Społeczeństwo

Życie to wyobraźnia

ROZMOWA: niewidoma, która odniosła sukces

„Robimy w życiu wszystko, żeby się uzależnić: zakochujemy się, wychodzimy za mąż, żenimy, mamy dzieci – i to wszystko, żeby nas coś z tym światem wiązało”. „Robimy w życiu wszystko, żeby się uzależnić: zakochujemy się, wychodzimy za mąż, żenimy, mamy dzieci – i to wszystko, żeby nas coś z tym światem wiązało”. Stanisław Ciok / Polityka
Ludzie niewidomi często nie kończą studiów. W moim przekonaniu przede wszystkim dlatego, że całą energię zużywają na chodzenie po mieście z laską. To koszmarna strata czasu i sił - mówi prof. Ewa Nowicka-Rusek, antropolog społeczny.
„Największą wartością w życiu jest to, co się przeżyje, czego się doświadczy, co się zrozumie”.Stanisław Ciok/Polityka „Największą wartością w życiu jest to, co się przeżyje, czego się doświadczy, co się zrozumie”.
Lila Bahadur Gurung, miejscowy tragarz, wspiera prof. Ewę Nowicką-Rusek w czasie jej wyprawy do Nepalu, kwiecień 2011r.Marta Olejnik/Materiały prywatne Lila Bahadur Gurung, miejscowy tragarz, wspiera prof. Ewę Nowicką-Rusek w czasie jej wyprawy do Nepalu, kwiecień 2011r.

Joanna Cieśla: – Uważa pani, że ludzie na Zachodzie stracili ciekawość drugiego człowieka?
Ewa Nowicka-Rusek: – Rzeczywiście, mam wrażenie, że są społeczeństwa bardziej nastawione na poznawanie drugiego człowieka i te mniej zainteresowane innymi. Społeczeństwa zachodnie są mniej zainteresowane innością, obcością, jeśli nie liczyć fachowców – antropologów.

Gdzie my się lokujemy?
Gdzieś pośrodku. Nie jesteśmy bardzo otwarci, ale nie powiedziałabym, że jesteśmy społeczeństwem zamkniętym i ksenofobicznym. Jesteśmy też bardziej tolerancyjni, ale to tolerancja wynikająca nie z akceptacji, a raczej z obojętności. Takie są zindywidualizowane społeczeństwa Zachodu. Jakimś antidotum są próby odbudowy więzi społecznej na poziomie lokalnym, ogólnie jednak więź międzyludzka słabnie.

Czy pani doświadcza tej obojętności?
Spotykam się z różnymi postawami, tak jak wszyscy: z obojętnością, przyjaźnią, wrogością, miłością, sympatią różnych odcieni. Zdarza się w tramwaju, że ktoś próbuje mnie okraść, krzyczę, a nikt nie reaguje. Ludzie przyjmują wobec mnie całe spektrum postaw, także jako wobec osoby niepełnosprawnej, z daleko posuniętą utratą wzroku. Od paternalistycznej, dobrotliwej w założeniu gotowości pomagania, oznaczającej często w sumie lekceważenie, poprzez patrzenie na mnie jedynie przez pryzmat niepełnosprawności, egzotykę sytuacji, kreowanie mnie na bohaterkę, aż do – co jest stosunkowo rzadkie, ale na szczęście istnieje – rzeczowego podejścia do sprawy, zauważania specyfiki moich potrzeb.

Większość odbiera osobę niepełnosprawną jak kogoś całkowicie odmiennego, obcego, a tak przecież nie jest. Ludzie myślą, że budują sobie obraz świata na podstawie tego, co widzą – a to nieprawda, budują go na podstawie tego, co wiedzą. Inaczej nie istniałyby przesądy, stereotypy, uprzedzenia. Proszę pani, życie to wyobraźnia. Seks to jest wyobraźnia, miłość to jest wyobraźnia. Odbiór świata to jest wyobraźnia.

Wybrała pani pracę związaną z nieustannymi podróżami do bardzo odległych miejsc. Dla wielu w pełni sprawnych osób byłoby to wyzwaniem.
Ludzie mają różną sprawność fizyczną i intelektualną. Różne są upodobania: jedni lubią stabilizację, a inni pochodzą z plemienia nomadów – potrzebują ruchu i zmiany. Moja praca właściwie nie jest pracą, ale sposobem życia. Składa się z uczenia studentów i wyjazdów terenowych w różne strony świata w celu przeprowadzenia badania wśród ludzi innej kultury, innego sposobu życia i myślenia. To poznawanie innych światów.

Niektórzy dziwią się, że chce mi się ponosić tak ogromne trudy, odbywając podróże w miejsca, gdzie nie ma wygód, higieny, cywilizacji w naszym rozumieniu tego słowa. Głównie badania prowadziłam i nadal prowadzę na Syberii, na Bałkanach, a ostatnio też w Nepalu. To jest wspaniałe, choć rzeczywiście trudne technicznie miejsce pracy – góry, złe warunki życia. Ale to mi nigdy nie przeszkadzało. Trzeba podczas takich trudnych wyjazdów uważać na to, co się je, jak się je, czego się dotyka, gdzie się załatwia potrzeby naturalne. Trzeba też dbać o minimum wypoczynku, na przykład snu. W Nepalu w wysokie góry w zasadzie chodzi się z przewodnikiem i tragarzem. Teraz miałyśmy we trzy – byłam z moimi dwiema doktorantkami – jednego przewodnika kulturowego, przemiłego pana anglistę z uniwersytetu, i jednego wspólnego tragarza, który nosił cięższy plecak. My po malutkim plecaczku.

Dla mnie byłoby cierpieniem siedzenie w domu i to jest zapewne sprawa temperamentu.

A jak prowadzi pani zajęcia ze studentami?
Niektórzy uważają dydaktykę za dopust boży. Młodzi ludzie zawsze wnoszą do życia jakiś ferment, nowy styl i inwencję. Dlatego praca ze studentami nie jest dla mnie uciążliwa; ciągle mam poczucie, że to przede wszystkim ja się uczę. Jeśli oni z tego coś skorzystają, to super. Największą wartością w życiu jest to, co się przeżyje, czego się doświadczy, co się zrozumie. Poza tym osoby niepełnosprawne często bardziej niż ich problemy zdrowotne ogranicza otoczenie.

Jak technicznie wygląda ta część pani pracy, która polega na pisaniu, czytaniu, wymianie korespondencji?
Powszechne są w użyciu różne programy komputerowe. Od 21 lat pracuję z kolejnymi formami programów gadających. Są to programy używane przez osoby, które nie są w stanie czytać z ekranu nawet powiększonych liter. Te udoskonalenia pracy bez użycia wzroku są w powszechnym użyciu na świecie i w Polsce. To już nie jest nic nadzwyczajnego, studenci też to robią.

Te setki tomów, które stoją na tych półkach, są zeskanowane?
Nie, wybieram do zeskanowania to, co mi potrzebne do pracy. Podobnie jest z książkami z biblioteki. Na Uniwersytecie Warszawskim istnieje doskonale zorganizowana pomoc w tym zakresie – specjalna komórka, która zajmuje się digitalizacją tekstów. Studentom i pracownikom bardzo pomaga Biuro do spraw Osób Niepełnosprawnych (BON). Niestety, na różnych wydziałach studenci niepełnosprawni spotykają się z barierami architektonicznymi – u nas, na socjologii, nie ma windy. Poza mną nie ma na naszym wydziale osób z uszkodzeniami wzroku. Była jedna studentka, łebska dziewczyna, ale nie jestem pewna, czy zrobiła magisterium.

Co zawiodło?
Ludzie niewidomi często nie kończą studiów. W moim przekonaniu przede wszystkim dlatego, że całą energię życiową zużywają na chodzenie po mieście z laską. To jest koszmarna strata czasu i sił, a poza tym jest to niebezpieczne. Przez ten czas człowiek mógłby coś przeczytać, napisać, czegoś się nauczyć albo po prostu porozmawiać z kolegami, pożartować, poflirtować. A jeśli jest doktorantem, może napisać pół artykułu. Głośna była historia pana Filipa, który w metrze uległ ciężkim obrażeniom. Niestety, zdarza się to częściej, niż słyszymy. Z laską można sobie chodzić po wsi, a nie po hałaśliwym mieście.

 

Sygnały się plączą?
Plączą, ale też nie wszystko udaje się usłyszeć. Miasto to dżungla! Osoba, która ma trudności z samodzielnym poruszaniem się, powinna mieć kogoś, kto z nią pojedzie, gdzie trzeba. Ja sama nie poruszam się po mieście. Wpadają do mnie regularnie studenci pracujący w BON na UW, razem jeździmy na zajęcia. Jest też bardzo ważny i pomocny program Asystent przy Urzędzie Miasta Warszawy – asystenci na zamówienie, za symboliczną opłatą pomagają w przemieszczaniu się po mieście. Ten program, absolutnie znakomity, istnieje już 5 lat. Po prostu cywilizujemy się, jakość życia wszystkich rośnie, także osób niepełnosprawnych. Poza tym pozostają stosunki towarzyskie.

A pani też chodzi, a nawet wspina się po górach.
Po górach chodzę bardzo często i bardzo intensywnie. Kiedyś wspinałam się troszeczkę. To świetny rodzaj ruchu – rozwijają się mięśnie, o których się w ogóle nie wie, że się je ma. Kiedyś w Sokolikach koledzy zapomnieli o mnie, siedziałam okrakiem na górze półtorej godziny. Zaczęli już zwijać linę, gdy sobie o mnie przypomnieli. I nagle ktoś krzyczy, ojej, niech ktoś skoczy po Ewę! Ludzie, którzy ze mną są dłużej, zapominają o specyfice sytuacji, bo nie jestem dla nich przede wszystkim osobą niewidomą, z uszkodzeniem wzroku, niepełnosprawną, ale koleżanką, przyjaciółką, osobą bliską, posiadającą mnóstwo cech ważniejszych. Dla mnie nie jest ważne, że mój przyjaciel ma określony kolor skóry, budowę twarzy i fakturę włosów – to mój przyjaciel, z którym możemy się godzinami zaśmiewać, opowiadać sobie historyjki, słuchać muzyki. Być z przyjacielem to jest frajda.

A czy nie chciałaby się pani uniezależnić od pomocy innych ludzi?
Uniezależnić się? Robimy w życiu wszystko, żeby się uzależnić: zakochujemy się, wychodzimy za mąż, żenimy, mamy dzieci – i to wszystko, żeby nas coś z tym światem wiązało. Każda miłość i każda przyjaźń uzależnia. Kiedyś rozmawiałyśmy z moją amerykańską przyjaciółką, socjolożką, o tym uzależnieniu od naszych synów: ona lamentowała nad tym faktem, a ja ją uspokajałam. To uzależnienie to sens życia. Gdybyśmy nie byli od siebie zależni, to nie byłoby społeczeństwa – zgraja wiewiórek samotnie zdobywających nasionka.

Z życia trzeba korzystać i oszczędzać wysiłek tam, gdzie on jest bezużyteczny, psu na buty szarpanie się. Z laską nie pojadę na narty, a z przyjaciółmi mogę, choć to wymaga od nich wysiłku, pewnego poświęcenia uwagi. Ale być przyjacielem chyba to właśnie oznacza. Esemes przyszedł – może mi pani przeczytać?

„Nieustająco droga Ewo, mam nadzieję, że zobaczymy się na moich imieninach w najbliższą sobotę. Całuję, Joanna”.
Dobrze, oddzwonię.

Mówiła pani, że spotyka się z paternalistycznym traktowaniem. Kiedy przyjechałam, na serwetę rozlała się herbata. Nie wiedziałam, jak taktownie zaproponować pomoc.
Jest takie powiedzenie: jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Zawsze naturalnie. Chodzi o to, żeby ludzi nie upupiać i żeby coś rozumieć, a do tego wystarczy trochę wyobraźni i dobra wola. Mój syn był na obozie z dziewczynkami z Lasek, które przyjechały z opiekunkami. Panie robiły im kanapki – zamiast położyć na talerzu chleb, masło, ser i pozwolić im zrobić je samodzielnie. Niemal wszystkie te dziewczynki miały buty bez sznurowadeł, żeby było łatwiej założyć. Jakby miały problem z rękami, a nie z oczami.

A zmysł dotyku przy utracie wzroku przecież się wyostrza.
To jest akurat mit. Żadne zmysły się nie wyostrzają. Tylko wyobraźnia, praca mózgu. Wracając do pytania – wiem, że zręczne zaproponowanie odpowiedniej pomocy jest trudne. Kiedyś syn mnie odprowadzał do tramwaju, a ktoś inny odbierał z przystanku. Jechałam sama. Jakaś starsza pani złapała mnie za rękę i położyła ją na poręczy. Uśmiechnęłam się: dziękuję bardzo, wreszcie ktoś wie, co zrobić. Bo na przykład ustępowanie miejsca bywa nieporęczne. Wiedza, jak się zachować, bierze się po prostu z obycia.

Skąd je brać?
Najlepiej, żeby nabierały go dzieci. Szkoła powinna się składać z ludzi zdrowych, chorych, wymagających szczególnej pomocy w takiej samej proporcji, jak to jest w społeczeństwie. Jeśli w społeczeństwie ludzi z jakimś problemem jest 5 proc., to niech w co drugiej klasie będzie jedna osoba z tym problemem. Żeby dzieci wiedziały, że ktoś taki jest, że to ich kolega. W przedszkolu integracyjnym dzieci bardzo szybko się uczą, że z chłopczykiem, który nie widzi albo ma niesprawne nogi, też można się bawić, tylko trzeba inaczej. Nie mają żadnych oporów. Ale rodzice przychodzą i odsuwają swoje dziecko od tamtego.

Z różnicami rasowymi jest podobnie?
Dzieci do 4–5 roku życia nie zwracają uwagi na kolor skóry, bawią się razem i nawet nie umieją powiedzieć, że John jest czarny, Jessica brązowa, a Ini ma skośne oczy. Oczywiście, widzą te cechy, ale ich nie odnotowują jako ważne, podobnie jak na przykład wysokości i barwy głosu, proporcji kończyn do długości ciała itd. Zamykanie innych w gettach sprawia, że nie wiemy, jak się wobec nich zachowywać. Najłatwiej jest nic nie robić. Tak właśnie rodzi się obojętność.

Ewa Nowicka-Rusek, prof. dr hab. antropologii społecznej w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Zajmuje się problematyką etniczną i postawami wobec odmienności rasowej, różnorodnością wyznaniową, a także problematyką migracji i kontaktów międzyetnicznych. Przeprowadziła liczne badania terenowe na Bałkanach, na Syberii, w Mongolii, Nepalu.

Polityka 26.2011 (2813) z dnia 20.06.2011; Coś z życia; s. 91
Oryginalny tytuł tekstu: "Życie to wyobraźnia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną