Społeczeństwo

Dobro babci

Wszyscy chcieli dobrze, w wyniku czego babcia zmarła

Śmierć była skutkiem nadmiernego wychłodzenia organizmu. Śmierć była skutkiem nadmiernego wychłodzenia organizmu. Łukasz Rayski / Polityka
Wszyscy chcieli jak najlepiej. W wyniku czego babcia zmarła. Przywiązana do wózka inwalidzkiego paskiem od szlafroka.
Pomoc społeczną obowiązują procedury, które gwarantują, że nikt nie zostanie pozbawiony opieki.Bernd Vogel/Corbis Pomoc społeczną obowiązują procedury, które gwarantują, że nikt nie zostanie pozbawiony opieki.

Babcia chciała, żeby wszystkim było jak najlepiej. Od kiedy skończyła 80 lat, mówiła w kółko, że musi wracać od córki – z Małopolski, do swojego domu po rodzicach – pod Lublinem. Żeby córce i wnukowi w dwóch małych pokojach w bloku nie robić już dłużej kłopotu. Mieli swoje problemy. A pod Lublinem stał pusty drewniany dom, jakieś 60 m, plus podwórko.

Chęci

Córka protestowała. Też chciała jak najlepiej. To znaczy – żeby mama była przy rodzinie, bo przecież nie oddaje się rodzica na starość do domu opieki. Myślała: jeśli mama chce się wyprowadzać, to – widać – trzeba lepiej się nią zajmować. Poza tym syn (czyli wnuk babci) owdowiał, jego dziecko po śmierci synowej zabrali teściowie. Było o czym myśleć.

W 2008 r. do wnuka wprowadziła się nowa narzeczona. Bo jej ojciec, przebywający w lokalu socjalnym, nie nadawał się do wspólnego mieszkania. Mieszkali więc we czwórkę: babcia, córka, wnuk i narzeczona, ale babcia jeszcze częściej mówiła o wyprowadzce. Aż w końcu postawiła na swoim. Córka z wnukiem przeprowadzili ją z Małopolski w Lubelskie. Zreperowanym specjalnie do tego celu przez wnuka autem. Babcia kończyła właśnie 94 lata.

Szybko się okazało, że w tym starym-nowym domu zupełnie nie ma kto do babci zaglądać. Córka jeździła więc raz w tygodniu uprać, ugotować, posprzątać; z Małopolski na Lubelszczyznę, pociągiem, ponad 300 km w jedną stronę. Skomplikowało się, gdy przeszła na emeryturę i musiała dorobić. Zaczęła jeździć do Włoch, do pracy. Nie przyjedzie raz w tygodniu z Włoch.

Wnuk też, oczywiście, chciał dobrze. Rocznik 1972, bez stałego zajęcia, dorabiający remontami, kładzeniem gładzi gipsowej, wymianą okien i płytek oraz reperowaniem samochodów. Z racji lekceważenia obowiązku alimentacyjnego pół roku odsiedział w zakładzie karnym w systemie półotwartym w Krakowie, co więcej, w perspektywie miał kolejne wyroki, bo dalej nie miał z czego płacić. Lecz w sumie porządny chłopak. Sam zaproponował, że to on się przeprowadzi do babci, zwłaszcza że miał narzeczoną. Rocznik 1985, która też chciała jak najlepiej. I dla rodziny oczywiste było, że kobieta mogłaby zająć się babcią lepiej niż jej wnuczek. Poza tym narzeczona była obeznana w systemie opieki. W swoim miasteczku wychodziła prawo do renty socjalnej i mieszkanie dla siebie i ojca. Oferowała się pomóc. W miarę zgromadzenia jakichś środków planowali wziąć ślub. Zostaliby potem w tym domu po babci.

Realia

Sprowadzili się, a babcia przestała chodzić. Matka jeszcze czasem przyjeżdżała pod Lublin, ale coraz rzadziej. Narzeczona wywiązała się, zdobyła dla babci wózek inwalidzki, a od sierpnia 2009 r. także świadczenie opiekuńcze z pomocy społecznej. 503 zł miesięcznie – wypłacane wnukowi, bo takie świadczenie jest tylko dla osoby z rodziny, która rezygnuje z pracy zawodowej, by zająć się kimś niepełnosprawnym.

Wnuczek odmalował mieszkanie, wymienił okna na plastiki, a parapety na marmury. Piec wstawił nowoczesny, centralny, żeby nie trzeba było tak często podpalać. Oraz kuchnię – gazową. Kupili też wygodne łóżko dla babci, a do drugiego pokoju kanapę dla siebie. No i telewizor. Żeby mieć kontakt ze światem.

Sąsiedzi ze wsi pod Lublinem też chcieli dobrze i zasadniczo nie mieli zaufania do młodych lokatorów. Po anonimowym wniosku, w kwietniu 2010 r., pracownicy Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łukowie przybyli nawet w towarzystwie policji i skontrolowali mieszkanie i jakość świadczonej opieki. Wyniki kontroli wypadły jednak budująco. Nie można było co prawda uzyskać od osoby starszej informacji, czy opiekunowie wywiązują się (bo osoba ta nie posiadała już większego kontaktu z otoczeniem), ale porządek w domu był. Osoba starsza była czysta oraz odkarmiona. Opiekunowie sprawnie radzili sobie z sadzaniem jej na wózek. Panie zaniepokoiło jedynie, że o godzinie 10 rano osoba starsza była jeszcze przed śniadaniem. Zostawiły też zalecenia, żeby śniadanie osoba starsza jadała wcześniej, a pościel była zmieniana na bieżąco na świeżą, a nie dopiero jak się ubrudzi.

Pomoc społeczna w Łukowie też, rzecz jasna, chce dobrze. Jest zdania, że opieka nad bliskimi to sprawa rodzinna i nie należy wchodzić w intymne sprawy rodziny z butami. Pomoc społeczną obowiązują procedury, które gwarantują, że nikt nie zostanie pozbawiony opieki. Gdy osoba starsza jest zaniedbana, wdraża się procedurę poszukiwania dla niej miejsca w Domu Pomocy Społecznej. I miejsce to zawsze się znajduje.

Tymczasem babci pogarszało się. Zrobiła się nieprzewidywalna. W dniu 95 urodzin ubrudziła całe mieszkanie kałem. Zdzierała z siebie ubranie. Rzecz jasna wnuk udzielał wsparcia narzeczonej, żeby poradziła sobie z tą opieką. Narzeczona zaczęła jednak mieć wątpliwości, czy wszystkiemu podoła.

W październiku 2010 r. na tym tle wywiązała się między narzeczonymi awantura. Ona chciała wracać na jakiś czas do siebie do Małopolski. Mówiła: pozałatwiać sprawy, zająć się sprawą mieszkania socjalnego, żeby nie przepadło. Musi jechać. On ją zaczął szarpać, że nie może go zostawić z tym wszystkim. Przyjechała policja, założyła pod tym adresem niebieską kartę dla rodzin z problemem przemocy (z adnotacją: nie stwierdzono awanturowania się wobec babki).

W ciągu kolejnych dwóch miesięcy w ich niebieskiej karcie pojawiło się jeszcze pięć policyjnych wpisów o agresywnym zachowaniu narzeczonego, a kłótnie wciąż były o to samo.

Z kolejnym zgłoszeniem telefonicznym na policję, w grudniu 2010 r., zwrócili się czujni sąsiedzi. Przez półtorej doby nie odnotowali przejawów obecności opiekunów w domu. Nie było widać dymu w kominie.

Sąsiedzi proszą dziś, by ich nie mieszać w tę sprawę. Mówią, że to nieprawda, co im zarzucał wnuk starszej pani – że ukradli nowe rzeczy z podwórka, a ponadto wtrącali się nieproszeni i pouczali. Chcieli dobrze, uważali jedynie, że córka zaopiekowałaby się matką lepiej od wnuka.

Finał

Powiadomiony patrol policji, po zewnętrznych oględzinach domu, zauważył przez okno w kuchni osobę starszą na wózku. Wnuk był w tym czasie w pociągu, w drodze po narzeczoną. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia narzeczona znowu mu oznajmiła, że jednak musi wyjechać na jakiś czas, załatwić sprawy związane z mieszkaniem socjalnym.

W drugim dniu sprawowania opieki wnuk doszedł do przekonania, że sam nie da rady. Matka była we Włoszech. Po kolejnych nieudanych próbach natychmiastowego sprowadzenia narzeczonej, zwalczając symptomy rosnącego stresu za pomocą piwa, za najlepsze wyjście z sytuacji uznał po narzeczoną pojechać osobiście. Godziny odjazdów pociągów z Lublina do Małopolski pamiętał. Ugotował babci zupę z makaronem i nakarmił ją, zmienił pampersa, czysto ubrał i zaniósł na wózek. Żeby zapobiec zsunięciu się z tego wózka, przywiązał babcię do niego paskiem od szlafroka. Przywiązał też do tej konstrukcji kołdrę i jeszcze dwa szlafroki. Nagrzał, żeby babci było nadal ciepło, jeśli w piecu podgaśnie. I pojechał.

Mówi: wśród sąsiadów nie miał żadnych takich, którym mógłby oddać klucze do mieszkania z babcią, bez strachu, że go okradną. Nikt inny nie przyszedł mu do głowy. Myślał też, że babcia i tak nie ma poczucia czasu. Jeść – nie je, trzeba ją karmić godzinami. Te paręnaście godzin przesiedzi.

Patrol zauważywszy, że starsza pani nie daje oznak życia, podjął decyzję o wyważeniu okna. Po wejściu do mieszkania stwierdzono, że osoba oddycha. Wezwano pogotowie. Wnuk był w drodze powrotnej (niestety, bez narzeczonej), gdy go powiadomiono, że babcia zmarła w szpitalu. Śmierć była skutkiem nadmiernego wychłodzenia organizmu.

Na pogrzebie byli wszyscy. I córka, która możliwie najszybciej wróciła autokarem z Włoch. I sąsiedzi, i nawet jedna pani z opieki, która też mieszka po sąsiedzku. Córka nie rozmawiała z wnukiem. Nie mogła mu wybaczyć. Podobnie uważa reszta rodziny: opiekunem był i pieniądze brał, to trzeba się było opiekować.

Narzeczona wciąż jeszcze płacze, kiedy o tym mówi. Opieka nad taką osobą to może i jest horror, ale babcię na swój sposób kochała. Trzy lata razem żyły. Ale po pogrzebie narzeczona wróciła do Małopolski. Oficjalnie – sprawy formalne związane z jej mieszkaniem socjalnym bardzo się ciągną. Tymczasem w styczniu 2011 r. prokuratura przedstawiła wnukowi akt oskarżenia. Paragraf 210 pkt 2. – spowodowanie śmierci poprzez porzucenie, zagrożone karą do 8 lat pozbawienia wolności. Tabloidy napisały, że wnuczek babcię zabił. I żeby każdy, kto bierze pieniądze, a zachowuje się wobec bliskiego jak bydlę, wiedział, że jest na to konkretny paragraf.

Wyrok zapadł w marcu przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Półtora roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Wśród okoliczności obciążających była uprzednia karalność. Wśród łagodzących – dobra opinia z opieki społecznej w Łukowie. A także fakt, że oskarżony chciał dobrze – pozostawił babcię z troski o nią i jedynie po to, by przywieźć narzeczoną. Która próbowała wymigać się od opieki. A przecież – zdaniem wnuka – miała taki obowiązek jako przyszła rodzina. Oraz jako kobieta, oczywiście.

Polityka 21.2011 (2808) z dnia 17.05.2011; Coś z życia; s. 90
Oryginalny tytuł tekstu: "Dobro babci"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Mama transpłciowego dziecka: Mój syn czuje, że w Polsce jest nikim

Nie czarujmy się, że Polki i Polacy na pstryknięcie palcami zrozumieją, co to znaczy transpłciowość. Ale Pawłowicz i Kaczyński paradoksalnie przyczyniają się do edukacji społeczeństwa – mówi Ewelina Słowińska, mama Saszy, aktywistka fundacji Trans-Fuzja.

Mateusz Witczak
12.04.2021
Reklama