Społeczeństwo

Misja z pasją

Rozmowa z Krystyną Starczewską, pedagogiem

Krystyna Starczewska - Polonistka, doktor filozofii, etyk i pedagog. Krystyna Starczewska - Polonistka, doktor filozofii, etyk i pedagog. Tadeusz Późniak / Polityka
O etosie inteligenckim i pomysłach na dobrą edukację - mówi Krystyna Starczewska.
„Zdolności umysłowe młodzieży się nie zmieniły, tylko szkoły, które są nastawione przede wszystkim na testy, porównywanie sprasowanych wyników, źle oddziałują wychowawczo”.Tadeusz Późniak/Polityka „Zdolności umysłowe młodzieży się nie zmieniły, tylko szkoły, które są nastawione przede wszystkim na testy, porównywanie sprasowanych wyników, źle oddziałują wychowawczo”.

Joanna Cieśla: – Ile dzieci uchodźców uczy się w założonych przez panią szkołach?
Krystyna Starczewska: – W gimnazjum mamy ok. 20-osobową klasę multikulti dla uczniów, którzy muszą się nauczyć mówić i pisać po polsku. Mniej więcej po roku wchodzą do normalnych klas, ale nadal mają lekcje wyrównawcze. W każdej klasie jest co najmniej czworo uczniów o tak zwanych specjalnych potrzebach edukacyjnych. W sumie uchodźcy, dzieci niepełnosprawne i dzieci z domów dziecka stanowią około 15 proc. wszystkich uczniów.

Co się z nimi dzieje po gimnazjum?
Niektórzy uchodźcy kontynuują naukę w naszych liceach, niektórzy idą do szkół zawodowych lub na kursy zawodowe. Staramy się zapewnić dalszą naukę wszystkim.

Mieliśmy na przykład kiedyś dziewczynkę z Chin, przyjechała nielegalnie – znaleziono ją w grupie imigrantów ukrytych w lesie. Wraz z jeszcze jednym chińskim chłopcem trafiła do domu dziecka. Zapytano nas, czy moglibyśmy ich przyjąć do szkoły, mimo że nie mówią ani słowa po polsku. Robili błyskawiczne postępy. Chłopiec po gimnazjum poszedł do szkoły gastronomicznej, dziewczynka była wybitnie zdolna, przyjęliśmy ją więc do naszego liceum. Maturę z polskiego zdała powyżej obowiązującego wówczas giertychowskiego minimum, a z matematyki uzyskała wynik powyżej 70 proc. Zabrakło jej jednak jednego punktu, żeby dostać się na ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim! Chodziłam do pani rektor, tłumacząc, że to wyjątkowa sytuacja, ale usłyszałam, że nie może zastosować innych kryteriów niż wobec polskich kandydatów. Rozpacz.

Dziewczynka zrezygnowała ze studiowania?
Skąd. Zdecydowała się na sinologię. Też jednak jej nie przyjęto, bo polski na maturze zdawała na poziomie podstawowym, a na filologiach obowiązywał rozszerzony. I Chinka nie mogła w Polsce studiować sinologii! W końcu znaleźliśmy jej miejsce w uczelni niepublicznej, gdzie została zwolniona z opłat, a nawet dostała stypendium. To tylko jeden przykład trudności do pokonania. W sumie jednak sporo uchodźców, którzy kończą nasze gimnazjum, a potem liceum, uczy się dalej.

Rodzice polskich uczniów nie mają zastrzeżeń, że za pieniądze z ich czesnego szkoła kształci inne dzieci?
Kiedy decydowaliśmy się na przyjmowanie do szkoły uchodźców, rodzice mówili: wyda się na te dzieci kupę naszych pieniędzy, nauczyciele będą im poświęcać więcej czasu niż naszym, a w dodatku szkoła spadnie w rankingach, bo trudno oczekiwać, że ktoś, kto od niedawna posługuje się językiem polskim i miał ogólnie duże braki, napisze bardzo dobrze testy końcowe. I wtedy jeden z ojców spytał: żałowaliby państwo pieniędzy na pracownię chemiczną? Na bibliotekę? No to proszę potraktować wspólną naukę naszych dzieci z tymi uczniami jako laboratorium wychowania etycznego. To przekonało rodziców.

O pani szkołach mówi się, że wpajają etos inteligencki. To oznacza ciekawość świata, odpowiedzialność...
Ja bym dodała otwartość na różnorodność kulturową, tolerancję i wrażliwość na potrzeby innego. Zachęcamy naszych uczniów do wolontariatu. Prowadzimy na przykład świetlicę dla małych dzieci uchodźców i uczniowie z nimi pracują. Organizują także akcje pomocy dla ludzi z odległych krajów: przyczyniliśmy się do zbudowania szkoły w Birmie, zbieramy na budowę studni w Somalii. Szkolny klub wielokulturowy w tym roku przygotowuje spotkania poświęcone kulturom, z których wywodzą się nasi uczniowie: czeczeńskiej, tybetańskiej, afrykańskiej, chińskiej, ormiańskiej i wietnamskiej. Chodzi nam o zbudowanie przekonania, że Polak katolik to nie jest jedyna możliwa opcja światopoglądowa. Że warto odnajdywać to, co wspólne z innymi, i to, co nas od nich różni, i nauczyć się akceptować te różnice.

Pojawiają się głosy, że inteligencja będzie zanikać. I że ludzie przychodzący dziś do szkoły nie są zainteresowani światem, innymi ludźmi.
Nie zgadzam się. Wszystko zależy od tego, jak się z młodzieżą o tych sprawach mówi. My uczymy przedmiotów, których nie ma w innych szkołach – filozofii i historii sztuki, mamy też długą listę fakultetów, uczniowie mogą na przykład uczyć się języka chińskiego czy suahili. Mogą kręcić filmy, grać w szkolnym teatrze, uczyć się egzotycznych tańców, redagować szkolną gazetę i robić wiele innych rzeczy.

Trzeba ich zachęcać?
Nie, w większości sami są bardzo chętni. Nawet zgłaszają własne pomysły.

Może w państwa szkole są tacy wyjątkowi uczniowie?
Nie sądzę. Moim zdaniem wszystkie dzieci są otwarte na świat i chętne do robienia tego, co je naprawdę zainteresuje.

Fatalne wyniki matury w tym roku niektórzy tłumaczyli kiepską jakością młodzieży.
To śmieszne. Nie ma czegoś takiego jak kiepska jakość młodzieży. Najwyżej można mówić o kiepskiej jakości szkół i kiepskich sposobach uczenia i wychowania. Młodzi, których znam, to są na ogół samodzielnie myślący ludzie, choć nie przeczę, że często mają złe nawyki.

Na przykład?
Na przykład siedzenie wiele godzin przed komputerem. Ale wina jest po stronie dorosłych, to oni powinni zaproponować młodzieży coś na tyle interesującego, żeby to siedzenie przed monitorem nie było jedyną formą komunikacji i rozrywki. Zdolności umysłowe młodzieży się nie zmieniły, tylko szkoły, które są nastawione przede wszystkim na testy, porównywanie sprasowanych wyników, źle oddziałują wychowawczo. Przekazują informację: naucz się tego, co obowiązkowe, potem możesz szybko zapomnieć, ale ważne, żebyś wcześniej osiągnął dobry wynik w teście, zajął wysokie miejsce w rankingu, był w tym wyścigu lepszy od innych.

Na tym polega to złe uczenie?
To dotyczy formy uczenia, ale jest jeszcze treść. Na przykład podstawa programowa z historii w gimnazjum kończy się na I wojnie światowej. Ci, którzy nie pójdą do liceów, nic nie będą wiedzieli o 20-leciu międzywojennym, o II wojnie światowej, o PRL, o ruchach opozycyjnych, Solidarności, obaleniu komunizmu. Jak oni mają zrozumieć otaczającą ich rzeczywistość? Skupiając się na wprowadzeniu nauki szkolnej dla sześciolatków, nie pomyślano, by jednocześnie przedłużyć naukę w gimnazjum do czterech lat. Czteroletnie gimnazja zwieńczone małą maturą to reforma warta wprowadzenia. 16-latki kończyłyby naukę z pełnym wykształceniem ogólnym, niezależnie od tego, czy potem mieliby kopać rowy, czy robić doktoraty. Po gimnazjum mogliby iść do szkoły zawodowej lub do liceum ogólnokształcącego przygotowującego do studiów.

Gimnazja często podaje się jako powód upadku polskiej edukacji.
Nie zgadzam się. Od wprowadzenia gimnazjów podniosły się wyniki polskich uczniów w międzynarodowych badaniach. Jestem przeciwna powrotowi do ośmioklasowej szkoły podstawowej także ze względów wychowawczych. Uczniowie w trudnym wieku dojrzewania wymagają innych metod wychowawczych niż dzieci od 6 do 12 roku życia.

Żeby nastolatka zachęcić do poznawania świata, wystarczy mu przedstawić propozycję?
Trzeba stworzyć mu ofertę samodzielnego działania. To atrakcyjne dla osób, które lubią same coś wymyślać i organizować. A od tych aktywnych zarażają się inni. W większości szkół ciekawość świata i chęć samodzielnego działania jest zabijana przez nastawienie na rywalizację. Dyrektor znajomej szkoły, która ma wysokie miejsce w rankingu, pytany, jak mu się udało uzyskać tak wspaniałe wyniki, powiedział wprost: u mnie nie ma uczniów o tak zwanych specjalnych potrzebach edukacyjnych, którzy zaniżają wyniki, nie przyjmuję nawet dyslektyków i tych z orzeczeniami psychologicznymi.

 

To zgodne z prawem?
Oczywiście. Dyrektor decyduje o naborze według przyjętych kryteriów. W szkołach rejonowych często umieszcza się tych gorszych, których trzeba przyjąć, w osobnych klasach, żeby nie obniżali poziomu. Dążenie do wysokiej pozycji w rankingach pociąga za sobą szkodliwą społecznie segregację uczniów i prowadzi do edukacyjnego wykluczania tych tak zwanych gorszych. Bo szkoła nie jest nagradzana za to, ile pracy włożyła w ucznia. Liczy się tylko liczba punktów.

Pani jest córką inteligentów – nauczycielki i lekarza; w jaki sposób oni przekazywali pani wartości?
Moi rodzice mieli negatywny stosunek do wszelkich form ksenofobii, szczególnie do antysemityzmu. Mama była rzeczniczką ideałów pozytywistycznych – pracy u podstaw, była nauczycielką i autorką książek dla dzieci. Zasady moralne były dla nas oczywiste, nie pamiętam szczególnych pogadanek na ten temat. Jako nastolatka przeżyłam trudne doświadczenia. Zapisałam się do ZMP i na własnej skórze przekonałam się, czym była w praktyce ideologia komunizmu.

Łamano pani moralny kręgosłup?
Przeżyłam różne naciski, próby zmuszania do inwigilacji. Zobaczyłam, że za tym wszystkim stoi coś całkowicie sprzecznego z wartościami, w jakich się wychowałam. Już na studiach stałam się opozycjonistką. Potem współpracowałam z KOR, działałam w opozycyjnym Towarzystwie Kursów Naukowych.

Jako nauczycielka stosowała pani rewolucyjne jak na tamte czasy metody.
Nie byłam w stanie zaakceptować ideologicznego nacisku wywieranego przez szkołę na uczniów. W 1967 r. wyrzucono mnie z pracy w LO im. Słowackiego z zakazem nauczania w szkołach PRL. Nie zgodziłam się bowiem na obniżenie na wniosek sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej oceny dwóm uczennicom, które napisały bardzo dobre, ale niezgodne z obowiązującą ideologią prace maturalne. Jedna z tych prac zaczynała się od cytatu z listu polskich biskupów do biskupów niemieckich „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” i prezentowała chrześcijańskie korzenie polskiej kultury. Druga, utrzymana w duchu anarchizmu, zaczynała się od zdania: „Słowo ojczyzna, czy to w ataku, czy w zagrożeniu, zawsze cuchnie mordem”. Uczyłam swoich uczniów, że mają zawsze prezentować to, co myślą – nie mogłam więc obniżyć im ocen za samodzielność myśli.

A więc wyobraźnia, rozwijanie niezależności myślenia, konsekwencja. Co jeszcze jest ważne w wychowaniu?
Jasne wskazanie granicy tego, co niedozwolone. W mojej szkole nowi uczniowie podpisują dokument „Zero tolerancji”: kategoryczny brak zgody na agresję wobec kolegów, działania narażające kogokolwiek na niebezpieczeństwo, nieuczciwość i korzystanie z używek. Jeśli ktoś złamie któryś z tych zakazów, podpisuje w obecności rodziców kontrakt ostatniej szansy z klauzulą, że w razie ponownego złamania zakazu opuści szkołę.

Obawiam się, że w szkołach rozszerza się epidemia bylejakości. Uczniowie skupiają się na zdobywaniu punktów, co nie wymaga samodzielnego myślenia. Nauczyciele robią tyle, ile muszą, i ostentacyjnie powtarzają przysłowie „obyś cudze dzieci uczył”.
Nie generalizowałabym. Znam kilka szkół nawet z głębokiej prowincji, w których nauczyciele robią wspaniałe rzeczy. Jeśli dla kogoś ta praca jest udręką, powinien z niej zrezygnować. Żeby być dobrym nauczycielem, trzeba patrzeć na dzieci nie globalnie, tylko indywidualnie. Bo nie ma ogółu uczniów, jest Kasia, Wojtek, Przemek. Ważne, żeby zobaczyć, że nie ma dziecka, które nie miałoby jakiegoś ukrytego talentu, sobie tylko właściwych zainteresowań. A jeśli dziecka nic nie interesuje, to widocznie coś je musiało do takiego stanu doprowadzić i trzeba odkryć tę tajemnicę. Może posłać je na psychoterapię, może z nim głęboko porozmawiać.

Dla mnie prawdziwa zmiana edukacji w Polsce powinna się zacząć od zmiany sposobu przygotowania nauczycieli do zawodu. Teraz ktoś robi magisterium z fizyki czy historii, idzie na trzy miesiące do przypadkowej szkoły na praktykę i gotowy do pracy. A do dobrego przygotowania do pracy nauczycielskiej wystarczyłby licencjat z określonej specjalności plus dwa lata przygotowania do pracy dydaktycznej i wychowawczej. Nacisk powinno się kłaść na rozumienie psychologii dziecka i na praktykę w najlepszych, specjalnie wybranych szkołach ćwiczeń, w których realizowany jest interesujący program wychowawczy, pracuje się z dziećmi o specjalnych edukacyjnych potrzebach, rozwija talenty młodzieży. Szkoły ćwiczeń powinny być dofinansowane, tak żeby miały warunki do prowadzenia praktyk, powinny także uzyskać uprawnienia do oceniania praktykantów. Prawdziwa reforma szkolnictwa dokonywałaby się nie przez odgórne zarządzenia, ale oddolnie, przez upowszechnianie najlepszych wzorów pracy pedagogicznej. Można by tą drogą upowszechniać inteligenckie wartości, o których mówiłyśmy wcześniej.

Co będzie dalej z tą inteligencją?
Nie umiem powiedzieć, czy to jest warstwa, która się kończy, czy też wypracowane niegdyś przez nią wartości powinny ulec upowszechnieniu, rozlać się na większość społeczeństwa. Może zamiast ubolewać nad końcem inteligencji należałoby raczej sformułować postulat: państwo, którzy wpływacie z racji swej profesji na innych – nauczyciele, ale także dziennikarze – stańcie się propagatorami tradycyjnych inteligenckich wartości. Dziś wielu osobom w tych zawodach brakuje poczucia odpowiedzialności za to, co się robi.

 

Krystyna Starczewska jest tegoroczną laureatką nagrody im. Jerzego Zimowskiego (przyznawanej przez Instytut Spraw Publicznych za działalność m.in. na rzecz imigrantów i uchodźców) za propagowanie „wielości, która wzbogaca”. Polonistka, doktor filozofii, etyk i pedagog. Za PRL działała w opozycji demokratycznej, w latach 80. redagowała podziemny dwutygodnik KOS. Przy Okrągłym Stole w 1989 r. brała udział w pracach podzespołu ds. oświaty. Wkrótce potem zainicjowała utworzenie I Społecznego LO w Warszawie przy ul. Bednarskiej. Do dziś „Bednarska” rozrosła się w zespół szkół. Poza I SLO w jego skład wchodzą Społeczne Liceum z Maturą Międzynarodową, Wielokulturowe Liceum Humanistyczne, Gimnazjum Raszyńska (Krystyna Starczewska jest jego dyrektorką), Gimnazjum Startowa oraz Szkoła Podstawowa Chocimska.

Polityka 42.2011 (2829) z dnia 12.10.2011; Coś z życia; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Misja z pasją"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną