przez samotne kobiety. Poświęcają majątek, by kupić kawałek ziemi i stworzyć tam azyl dla bezdomnych, harują jak wyrobnice od rana do nocy, żyją na granicy ubóstwa. Trudno kwestionować ich dobre intencje, ale w pewnym momencie tracą kontrolę, przestają sobie radzić. Dla Violetty Villas, zatrzaśniętej przez kilka dni w domu z kilkudziesięcioma psami, mogło się to skończyć utratą życia.

Nie potrafią odmawiać, biorą każde zwierzę. Niestety, często też nie potrafią żadnego oddać. Włącza się mechanizm opisany w zachodniej literaturze jako animal hoaring syndrome, co można przetłumaczyć jako syndrom kolekcjonera zwierząt. Polega on na gromadzeniu nadmiernej liczby psów czy kotów, którym nie jest się w stanie zapewnić podstawowych warunków do życia. Kolekcjoner nie przyjmuje do wiadomości, że sobie nie radzi, nie dostrzega cierpienia stłoczonych, chorych, niedożywionych stworzeń. Jest przekonany, że ma szczególny dar porozumiewania się ze zwierzętami. Na to nakłada się nieufność do ludzi i podejrzliwość, co sprawia, że takim osobom bardzo trudno pomóc.

Przyjęte nieefektywnie

Niedawny reportaż TVN z Korabiewic pokazał rzeczy wstrząsające: poranione, chore psy, których nikt nie leczy, zagryzione szczeniaki, niesterylizowane suki, które mnożą się bez kontroli. To straszne zakończenie pięknej historii.

Magda Szwarc przepracowała ćwierć wieku jako księgowa w Zakładzie Widowisk Cyrkowych. Widziała, co się dzieje podczas tresury, i jak mogła, walczyła o zwierzęta. Pokochała niedźwiedzie i postanowiła, że po przejściu na emeryturę stworzy dla nich azyl. Wykupiła ziemię w okolicach Puszczy Mariańskiej i sprowadziła się tam z kilkunastoma psami, które przygarnęła podczas podróży po Polsce z cyrkowym taborem. Zbudowała gawry dla kilku niedźwiedzi. Potem pojawiły się konie, wykupywane z transportów do Włoch; krowy, które przyprowadził wójt, bo błąkały się po lesie. I coraz więcej psów. Głównie podrzucanych, bo jak po okolicy rozejdzie się fama, że jest ktoś, kto nie odmawia, to nie ma zmiłuj.

To ciągle jeszcze było do opanowania. W 2000 r. Magda Szwarc została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski za pomoc zwierzętom. Tragedia zaczęła się, gdy podpisała umowy z okolicznymi gminami i hycel bez umiaru zaczął zwozić do Korabiewic psy. Schronisko weszło w patologiczny system, na co nałożył się syndrom kolekcjonera. Ludzie, którzy przyjeżdżali po zwierzęta, wyczekiwali godzinami pod bramą i byli przepędzani.

Wiele adopcji wyglądało tak, że wolontariuszka łapała psa na ręce i uciekała przed Magdą – opowiada Cezary Wyszyński z fundacji Viva, która przez pewien czas próbowała współpracować ze schroniskiem. – Kiedyś znaleźliśmy dom dla husky, który w Korabiewicach żył na łańcuchu. Człowiek przyjechał po niego ze Śląska, miał tam kilka ogrodzonych hektarów, gdzie pies mógłby się wybiegać. Czekał weterynarz. A Magda psa nie oddała, bo, jak mówiła, pies jej powiedział, że woli być u niej na łańcuchu. Zaczęła dokarmiać szczury, bo to też zwierzęta. Za pieniądze zebrane przez uczniów na karmę dla psów kupiła kangura.

Wolontariusze Vivy od kilku lat alarmowali, że w Korabiewicach dzieje się dramat. Alarmował Tadeusz Wypych, który zrobił bilans i wyszło mu, że 70 proc. psów wyłapanych i przywiezionych do Korabiewic gdzieś znika. W 2005 r. wyłapano do schroniska prawie 1500 psów, a przyjęto 270. Zawiadomiono prokuraturę. W śledztwie Magda Szwarc tłumaczyła, że ta różnica to uśpione ślepe mioty, ponad 100 psów trzeba było uśpić podczas odławiania, prawie 200 padło wskutek zatrucia, a reszta uciekła lub została adoptowana. Sprawę umorzono. Prokuratura uznała, że brakujące psy zostały do schroniska przyjęte, tyle że „nieefektywnie”. Po telewizyjnym reportażu ponownie zajęła się Korabiewicami.

Przymknięte oczy

Nikomu specjalnie nie zależy, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się w schroniskach. Gminy, opłacając hycla, kwestię opieki nad bezdomnymi zwierzętami mają odhaczoną, a nadzór Inspekcji Weterynaryjnej okazał się całkowitą porażką. – Jest to nadzór jawnie pozorny, bo inspektorzy to urzędnicy, których głównym zajęciem jest sprawdzanie jakości mięsa. Bilans zwierząt w schronisku niespecjalnie ich interesuje – mówi Tadeusz Wypych.

Gdyby nie ślepota urzędników Inspekcji Weterynaryjnej, tych najbardziej drastycznych przypadków dałoby się uniknąć – dodaje prof. Andrzej Elżanowski, zoolog i działacz prozwierzęcy.

Faktycznie, najgorsze mordownie, jak choćby ta w Krzyczkach, w której przepadły tysiące psów (POLITYKA 4/08), długo działały pod nadzorem inspekcji, która nie miała zastrzeżeń. Jak opisuje Tadeusz Wypych, wręcz namawiała przedstawicieli organizacji społecznych do przymknięcia oka na niedociągnięcia. Zdarza się, że IW toleruje finansowanie z publicznych pieniędzy niezarejestrowanych schronisk.

Wymiar sprawiedliwości także nie pomaga w walce z bezdomnością. Nikt jeszcze w Polsce nie został uznany za winnego porzucenia zwierzęcia czy zaniechania opieki. Wanda Dejnarowicz, dyrektorka schroniska na Paluchu, złożyła w zeszłym roku 22 wnioski na policję i do prokuratury o wszczęcie postępowania wobec właścicieli psów, które udało się zidentyfikować dzięki czipom. Kończy się to dwojako: albo umorzeniem, albo odmową wszczęcia.

Zdarza się, w najbardziej szokujących i nagłośnionych medialnie przypadkach, że sprawy prowadzących schroniska kończą się wyrokiem; oczywiście w zawieszeniu. Ale nie zdarzyło się jeszcze, by do odpowiedzialności zostali pociągnięci urzędnicy lokalnych władz, którzy tę działalność zlecali i finansowali.

Gdy fundacji prowadzącej schronisko w Krzyczkach już odebrano zwierzęta jako ofiary znęcania się, prezydent Pruszkowa przez kolejny rok posyłał tam psy. Prowadzący w tej sprawie śledztwo asesor dopatrzył się w działalności prezydenta pewnych uchybień formalnych, ale uznał, że jego działanie było „nakierowane na osiągnięcie konkretnych celów w zakresie szeroko rozumianej ochrony środowiska”.

Przypadków, gdy gminy de facto płaciły za przestępstwo, pilotowaliśmy kilkadziesiąt. W żadnym nie ma zarzutów – mówi Tadeusz Wypych. – Prokuratury i sądy podzielają powszechne wśród urzędników przekonanie, że ich zadanie polega na usuwaniu zwierząt.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną