Społeczeństwo

Domy burzliwej starości

Miłość i małość w domu starości

Dom opieki społecznej we Wrocławiu, obchody Światowego Dnia Seniora. Dom opieki społecznej we Wrocławiu, obchody Światowego Dnia Seniora. Adam Lach/Manual Agency / EAST NEWS
W domach ze słowem jesień w nazwie, w mikroskopijnych pokojach kotłują się żal i miłość. Trwa walka o lepsze miejsce w stadzie. A jeśli śmierć, to tylko mimochodem.
Helena Kuchcińska, która dzień wcześniej obchodziła swoje setne urodziny.Adam Lach/Manual Agency/EAST NEWS Helena Kuchcińska, która dzień wcześniej obchodziła swoje setne urodziny.
W państwowych domach każdy pensjonariusz musi mieć teraz w szafie zestaw na śmierć. Ubranie do trumny plus buty.Rafał Michałowski/Agencja Gazeta W państwowych domach każdy pensjonariusz musi mieć teraz w szafie zestaw na śmierć. Ubranie do trumny plus buty.

Zaczyna się od żałoby. Psychologowie mówią: typowy proces oswajania straty. Przyjaciele wymarli, dzieci poszły na swoje, odwiedzane przez lata okoliczne sklepy przeprofilowały się. W tle jeszcze jakiś rozpoczynający się parkinson czy alzheimer. Albo zdrowie popsute na tyle, że w perspektywie może trafić się rola leżącego tygodniami bez pomocy po wywrotce w łazience, na koniec pożartego przez własnego kota.

Zapada decyzja o przeprowadzce. W państwowych domach opieki mieszka dziś ponad 20 tys. osób, w prywatnych kilkadziesiąt tysięcy kolejnych. Do wyboru są ultranowoczesne, sterylne jak szpitale, z wannami z hydromasażem o wyglądzie statku kosmicznego. Domy, także państwowe, nawet z basenami, tak duże, że całymi dniami na korytarzach nie widać nikogo. Koszt 4 tys. zł miesięcznie. Albo takie, o których w ofercie piszą, że to miejsca rodzinne. Co w praktyce oznaczać może np. góralski klocek cały w boazeriach, jeszcze z lat 70., ze stryszkiem na szczycie stromych schodów, który pani właścicielka zaadaptowała właśnie na kolejną salę pięcioosobową.

We wszystkich od drzwi widać najpierw stadko wyglądających na zadowolonych z życia. W domu z jesienią w nazwie akurat werandują się; słomkowe kapelusze z jednakowo zadartymi rondami, schludne piżamki i takie same chusteczki na szyjach. Pionierzy, tyle że zwieszeni z wózków inwalidzkich. Lat 80 plus. W góralskim klocku z braterstwem w nazwie stadko siedzi łokieć w łokieć na skórzanej kanapie, która pamięta jeszcze cywilnych właścicieli domu. Patrzą na telewizję. Leci kanał miejski, program o dziurach w chodnikach, których już od lat nie widzieli na żywo. Z kuchni wychyla się pan kucharz z kropkami na powiekach, które w zakładach karnych przysparzają statusu – ale zaraz zaczyna dużo mówić o wspólnocie ze swojego kościoła. A pensjonariusze pytają, czy dziś też przyjedzie pani fryzjerka czesać loki. Bo wczoraj była i paniom się podobało. Więc da się żyć. Chyba.

Psychologowie dodają jednak, że decyzja o przeprowadzce na początek kumuluje tylko dalsze straty. Trzeba rozstać się z dotychczasowym rytmem dnia i z zasiedzianą przestrzenią. Z nadzieją, że bliscy (czytaj: dzieci) staną na wysokości zadania i w oczywisty dowód miłości wezmą rodzica do siebie – na kanapę do dużego pokoju. Bo dzieci jakby czuły ulgę, że się człowiek zdecydował na tę instytucję. Trzeba rozstać się kotem czy psem, jeśli nie padł pierwszy. Domy, nawet te prywatne albo te najdroższe, nie przewidują możliwości trzymania żadnych zwierząt, a nawet wykrojenie kawałka trawnika na hodowlę własnych rzodkiewek bywa poważnym problemem.

Trzeba wreszcie przerobić wstyd przed sąsiadami, bo przecież nie wypada lądować w domu opieki. A bywa, że jeszcze i złość. Gdy wyprowadzka jest tylko dlatego, że nie było już człowieka stać na samodzielne opłacanie mieszkania. Złość na ciało, że się zestarzało. Wreszcie – strach. Choćby z tego powodu, że w wyobraźni widzisz już siebie w tym stadku, jak siedzisz zwieszony z wózka w słomkowym kapeluszu.

Wbrew pozorom nawet posiadanie zniszczonego mózgu nie ułatwia człowiekowi takiej przeprowadzki. Zaawansowany alzheimer czy demencja nie chronią przed przeżyciem najtrudniejszych emocji. Strach, bezradność są te same. Tylko pozbierać się z nimi jest trudniej. Czasem – już nie można.

Tło

Dom opieki ma być szansą, żeby jakoś było. Niektóre przyjmują człowieka szampanem i listem powitalnym na dobry początek. W większości po prostu dostaje się łóżko, a jeśli to dom państwowy, to jeszcze stałe miejsce przy stole w jadalni, bez możliwości zamiany. I lakoniczną informację na piśmie – że np. sztućce trzeba przynosić ze sobą do stołówki pod rygorem niewydania obiadu. Trudno, demencje będą latać potem po kilka razy do pokoi.

Zwykle człowiek dostaje też współlokatora. Ci z obsługi przekonują, że pokój dwójka jest lepszy niż jedynka, bo człowiek czuje się mniej samotny. Poza tym jedynek i tak nie ma. (Chyba że w prywatnych domach, za dodatkową opłatą w wysokości 2–3 tys. zł miesięcznie przerobią dwójkę na jedynkę).

Maria Lehman, psycholog, lat 60 plus, która próbowała wspierać mieszkańców DPS, przekonuje, że cudza, obca starość włażąca na tę własną to udręka. – Ten drugi grzebie po cudzych szafkach, łazi po nocach albo obsesyjnie stuka, bo takie ma schorzenia. A we wspólnym pokoju najgorsza jest i tak łazienka: sedes i wanna dzielone z kimś kompletnie obcym, kto w dodatku budzi obrzydzenie. Maria Lehman próbowała wieszać w tych pokojach choć kotary, którymi można by podzielić pokój na intymniejsze części. Nim jej podziękowano. Z paragrafu, że próbuje rozsadzać system od środka.

Trzeba szybko nauczyć się rozkładu korytarzy, map pomieszczeń, twarzy. Tymczasem na tym etapie życia do mózgu dociera ledwo czwarta część dźwięków, które człowiek słyszał będąc młodym. Oczy rejestrują powycierane fragmenty. Mózg potrzebuje więcej czasu, by zinterpretować niekompletne informacje. Trudniej mu. Co więcej, przeprowadzka generuje stres, więc organizm tłoczy do mózgu ogromne ilości kortyzolu – hormonu strachu upośledzającego myślenie, spowalniającego kojarzenie.

A przecież jeszcze trzeba odnaleźć się w relacjach z ludźmi, od których nagle zaczęło się zależeć. Bo mogą życzliwie zrobić zakupy na mieście, lecz nie muszą. Raz w tygodniu mają pomóc w kąpieli, ale mogą uznać, że tych z katarem nie kąpią i nic się nie da zrobić. Można pisać skargi, sprowadzać kontrole. Ale już nie można wyjść.

Miłość

Dlatego psychologowie w domach opieki nie martwią się zanadto, gdy nowy, dotąd sprawny poznawczo pensjonariusz zaczyna ważyć kotlety przed obiadem, a potem pisze do kolejnych instytucji, gdy kotlet okaże się za lekki. Ważenie kotletów to zdrowy i psychologicznie pożądany objaw buntu. Znak, że człowiek wszedł na kolejny etap radzenia sobie ze stratą. Bo skoro zaznacza własną ważność wobec personelu, to zaraz pewnie będzie próbował się zorganizować, awansować w hierarchii współtowarzyszy. Awans jest szczególnie ważny, bo domy opieki ciążą w kierunku instytucji totalnych, gdzie na samym szczycie są najbogatsi i najsprawniejsi fizycznie. A tępi się tych gorszych.

Ci lepsi będą zapraszać się wzajemnie, zawiązywać sojusze. Nawet jeśli później będą się skarżyć opiekunom, że śmierdzi z ust tym przyjaciołom i nie da się wytrzymać. W niejednym państwowym domu dostaną lepsze meble. Także dyrekcja bowiem sądzi, że ci lepsi mniej niszczą.

Spora część się w kimś zakocha. Psychologowie mówią, że zawdzięczany demencji „element rozhamowania” ułatwia nieraz człowiekowi wejście w coś, co całe życie mu się nie udawało. Miłość w domu starości ma zalety nie do przecenienia. Pozwala planować, a to przedłuża życie. Bywa, że trafnie ulokowane uczucie – w wypadku połączenia dochodów – diametralnie odmienia sytuację ekonomiczną człowieka.

 

A jeśli nie miłość, to choć wszechobecna, ludyczna erotyka. Też dobra, bo podnosi stężenie hormonów w organizmie. Element rozhamowania rozwiązuje języki, więc pogadanki i zajęcia terapeutyczne zwykle kończą się na seksie. Na przykład: spektakl ma iluzjonista. Wyjmuje króliki z kapelusza. I raptem od starszych pań, odprasowanych i zapiętych ciasno pod szyjami w eleganckie broszki, słyszy, żeby teraz wreszcie wyjął konia.

Gdy fizyczny aspekt miłości realizuje się w praktyce, zakochani zaczynają ostro walczyć o pokoje jednoosobowe (niemałżeństwa nie mogą zamieszkać razem). Więc ci z jedynek zwykle już pozbyli się złudzeń – zakochane pary życzą im rychłej śmierci. Małżeństw w domach się nie zawiera, bo nową miłość trzeba bezwzględnie ukrywać przed bliskimi.

Gdy się wydaje, rodziny zwykle przestają przyjeżdżać – skoro babcia czy dziadek ma już nowe życie. A chemia mózgu w tej kwestii jest bezwzględna: patrzenie na dzieci, a zwłaszcza na małe wnuki, wyzwala zalew oksytocyny, jeszcze przez wiele tygodni działającej antylękowo i antydepresyjnie. Można mieć dostępny darmowy, gwarantujący przeżycie narkotyk. Więc dzieci, a konkretnie wnuki, są jednak ważniejsze.

Samotność

Najniżej w hierarchii każdego domu są ci, których nikt nie odwiedza. Zwłaszcza jeśli nie weszli w żadne przyjaźnie i są biedni. To spośród nich rekrutują się samobójcy, zwykle bardzo skuteczni. Jednego w mieście R. odratowano dwa razy, powiesił się za trzecim. Na długiej, mocnej nitce, wyskubanej z dywanu.

Dzieci mają dziesiątki powodów, żeby nie przyjeżdżać. Bo na przykład z szaf wylazły wszystkie pochowane trupy – pogmatwane relacje, toksyczne emocje, niechęci, urazy i zawody. Tym bardziej dla tych dorosłych dzieci czytelne i bolesne, odkąd porodziło im się własne potomstwo.

Ale nawet tym przez całe życie związanym z rodzicami może być trudno przyjeżdżać. Zdarza się, że przerabiają swoją żałobę. Liczą własne straty. Dla nich rodzica, którego kochały, już nie ma, bo kompletnie zmieniła mu się osobowość. Dzieci odwożące rodzica do domu często potrzebują kilku tygodni lub miesięcy, by uporać się z własną depresją. Opanować złość na rodzica, że tak się zestarzał. Wrażliwsi być może zderzyli się też z własną śmiertelnością, przymierzają siebie w wyobraźni do tych wózków inwalidzkich, i nie mogą pozbierać się ze sobą.

Ale bywa, że przyjeżdżają mimo wszystko, wbrew sobie. W mieście O. syn przyjeżdżał do matki przez pięć lat co sobota – i milczeli. Siadał zawsze trochę bokiem, żeby na nią zanadto nie patrzeć, i nigdy – przez pięć lat – nie zdjął kurtki.

Bywa też, że przyjeżdżają obsesyjnie. I to oni ważą teraz te kotlety. Miotani wyrzutami sumienia, piszą skargi na personel, tropią niedotarte kurze. Psychologowie mówią: relacja współuzależnieniowa. Oddali podopiecznemu życie na tyle lat, że wrósł im w ich tożsamość i zgubili własną. I być może już się z tego nie wyplączą.

Personel rzadko łapie takie niuanse. Że te awantury o wagę kotletów mają w istocie korzenie w psychologii i trzeba to przeczekać. Personel niby ma fachową wiedzę. Także o tym, że starość ma swoje ułomności psychiczne, do kanonu których należą na przykład urojenia. Ale w praktyce raczej tropi winy i urządza konfrontacje. Dyrekcje nie lubią wchodzić w spór z personelem, bo personel bardzo trudno znaleźć.

Tak te konfrontacje wyglądają: skoro pani X mówi, że opiekunowie coś ukradli jej z pokoju, to znaczy, że pomawia pracowników, a więc musi przeprosić. Jeśli obsesyjnie wyrzuca ubrania z szafy, to widać złośliwie. Kar wobec pensjonariuszy nie stosuje się. Ale zawsze można przypadkiem zrzucić z szafki zdjęcie wnuczka. Sparaliżowanemu postawić kolację na szafce, żeby nie dosięgnął, a potem zabrać – skoro nie zjadł. Albo ubrudzić jej tę sukienkę, która wisi w szafie, przygotowana specjalnie na okoliczność śmierci.

Śmierć

Przynajmniej w państwowych domach każdy pensjonariusz musi mieć teraz w szafie zestaw na śmierć. Ubranie do trumny plus buty. Pracownicy zaczęli o to szczególnie dbać, od kiedy obcięto zasiłki pogrzebowe.

Ale to nie znaczy, że w domach myśli się o śmierci. Raczej się jej używa. Skoro córka nie przyjeżdża, to umrę. Potem personel się skarży, że ten czy tamten do szału ich doprowadza, bo wciąż robi zamieszanie wokół siebie, z wołaniem księdza włącznie, umierając co sobota.

Nikła część czeka już na tę śmierć tylko jak na formalność. To ci, co już myślami są po tamtej stronie, w poczuciu, że wszyscy ważni dla nich bliscy, przyjaciele, też się przeprowadzili.

Prawdziwej śmierci się nie celebruje. Raczej się ją znosi. Nikt nie lubi, jak mu ktoś umiera w pokoju. Najpierw przychodzą, stawiają parawan. Potem przez wiele dni trzeba znosić chrobotliwy oddech, nocne krzyki i ciągłe wizyty personelu zapalającego światło w nocy, by sprawdzić, czy to już.

Śmierć oznacza też, że zwolni się łóżko i zaraz kogoś nowego położą. Będzie zmiana, a w tym wieku i w tym miejscu nie lubi się już zmian. Najgorsze są wrzutki. Widać, że klient jest na ostatnich nogach, a rodzina nie chciała, by im umierał w bloku. Średnio trzy dni mijają, nim będzie po sprawie.

Za to potem rodziny często upierają się, żeby piękny był pogrzeb. Nawet przysyłają autobus, żeby przyjaciół z domu spokojnej starości dowieźć seniorowi na ostatnią drogę. A oni nie chcą jechać. Na wspominanie kolegi przyjdzie czas w listopadzie, gdy wywieszą na gazetce ściennej nazwiska wszystkich zmarłych z całego roku.

Po dawnych czasach, gdy w każdym domu opieki personel osobiście mył i ubierał swoich zmarłych do trumny, zostały opuszczone kostnice. Przerabiane teraz na sklepiki dla pensjonariuszy czy dodatkowe sale do rehabilitacji. W nowych, prywatnych, kostnic w ogóle się już nie buduje.

Bo życie się liczy. Żałoba już była, na wstępie. Teraz trzeba wycisnąć z reszty życia jak najwięcej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną