Społeczeństwo

Odcienie sprawiedliwości

Policjanci z Kędzierzyna-Koźla - winni czy niewinni?

Sebastian Zając (od lewej) i Jakub Dziuba odeszli z policji ponad miesiąc temu. Sebastian Zając (od lewej) i Jakub Dziuba odeszli z policji ponad miesiąc temu. Daniel Polak / Materiały prywatne
Trzech sędziów uznało, że policjanci z Kędzierzyna-Koźla bili i poniżali zatrzymanego. 30 tys. ludzi podpisało się pod wnioskiem o ich ułaskawienie.
„Na ulicy jest ciężko. Ludzie nie mają o tym pojęcia. Patrzą i widzą policjantów, którzy wożą się radiowozem. Najczęściej nie widzą nas w akcji. Nie są świadkami, jak rzuca się w nas butelkami albo prowokuje słownie”.Anatol Chomicz/Forum „Na ulicy jest ciężko. Ludzie nie mają o tym pojęcia. Patrzą i widzą policjantów, którzy wożą się radiowozem. Najczęściej nie widzą nas w akcji. Nie są świadkami, jak rzuca się w nas butelkami albo prowokuje słownie”.

Wątpliwości zaczynają się już przy słowie: chuje. Zdaniem posterunkowego Dziuby słowo takie padło. Zdaniem jednego ze świadków mogło paść, nie zdziwiłby się. A zdaniem uczestnika zajścia Sebastiana K. nie padło. Trzej sędziowie różnych instancji przez prawie pięć lat analizowali, co tak naprawdę wydarzyło się z piątku na sobotę 4 sierpnia 2006 r. na ulicy Jasnej, dzielnica Koźle Port, miasto Kędzie­­rzyn-Koźle. I tylko w jednym wszystkie strony się zgadzają – chodzi o sprawiedliwość.

Z punktu widzenia policjantów

Jakub Dziuba: – Na ulicy jest ciężko. Ludzie nie mają o tym pojęcia. Patrzą i widzą policjantów, którzy wożą się radiowozem. Najczęściej nie widzą nas w akcji. Nie są świadkami, jak rzuca się w nas butelkami albo prowokuje słownie. W dzielnicy Koźle Port policja nie jest mile widziana, bo przeszkadzamy niektórym w rozkradaniu złomu i w innych bezprawnych zachowaniach. Zdarzyło się już tak, że dostaliśmy fałszywe wezwanie, a na wiadukcie, pod którym trzeba przejechać do dzielnicy, czekali na nas z płytą chodnikową, która spadła przed radiowozem. Całe szczęście, że kierowcę coś tknęło i wyhamował.

Sebastian Zając: – Dzień wcześniej w okolicy Portu uratowałem życie człowiekowi. Po pijanemu wpadł do kanału. Wyciągnęliśmy go z kolegą, ale zwróciłem uwagę, że sinieje, więc rozpocząłem reanimację. Pół roku później znaleziono go martwego. Prowadził wyniszczające życie. Każdy ma inne priorytety. U mnie zawsze na pierwszym miejscu był mundur, później rodzina, a na samym końcu pieniądze.

Jakub Dziuba: – Tamtej feralnej nocy dyżurowaliśmy na Jasnej, bo wiadomo, że z piątku na sobotę najwięcej zgłoszeń jest zawsze z dzielnicy Koźle Port. Po 23.00 ze strony dwóch mężczyzn, którzy dopiero co wyszli z knajpy Tawerna, poleciały pod naszym adresem wyzwiska. Podjechaliśmy, żeby ich wylegitymować. Jeden nie sprawiał problemów. Drugi podawał tylko imię i nazwisko i lekceważył moje prośby o pełne dane. Zwróciłem mu uwagę, ale on odpowiedział: przecież ci kurwa już trzy razy powiedziałem, i chciał odejść. A jak złapałem go za rękę, to rzucił się na mnie. Chciał mnie ściągnąć w dół i uderzyć kolanem w twarz.

Sebastian Zając: – Zobaczyłem, że kolega pociągnięty przez drugiego legitymowanego pada na ziemię. Rzuciłem się, żeby mu pomóc. Napastnik został skuty i umieszczony w przedziale transportowym. Żeby uniknąć zbiegowiska i próby odbicia, odjechaliśmy kawałek dalej. Chłopak chyba oprzytomniał, bo zaczął tłumaczyć, że nie wie, co mu się stało. Bardzo nas prosił, żebyśmy go nie wieźli na komendę, bo jest wypity i pewnie pójdzie na wytrzeźwienie. A jutro rano ma wypłynąć barką w rejs.

Jakub Dziuba: – Powiedziałem koledze, żeby się zatrzymał. Mówię, szkoda chłopaka. Pracę straci. Nawet mandat mu wypisałem niski. Mógł dostać 500 zł, a dałem mu 100. Chcieliśmy go podwieźć, ale odmówił. Nie minęło nawet 5 minut, a już musieliśmy meldować, co się stało. Wróciłem na komisariat. Notatkę musiałem spisywać szybko, bo byliśmy jedynym patrolem na miasto. A to przecież było z piątku na sobotę. Miasto było bez pokrycia. Zgubiło nas to, że za dobrzy byliśmy.

Z punktu widzenia poszkodowanego (z akt sprawy)

Sebastian K., jeden z dwóch legitymowanych: – Wracaliśmy spokojnie. Wtedy podjechał radiowóz policyjny i zapytali, kto krzyczał wulgarne słowa. Powiedzieliśmy, że nic takiego nie krzyczeliśmy. Wtedy jeden z policjantów wyszedł i zapytał, czy mamy jakieś problemy? Ja odpowiedziałem, że nie i dlaczego w ogóle ma takie pytanie. W tym samym czasie drugi policjant spisywał dane kolegi Darka. Ja słyszałem to spisywanie. Kolega podawał mu te dane chyba ze cztery razy. On podawał imię i nazwisko. Nawet nie doszło do tego, żeby go pytał o dalsze dane. W końcu Darek się zdenerwował i spytał tego policjanta, czy jest głuchy. W tym momencie policjant wyskoczył z radiowozu i rzucił się na niego. Ten drugi policjant poszedł pomagać temu pierwszemu, a mnie powiedział: „wypierdalaj stąd”.

Dariusz M., pokrzywdzony: – Po kolejnym pytaniu o nazwisko spytałem policjanta, czy nie jest głuchy, za co otrzymałem cios pięścią w twarz. Gdy się przewróciłem, podeszli do mnie i leżącego zaczęli kopać. Brunet kopał mnie po głowie. Blondyn po żebrach i udach. Nie były to mocne kopnięcia, ale czułem ból i pozostały mi po nich ślady na ciele i na głowie. Zostałem skuty kajdankami i umieszczony na tyle radiowozu.

Fragment sądowego uzasadnienia wyroku: – Po otwarciu tylnych drzwi radiowozu policjanci polecili Dariuszowi M. wyjść z samochodu. Następnie jeden z nich nakazał mu klęknąć na ziemi. Nie chcąc zabrudzić sobie spodni, pokrzywdzony zapytał ich, czy może uklęknąć na metalowym schodku znajdującym się z tyłu radiowozu, jednak ci mu na to nie pozwolili.

Dariusz M., pokrzywdzony: – Siedzący w kabinie policjant, ten z czarnymi włosami, odwrócił się do mnie i zapytał: geju, jak twój ojciec ma na imię, pedale, jak twoja matka ma na imię. Za każdym razem odpowiadałem spokojnie, ponieważ obawiałem się o własne życie. W dniu dzisiejszym uważam, że policjanci doskonale się bawili. Policjant ten kazał mi każdą wypowiedź poprzedzać zwrotem „proszę pana”. Byłem wtedy rozdygotany i odpowiadając, nie myślałem o tym, co mi powiedział. Kiedy zapomniałem, iż mam używać tego zwrotu, policjant z czarnymi włosami psikał gazem w moją twarz. Zachowywał się tak do czasu, gdy zawartość pojemnika wyczerpała się.

Dialog pomiędzy dyżurnym komendy miejskiej a dyżurnym komendy powiatowej po tym, jak Dariusz M. telefonicznie zgłosił napaść przez funkcjo­nariuszy.

Dyżurny komendy powiatowej: – Tu nie chodzi o to, czy on mówił prawdę, czy nie, to nie o to chodzi, tylko chodzi o to, żeby gdzieś smrodu nie narobił. To nie jest tak, że ja zaraz myślę, że chłopaki z Koźla to świnie narobiliście. [...] Wiesz, o co chodzi. Ja jestem nerwowy i tak dalej, ale też potrafię spokojnie pewne rzeczy oceniać. Trzeba pamiętać o tym, abyśmy mieli dupę spokojną i do emerytury wytrzymali.

Dyżurny komendy miejskiej: – Dobra, moi notatkę piszą.

DKP: – A wiesz, jak się facet przypierdoli, to wiesz, jaki jest zwyczaj i cała reszta.

DKM: – No, moi notatkę piszą.

Z punktu widzenia osób trzecich

Mama Sebastiana K., świadka zdarzenia: – Nie powiem, mój Sebastian święty nie jest. Za kradzieże złomu i z torów to cztery lata dostał. Ale już po dwóch go wypuścili za dobre zachowanie. Nawet dostał krótką przepustkę bez konwoju na pogrzeb ojca, choć dopiero kilka miesięcy siedział. Wtedy nie dają. Wybłagałam, bo jaki był, taki był, ja miałam przemoc w domu, ale to zawsze ojciec. No i Sebastian mi opowiadał, jak to było, i ja mu wierzę, że ci policjanci to nerwa na nich mieli. Chłopaki z Portu nie są za bardzo przez policję lubiani. Głównie to o ten złom chodzi. Ale jak nigdzie roboty nie było, to trudno się dziwić, że coś tam na złom wynieśli. Teraz to Sebastian uczciwie w Holandii pracuje. Zresztą Darek też. Jak się praca pojawiła, to spokój na dzielnicy jest. Orlika nam dwa lata temu postawili. A tam tyle dobrego żelastwa. Cały płot i w ogóle. To nawet my tu na dzielnicy nie dawaliśmy mu za długiego życia. A już dwa lata stoi i nawet kawałeczka drutu na złom nie wynieśli.

Ignacy Krasicki, przewodniczący Związku Zawodowego Policjantów na Opolszczyźnie: – Waldka, ojca tego Darka, to znam osobiście. Porządny człowiek. Syn nie poszedł w jego ślady. Już jako nieletni miał problemy, ale nie mnie o tym mówić, bo to jemu sąd dał wiarę. I teraz takie mam sygnały z całego kraju, że policjanci mówią, że strach interweniować, bo uczciwego policjanta oskarży przestępca i okaże się, że to nie policjant ma rację. Wyroku sądowego nie podważam. Ale pytam się o społeczne koszta. O poczucie sprawiedliwości społeczeństwa, które już 30 tys. podpisów złożyło pod wnioskiem do prezydenta o ułaskawienie. Ludzie na ulicy więcej widzą niż zza sądowego biurka. Na ulicy sprawiedliwość wygląda inaczej. Zresztą kilka dni temu Darek znów narozrabiał. Na imprezie publicznej rzucił się z pięściami. Pijany był i do policjantów się śmiał, że załatwi ich tak jak Dziubę i Zająca. Takie wyroki prowadzą do takich sytuacji.

Proszący o anonimowość przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości: – Kędzierzyn to małe miasto. Niby 70 tys., a wszyscy się znają. Sprawa budziła duże emocje już po pierwszym wyroku. Współczuję sędziom, bo nie mieli łatwej pracy. Na każdej rozprawie w ławach dla publiczności zasiadał komplet policjantów w galowych mundurach. Jak zeznawali świadkowie oskarżenia, to zaczynało się: pochrząkiwania, kaszle. Lokalne media od razu stanęły po stronie policjantów. Prezydent miasta przysłał pochwałę na ich cześć z prośbą o włączenie do akt sprawy. W sumie wyroki zapadły niskie, bo sześć i siedem miesięcy w zawieszeniu. Ale dla nich to śmierć społeczna, bo jako karani musieli odejść ze służby. Jedyną ich nadzieją jest akcja zbierania podpisów o ułaskawienie przez Prezydenta RP. W Polsce jest 100 tys. policjantów. Ma kto podpisywać. Przed wyborami to świetny chwyt.

Konkubina Dariusza M.: – Czekamy tylko, żeby odłożyć pełną sumę i kupić domek gdzieś za Kędzierzynem. Darek ciężko pracuje. Wcześniej pływał na barkach. Teraz jest tłumaczem na budowie w Holandii. Na początku sierpnia przyjechał. Poszliśmy na imprezę. Jakiś chłopak się mnie czepiał, więc Darek stanął w mojej obronie. Wyszło, że to on zaczął, i go zwinęli. Gazety wypisują o nim różne głupoty, że to bandyta. A przecież on nigdy nie siedział. Ma dziecko, dom, pracę. Ci policjanci następnego dnia po tej całej akcji przyszli do jego ojca w mundurach i prosili go, żeby wpłynął na Darka i wycofał oskarżenie, to oni wypiszą mniejszy mandat. Ale Darek się nie zgodził, bo to nie może być tak, że ludzie boją się policji.

Prokurator Eugeniusz Węgrzyk, szef prokuratury rejonowej, która wniosła akt oskarżenia przeciw policjantom: – Kiedy sprawa szła na wokandę, nie byłem jeszcze szefem. Ale jej akta znam. Znam też jednego ze skazanych – Jakuba Dziubę. Gramy razem w piłkę. Bardzo dobry zawodnik. Z punktu widzenia służbowego wykonaliśmy dobrze swoją robotę, co potwierdziły werdykty sądowe. Czy uważam, że prezydent powinien ich ułaskawić? Z ludzkiego punktu widzenia nie miałbym nic przeciwko temu.

Wniosek o ułaskawienie policjantów z Kędzierzyna trafił już do Kancelarii Prezydenta. Bronisław Komorowski, który jeszcze nigdy nie skorzystał z przyspieszonego trybu prezydenckiego, i tym razem decyzję o ułaskawieniu podejmie po zapoznaniu się opiniami sądu i prokuratury.

Sebastian Zając i Jakub Dziuba odeszli z policji ponad miesiąc temu. Gdyby prezydent ich ułaskawił, ich wina się zaciera i mogą wrócić do służby. Byli przełożeni obiecali, że znajdą się dla nich etaty w policji.

Polityka 35.2011 (2822) z dnia 24.08.2011; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Odcienie sprawiedliwości"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną