Społeczeństwo

Dług nasz powszedni

Dłużnicy według komorników

Komornicy tworzą własne typologie dłużników, którzy nie chcą płacić. Komornicy tworzą własne typologie dłużników, którzy nie chcą płacić. Mirosław Gryń / Polityka
Dłużnik ofiara i kat komornik – tak się stereotypowo przyjęło. A jak wyglądają dłużnicy oglądani oczami komorników?
Komornik jest jak strateg, który planuje operację egzekucji długu.Jakub Jirsák/PantherMedia Komornik jest jak strateg, który planuje operację egzekucji długu.

Według A. kiedyś ludzie bardziej się wstydzili. Tego, że mają długi i że nachodzi ich komornik. Dziś to spowszedniało. Niemal każdy ma jakiś kredyt. Każdy chce pojechać na Teneryfę, kupić plazmę, komunię dziecku urządzić. Bez kredytu nie uda się biznes. Banki kuszą i ludzie wpadają w pułapkę łatwego pieniądza. Potem noga im się powinie. Biorą kolejny kredyt, żeby spłacić poprzedni. I tak w kółko, aż zrobi się pętelka. Po pamiętnym upadku banku Lehman Brothers w 2008 r., co stało się symbolem światowego kryzysu finansowego, wróżono, że świat czeka fala masowych licytacji i samobójstw zbankrutowanych klientów banków, która może dotrzeć także do nas. Aż tak źle nie jest, choć Polacy mają coraz większe kłopoty w spłacaniu zaciągniętych długów.

Komornik B. licytuje mieszkanie emerytki, która ma 20 kredytów: w bankach, kasach pożyczkowych. W sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nie ma szans, żeby to odzyskać, wchodząc jej na emeryturę.

Zdaniem komornika C., bankowe kuszenie powoduje, że kredyty biorą ludzie niefrasobliwi, tacy, którym nie dałoby się nawet szklanki do potrzymania, bo stłuką. Rozczulająco nieporadni, nie są w stanie nawet wyliczyć sobie odsetek.

Dłużnik z pętelką

A. to komornik warszawski, B. ma kancelarię w średniej wielkości mieście na Kujawach, C. działa w małej podwarszawskiej miejscowości, specjalizuje się w sprawach gospodarczych. Wszyscy trzej przyznają, że skutki kryzysu już w ich pracy widać, chociaż u każdego trochę inaczej.

A. opowiada, że kiedyś sytuacja była jasna: dwie strony sporu, dłużnik i wierzyciel, a pośrednikiem komornik. Od momentu, gdy na rynku pojawili się windykatorzy, czyli prywatne firmy ściągające wierzytelności i skupujące długi, wszystko stanęło na głowie. Większość spraw A. dostaje właśnie od nich. Czasem ma wrażenie, że jest używany jako straszak. Windykatorzy jeszcze prowadzą negocjacje co do spłat, a jednocześnie oddają sprawę do komornika, żeby dłużnika przycisnąć, postawić pod ścianą. W efekcie do A. trafiają sprawy najtrudniejsze, których firmy nie są w stanie same rozwiązać. Dłużnik jest już wymęczony przez windykatorów, wydzwaniających rano i wieczorem, chodzących po sąsiadach, wypytujących w miejscu pracy. Kryzys widać też po tym, że rośnie liczba osób zadłużonych u kilku wierzycieli.

Na terenie B., gdzie windykatorzy nie są jeszcze tak aktywni, kryzys przekłada się na liczbę spraw. Po górce lat 90. była ona mniej więcej stała, z tendencją zniżkową, a od dwóch lat zaczęła rosnąć. Jeszcze do niedawna w mieście były dwie kancelarie komornicze. Teraz jest siedem, otwierają się dwie kolejne.

Rośnie też liczba spraw gospodarczych. Mniej więcej od maja 2008 r. firmom spada sprzedaż, trudniej o kredyty; robi się krótka kołdra finansowa i spółki – zwłaszcza małe – wpadają w kłopoty. Obowiązuje też zasada: im mniej pieniędzy na rynku, tym więcej oszustów. Według C., dziś 30 proc. kontraktów to lewizny zawierane ze świadomością, że się nie zapłaci. Ale sporo przedsiębiorców zawiera kontrakty czy bierze kredyty w dobrej wierze. Potem coś się zawali, wierzyciele monitują i wtedy facet zaczyna się uszczelniać. Powołuje kolejne spółki córki, pozbywa się możliwego do ściągnięcia majątku. Po uszczelnieniu firma jest wydmuchana. Zostaje tylko z kosztami. Zyski idą do drugiej spółki, a potem trzeciej i piątej. C. pamięta przypadek, gdy w jednym pokoju zarejestrowanych było 15 spółek. Wszystkie pieczątki leżały w jednej szufladzie.

Strusie i pieniacze

Komornicy tworzą własne typologie dłużników, którzy nie chcą płacić. Na strusia – to jedna z najbardziej popularnych strategii. Struś udaje, że długu nie ma. Nie odbiera telefonów, nie przyjmuje listów, a potem mówi: o niczym nie wiem, nikt mnie nie informował. To niebezpieczna metoda. B. opowiada o kliencie, który tak konsekwentnie unikał spłaty 120 zł, że skończyło się licytacją mieszkania.

Typ drugi to dłużnik z poczuciem mocy. Zna sztuczki prawne, straszy znajomościami. Jest przygotowany do rozmowy. Komornika często wita słowami: no i co frajerze, nie tacy już ze mną próbowali. Do tej grupy należą uszczelnieni.

Typ trzeci, pieniacz. Przedłuża procedury, składa skargi, najczęściej na wycenę licytowanego majątku. W sądach walczy do grobowej deski. Pisze do rzecznika praw obywatelskich, do Strasburga, do wszystkich świętych. B. zna przypadek, gdy za niezapłacone alimenty zlicytowano dłużnikowi całe gospodarstwo. Po spłacie zaległości zostało 100 tys. zł. Nie odebrał ich do dziś. Gdyby odebrał, to by przyznał, że komornik działał legalnie, a w życiu nie przyzna.

Spora i najtrudniejsza emocjonalnie dla komorników grupa to bezradni. Ludzie, którym przytrafiło się w życiu nieszczęście. Albo stracili pracę. Pół biedy, gdy są młodzi. Większa szansa, że dostaną inną, banki mają do nich zaufanie, łatwiej zrolują im kredyty (dadzą kredyt konsolidacyjny). Starszym nie zrolują, bo kredyt konsolidacyjny spłaca się dłużej i łatwo wyliczyć, że na spłatę może im życia nie wystarczyć.

No i emeryci. Jedna z najbardziej zadłużonych grup. Banki kredytują ich chętnie, bo wiadomo, że na emeryturę wejść najłatwiej. Ale zabrać można tylko część. Wierzycieli bywa tylu, że każdy dostaje z tego 2–3 zł miesięcznie. Kupionego na raty telewizora czy pralki nie ma i nigdy nie było, bo najczęściej to rodzina bierze kredyt na babcię, a kiedy trzeba spłacać, zostawia ją na lodzie.

Nawet gdyby ten telewizor był, to ja go nie wezmę – deklaruje A. – Egzekucja z ruchomości najczęściej jest kompletnie nieskuteczna. Nie da się sprzedać sprzętu AGD, mebli czy nawet używanego samochodu za rozsądne pieniądze. Podaż na rynku wtórnym jest ogromna. Poważny problem zaczyna się wtedy, kiedy wysokość odsetek przekracza kwotę, którą w zgodzie z przepisami mogę zabrać. Wtedy trzeba licytować mieszkanie. Ja nie mam wyboru. Muszę wszcząć skuteczną egzekucję.

Na widły, na litość

Eksmisje z powodu niespłacania rat za mieszkanie to na razie rzadkość. Ludzie zaciskają zęby i robią wszystko, żeby nie stracić kupionego na kredyt lokalu. Banki też się nie palą do licytacji. Ceny nieruchomości spadły i trudno odzyskać całą sumę. Powodem eksmisji są najczęściej niepopłacone czynsze i rachunki. Ludzie, zwłaszcza starsi, nie mają instynktu samozachowawczego. Żyją w przekonaniu: przecież z mieszkania mnie nie wyrzucą. – A potem przychodzimy my – mówi A.

Na takie sprawy komornik musi uodpornić się emocjonalnie, bo inaczej zmierza prostą drogą do zawału. A. przyjął zasadę – nie brać akt do domu, po godzinach urzędowania całkowicie się zresetować, oddzielić prywatność i powtarzać sobie: to tylko praca. Ale w myślach coś podpowiada: dla ciebie może praca, dla nich kwestia życia. Siedzi mu w głowie sprawa trzypokoleniowej rodziny. Mieszkanie było tak zadłużone, że doszło do eksmisji. Młodsi wzięli manatki, gdzieś się wynieśli. Została dwójka najstarszych. Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Podobno wyprowadzili się na wieś do dalszej rodziny. Ale czy ta rodzina na pewno ich przyjęła? Lepiej o tym nie myśleć, bo człowiek by oszalał.

– Wiadomo, kontakt z komornikiem jest z założenia stresujący – przyznaje B. – Musimy wyciągnąć z dłużnika, ile się da, nie poddając się emocjom. Pomocne są w tym procedury, które ściśle określają, co wolno, a czego nie, i świadomość, że jest druga strona, czekająca na odzyskanie pieniędzy. Egzekucje na alimenciarzach dają nawet pewną satysfakcję. Ważne też, że w Polsce nie ma eksmisji na bruk. Komornik nie musi nikogo wyrzucać na ulicę. Ale i tak powinien być gotowy na wszystko. Rzucano już w B. widłami, bywał pobity, kilka razy trafił do szpitala. Kiedyś potrącili mu asesora samochodem, bo dłużnik próbował wywieźć rzeczy.

Komornik jest jak strateg, który planuje operację egzekucji długu. Idzie pierwszy, przed policją i ślusarzem. I musi sprawę załatwić tak, żeby majątek nie ulotnił się tylnymi drzwiami. Niektórzy próbują brać na litość albo grożą, że się powieszą. – Mnie się na litość wziąć nie da, bo posługuję się rozumem – mówi B. Owszem, może pomóc napisać wniosek do wierzyciela, kiedy np. emeryt prosi, żeby mu przed świętami ściągać nie 200, tylko 100 zł, ale manipulować sobą nie pozwoli.

Wspomina, że gdy zaczynał pracę, ludzkie historie bardziej się do niego przyklejały. Dziś już nie. Ale ma klientów, z którymi łączą go związki wieloletnie. Choćby jeden z pierwszych w jego karierze, przedsiębiorca, który zbankrutował w latach 90., przyjął go herbatą i serdelkami z własnej, upadłej właśnie masarni. Miło się rozmawiało, choć wiadomo było, że firma i dom pójdą na licytację. To nie wystarczyło na pokrycie długów. Dziś przedsiębiorca jest na rencie. B. mu na tej rencie siedzi i będzie siedział do końca życia, ale wyliczył, że facet musiałby żyć tysiąc lat, aby spłacić długi.

Inna sprawa, najbardziej przykra w jego karierze, też ciągnie się latami. Małżeństwo – właścicielka apteki i weterynarz – straciło syna w wypadku samochodowym. Historia była głośna w mieście, bo uderzył w niego czołowo złodziej, który w ten sposób popełnił samobójstwo. Zostawił nawet list pożegnalny. Rok później B. licytował aptekę. Ludzie się z tej tragedii nie podnieśli. Pogubili się życiowo i zawodowo. Są po rozwodzie, wyprowadzili się z miasta, ale B. nadal prowadzi egzekucję na pensji farmaceutki.

Egzekucja do upojenia

Dlatego C. nie lubi detalu. Indywidualne sprawy bywają bolesne, tragiczne. Wchodzi człowiek do mieszkania dłużnika i widzi dziecko chore na rozszczep kręgosłupa. I co, ma zabrać telewizor? Nie dość, że dzieciak ma ojca pijaka, to jeszcze bajki nie obejrzy.

Co innego firmy. To jest gra, która wciąga, fascynuje, daje więcej adrenaliny niż hazard. Według C., w sprawach gospodarczych kluczem jest informacja, dobry wywiad. Wtedy się wie, gdzie nacisnąć, żeby klienta zabolało. Egzekucja z ruchomości rzadko ma sens. Owszem, wózki widłowe czy kompresory da się sprzedać, ale specjalistycznej linii produkcyjnej raczej nie. Raz, że trzeba wziąć za nią gotówkę, a przedsiębiorcy wolą kredyt czy leasing, a dwa, że komornik nie odpowiada za ukryte wady towaru, więc ryzyko dla nabywcy jest spore. Ale surowce i gotowy produkt warto zająć, nawet jak jest mało chodliwy, bo to zakłóca obieg pieniądza. Jak się dodatkowo pozajmuje rachunki bankowe, facet traci wiarygodność finansową. Mięknie i zaczyna kalkulować, czy mu się bardziej nie opłaca oddać długów, skoro egzekucja może zdemolować mu biznes – opowiada C.

Zdaniem A. powiedzenie „masz tysiąc złotych długu w banku, masz problem, ale kiedy masz milion złotych długu w banku, bank ma problem” bywa prawdziwe. Są sytuacje, kiedy egzekucja jest naprawdę niemożliwa. B. miał taką sprawę. Pan, niech będzie Józio, był znajomym prezesa banku i prezes w towarzyskiej rozmowie zapytał: panie Józiu, nie chciałby pan 10 mln kredytu? Pan Józio chciał. Założył biznes i upadł. Firmę sprzedano w cenie złomu, poniżej 10 proc. wartości. Pan Józio pracuje teraz u byłej żony za jakieś grosze, a kwota wolna od egzekucji wynosi tyle, ile ustanowiona urzędowo minimalna pensja.

Wtedy sprawę się umarza i przedawnia się ona po 10 latach. Ale A. przestrzega, że nawet wtedy nie ma się z czego cieszyć, bo postępowanie można w każdej chwili wznowić i okres przedawnienia płynie od początku. – I tak możemy egzekwować aż do upojenia – mówi.

Polityka 17.2011 (2804) z dnia 23.04.2011; Kraj; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Dług nasz powszedni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Październik 2021: najciekawsze książki dla młodszych czytelników

Jak co miesiąc wybieramy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. Dla najmłodszych czytelników.

Sebastian Frąckiewicz
23.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną