Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Szusować w ciszy

Urokliwe miejscowości narciarskie

Madonna di Campigilio - cóż może być wspanialszego niż narty w takiej scenerii? Madonna di Campigilio - cóż może być wspanialszego niż narty w takiej scenerii? Danilo Donadoni / EAST NEWS
Zamiast modnych i nowoczesnych, ale głośnych i zatłoczonych kurortów miłośnicy zimy coraz częściej wybierają zaciszne, nastrojowe stacje.
Czarodziejska Madonna di Campigilio.Danilo Donadoni/EAST NEWS Czarodziejska Madonna di Campigilio.
Obergurgl - raj dla freeridu.Henrik Trygg/Corbis Obergurgl - raj dla freeridu.
Alta Badia - tu można nie tylko dobrze pojeździć, ale i zjeść.N. Eisele-Hein / LOOK-foto/MJS Alta Badia - tu można nie tylko dobrze pojeździć, ale i zjeść.

Według sondażu Instytutu Pentor, aż 30 proc. spośród 4–5 mln Polaków uprawiających sporty zimowe wybiera się na urlop poza krajem, a kolejne 15 proc. spędza ferie zarówno w Polsce, jak i za granicą. Powodem jest przestarzała infrastruktura i mocno wygórowane – w porównaniu z jakością oferty – ceny w naszych górach. Ale też i charakter wielu polskich stacji, z Zakopanem na czele. Na Podhalu straszą jaskrawo czerwone neony reklamowe, na zapadłych dotąd wsiach pojawiły się kebaby oraz gigantofony na stokach. Trudno się dziwić, że kto może, wybiera – mimo sentymentu – Alpy czy Dolomity.

Wioska z nagrodami

„Najlepszy kameralny ośrodek narciarski w Europie” wedle brytyjskiego magazynu „The Good Skiing” (i nawiązujący do Hollywood tytuł Białego Oscara); pierwsza lokata w kategorii „Małe, ale doskonałe” Atlasu Narciarskiego ADAC 2009; ścisła czołówka rankingu „Urokliwe miejscowości narciarskie” szwedzkiego periodyku „Aka Skidor” i wreszcie laur Najpiękniejszej Wioski Austrii, nadany przez samych rodaków – to tytuły, którymi w ostatnich latach została obsypana niewielka wioska Alpbach w austriackim Tyrolu.

W Polsce tymczasem jest niemal nieznana, mimo że dojechać do niej można łatwo, bezpiecznie i szybko – leży 60 km przed Innsbruckiem. A i tutejszy nastrój powinien odpowiadać poszukującym spokoju. Życie toczy się tu leniwie, gospodarze są wobec gości życzliwi, a nie zdawkowo uprzejmi. Nie ma blokowisk – nawet największe i najnowsze hotele komponują się z lokalnym krajobrazem (jak zdradził Michael Mairhofer z Alpbachtal Seenland Tourismus, miejscowi ustalili, że domy mogą mieć najwyżej trzy piętra, muszą być wykończone drewnem i mieć... balkony). Najstarsze zabudowania stoją tu ponad 400 lat (pierwsze zapisy o wiosce pochodzą z 1150 r.)! Niektóre gasthofy nad drzwiami dumnie eksponują daty powstania: a to 1608, a to 1634 r. Romantikhotel proponuje pokój, w którym zachowano wystrój ponoć z XVI w. (– Jest dość ciemny, ale piękny – zachwala Michael). W Alpbach rzadkością są za to dyskoteki – wieczory spędza się raczej przy piwie i sznapsach w lokalnych barach, gdzie ucztują i miejscowi, i goście.

Nieco staromodna jest nawet infrastruktura na stokach głównego tam obszaru zjazdowego, czyli północnych zboczach Wiedersberger Horn. Ponad 50 km tras (położonych między 600 a 2025 m n.p.m.) obsługuje 21 wyciągów (3 gondole, 5 krzesełek plus orczyki i talerzyki). Urządzenia pochodzą głównie z lat 90. – nie ma więc podgrzewanych siedzeń wyciągów krzesełkowych czy ruchomych schodów na perony gondolek. Tyle że i wielu gości uważa takie udogodnienia za fanaberie, niegodne ludzi gór. Wolą chociażby, gdy zamiast wszechobecnych słupów wyciągów, gdzieś na stoku stoi stara bacówka czy chata (a w Inneralpbach, jednej z wiosek doliny, w niektórych z nich można nawet zanocować – w spartańskich warunkach, co tylko dodaje smaku przygodzie).

Trasy są za to doskonale przygotowane: w styczniu dało się całkiem przyzwoicie jeździć, pomimo zakończonej właśnie po okrągłej dobie... ulewy. Uznani freeskiingowcy Sebastian Litner i Andrzej Osuchowski sprawdzili też nowy funpark – skocznie wprawdzie nie są wielkich rozmiarów, ale udało się zrobić kilka atrakcyjnych tricków. W ramach tzw. Austrostrady, czyli sprawdzania freeride’owej oferty austriackich ośrodków zimowych, musieli wybrać się także poza wytyczone trasy. Okazało się, że w Alpbach możliwości jazdy off piste jest sporo, a na dodatek freeride jest tam stosunkowo bezpieczny pod względem lawin.

Dodatkową atrakcją są widoki z grzbietu masywu: z jednej strony na dolinę Zillertal, z drugiej zaś na Alpy Kitzbühelskie (Alpbachtal jest członkiem związku Verbund Kitzbüheler Alpen, co skutkuje rozmaitymi udogodnieniami i zniżkami dla gości – a do słynnego w całym narciarskim świecie Kitzbühel z jego Die Streif, jedną z najtrudniejszych tras zjazdowych Pucharu Świata, jest pół godziny jazdy samochodem).

Jest wreszcie Alpbach stacją nader przyjazną dzieciom. Aż do 15 roku życia mogą tam korzystać z wyciągów za darmo (wyjątkiem jest okres świąteczno-noworoczny oraz dwa tygodnie w lutym). Atrakcyjne są też ceny w szkółkach narciarskich. A najmłodsi (od dwóch lat) mogą bawić się – oczywiście również na śniegu – w Kids-Center, położonym na szczycie Wiedersbergerhorn.

Rodzice zaś po nartach mogą zajść do lokalnego browaru Josepa Mosera tuż przy dolnej stacji kolejki Pöglbahn, jednego z trzech obszarów narciarskich Alpbachtal. Joe warzy swoje piwo na ledwie 100 m kw. Sam wykonał kadzie i inne instalacje. Sam także opracował – i ciągle doskonali – receptury. Efektem jest 7 tys. litrów piwa rocznie. Joe robi 5 rodzajów piwa (m.in. przedni keller – piwo ciemne – zawierający ledwie 4 proc. alkoholu oraz w „limitowanej edycji” dłużej dojrzewające i mocniejsze bożonarodzeniowe).

Piw Joe Mosera nie można kupić poza Alpbachtal. Serwuje je tylko w swoim browarze, a sprzedaje jedynie lokalnym restauracjom i pubom w dolinie.

Diament Alp

Także w Tyrolu, niespełna 20 km od głośnego i zabawowego Sölden, na samym krańcu doliny Ötztal, leży niemal równie wielki obszar narciarski: Hochgurgl/Obergurgl.

Stacja ma zupełnie inny charakter niż znane choćby z zawodów inaugurujących alpejski Puchar Świata Sölden – jest dużo cichsza i, by tak rzec, bardziej wysmakowana. Również jej klientela jest inna – to nie żądna imprez après ski młodzież, lecz stateczniejsi miłośnicy sportów zimowych. Nie przez przypadek za jedną z wizytówek Gurgl uznaje luksusowe, w tym pięciogwiazdkowe, hotele, wybudowane z zachowaniem alpejskiego stylu na wysokości 2150 m n.p.m. Znamienne jest i to, że w schronisku/restauracji Wurmkoglhutte, czyli na 2807 m n.p.m., można skorzystać z... bankomatu, a w samej stacji, w trosce o klasę wypoczynku, wprowadzono ograniczony ruch samochodowy.

Równocześnie stacja wśród miejscowych speców uchodzi za doskonałą bazę do freeride’u (choć podkreślają oni, że aby trafić w dobre miejsca, trzeba znać okolicę, więc niezbędna jest pomoc lokalnego przewodnika).

Wreszcie jest tu dużo mniej gości niż w Sölden. Nie bez powodu Hochgurgl/Obergurgl reklamuje się jako miejsce, gdzie nigdy nie uświadczysz kolejek do wyciągów.

W styczniu zaskakiwały właśnie pustki przy kasach przed stacją nowoczesnej gondolki Hochgurglbahn. Także na stokach nie było tłumów. Bo i infrastruktura wyciągowa jest chlubą tej stacji – dość powiedzieć, że największe inwestycje minionych lat, czyli system gondolek w Hoch i Obergurgl wraz z łączącą oba obszary kolejką Top Express, kosztował 95 mln euro.

W sumie 110 km tras jest obsługiwanych przez 24 wyciągi, zdolne w godzinę przewieźć prawie 40 tys. narciarzy. Duże pieniądze wkłada się także w przygotowanie tras. Choć wytyczono je pomiędzy 1800 a 3080 m n.p.m., aż na 95 proc. zainstalowane są armatki umożliwiające dośnieżanie.

To – plus wysokość stacji oraz specyficzny układ okolicznych masywów – sprawia, że nawet gdy zawieje ciepły Föhn, jeździ się po śniegu przedniej jakości.

Ten alpejski halny może najwyżej przeszkodzić w dotarciu na Top Mountain Star, czyli niedawno wybudowaną, a już słynną platformę widokową górującą nad Hochgurgl. Z tamtejszego przeszklonego baru na 3082 m n.p.m. i z okalającego go tarasu można oglądać wszystkie okoliczne szczyty, m.in. nieodległy Wildspitze (czyli drugą górę Austrii – 3774 m n.p.m.) i Dolomity. O Top Mountain Star głośno zrobiło się także dlatego, że o jej iluminację zadbała firma Swarovski, inkrustując konstrukcję swoimi kryształkami. Ale nie tylko z ich powodu stacja nazywana jest Diamentem Alp.

Widok z platformy jest faktycznie imponujący – daje poczucie piękna, ale i potęgi tych gór. Gurgl umiejętnie zresztą taką właśnie atmosferę Alp kultywuje. W kwietniu ubiegłego roku uroczyście obchodzono tu stulecie lokalnego klubu narciarskiego. Honoruje się tu też szwajcarskiego fizyka inż. Augusta Piccarda, który w 1931 r. – jako pierwszy człowiek – dotarł balonem do stratosfery, lecz podczas jednego z lotów badawczych zmuszony był awaryjnie wylądować na lodowcu Gaisbergferner w okolicy Gurgl.

Do ideału brakuje może jednego: wspólnego skipassu dla Sölden, Hoch i Obergurgl. Powodem jest zadawniony spór między rodzinami, do których należą wyciągi w każdym z ośrodków. Choć pojawiły się pierwsze oznaki łagodzenia konfliktu: za specjalną dopłatą goście, którzy mieszkają w którejś ze stacji przez minimum 5 dni, mogą jeździć po sąsiedzku, ale tylko 1 dzień.

Rajd smakoszy

Za najbardziej romantyczne miejsce Dolomitów uchodzi z kolei Alta Badia. Charakteru nadaje jej zarówno niebywałe ukształtowanie tego pasma, jak i tradycyjna zabudowa wiosek w dolinie, sieć schronisk, w których podawane są dania kucharzy wyróżnionych przez renomowany przewodnik kulinarny Michelin, wreszcie imprezy w rodzaju Dé dl vin (Wine Ski Safari), czyli narciarskiego rajdu po górskich chatach połączonego z degustacją przednich regionalnych win na wysokości 2000 m n.p.m. Za 15 euro można próbować do woli gewuerztaminerów, vernatschy i lagreinów wyrabianych przez miejscowych producentów i kooperatywy (w przeciwieństwie do innych regionów winiarskich, w Tyrolu Południowym to właśnie spółdzielnie słyną z wyśmienitych trunków). Trunki (oraz miejscowe sery, speck i przepyszne pieczywo) serwowane są na tarasach czterech górskich chat położonych przy trasach zjazdowych. Nie bez powodu na prospektach Wine Ski Safari widnieje zalecenie, by zachować ostrożność podczas późniejszej jazdy na nartach...

Bo oczywiście to narty są najważniejsze. Ich symbolem w Alta Badia jest wymagająca trasa giganta alpejskiego Pucharu Świata (gospodarze szczycą się, że choć zawody tradycyjnie odbywają się tu na początku sezonu, nie zdarzyło się, by musiano je odwołać z braku śniegu). Ale też właśnie oszałamiające widoki (dolina leży wszak u stóp masywu Sella o wysokości 3150 m n.p.m.) i multum tras do jazdy. Przeważają wprawdzie niebieskie, ale dla wprawnych narciarzy wyzwaniem będzie pucharowa Gran Risa w La Villa, odpowiednio (czyli mocno) stroma na całej długości, ale też stosownie urozmaicona, np. jeśli chodzi o zakręty. Wrażeń dostarczy też czarna trasa, biegnąca spod samych skał Selli, oraz oznaczony na czerwono zjazd z Lagazuoi/Lagazio – szczytu, który podczas I wojny światowej był miejscem jednej z najbardziej imponujących operacji inżynieryjno-saperskich w dziejach wojskowości (w skale wydrążono sieć tuneli i wysadzono sporą część góry). Jest też w końcu Alta Badia częścią tzw. karuzeli Sella Ronda (Val Gardena, Arabba/Marmolada i Val di Fassa).

Wreszcie śnieg: w marcu, choć termometry w południe pokazywały nawet plus 20 stopni, nie było mowy o kamieniach czy trawie na trasach. Niektórzy fachowcy od dośnieżania twierdzą nawet, że jakość używanych w Tyrolu Południowym armatek w połączeniu z mikroklimatem powoduje, że sztuczny śnieg jest tam lepszy niż gdzie indziej.

Piękna Madonna

Ciąg skalistych szczytów, składających się na Dolomiti di Brenta, jest tak piękny i charakterystyczny, że stał się symbolem całego pasma. A że masyw góruje nad Madonną di Campiglio, silnie przyczynił się do popularności tej jednej z najsłynniejszych w świecie, ale i ciągle najpiękniejszych, narciarskich stacji. Bo cóż może być wspanialszego niż narty w takiej scenerii?

Owszem: w Alpach są stacje, w których trasy zdają się ciekawsze – choćby ze względu na liczbę. Choć spośród 55 km nartostrad w Madonnie przynajmniej kilka jest pierwszorzędnych, bo tyleż urozmaiconych, co wymagających. Ot choćby czarne z Pradalago i Monte Spinale. Albo czerwone FIS 3-Tre z Cinque Lahgi i Alta Genziana (też w rejonie Pradalago). A nawet niebieskie z Passo Groste, najwyższego (2504 m n.p.m.) dostępnego za pomocą wyciągów punktu w rejonie Madonny – wiodące najpierw wielkimi płaniami, a potem wijące się leśnymi przecinkami. Renomę ma też naturalnie Canalone Miramonti – właśnie na niej tradycyjnie rozgrywane są slalomy mężczyzn Pucharu Świata. Któż na niej nie walczył: Thoeni, Stenmark, Tomba, Reich... W ostatnich latach zawody odbywają się wieczorem, co przydaje zmaganiom widowiskowości – stok, choć krótki, jest stromy, a meta znajduje się w centrum miasteczka, więc fiesta jest tym większa.

Tak czy siak, tylko w Madonnie można łączyć narty z tak wspaniałym widokiem, jakim jest unikatowy masyw wyznaczony przez Cima Brenta (3250 m n.p.m.) i Cima Tosa (3175 m n.p.m.). Znawcy wspominają jeszcze o specyfice tutejszej pokrywy śnieżnej: otóż na jej jakość wpływa to, że przez większość dni w sezonie zwykle mocno świeci tu słońce, nocami zaś temperatury spadają grubo poniżej zera. Niektórzy twierdzą, że efektem jest rodzaj firnu, czyli śniegu marzenia, którym w Madonnie – w przeciwieństwie do innych stacji – cieszyć się można nie tylko późną wiosną!

Sęk w tym, że w pełni można by to było docenić, gdyby na trasach nie używano tylu armatek – dziś coraz częściej jeździ się na śniegu sztucznym, z wszystkimi jego zaletami, ale i wadami.

Uroku Madonnie dodają też jej ponadstuletnie tradycje narciarskie. 27 lutego 1910 r. grupa brytyjskich pasjonatów gór dotarła do wioski saniami, potem wspięła się na najbliższy szczyt, czyli Monte Spinale (2101 m n.p.m.), i... zachwyciła zarówno roztaczającym się krajobrazem, jak i mnóstwem możliwości do zjazdów. Po powrocie podzielili się wrażeniami z podobnymi zapaleńcami i dziennikarzami. Z czasem Madonna stawała się nie tylko coraz bardziej znana, ale i modna (choć tak naprawdę już w połowie XIX stulecia była ulubionym miejscem wypoczynku Habsburgów – przyjeżdżała tu m.in., choć oczywiście nie na narty, Elżbieta Bawarska, czyli księżniczka Sissi). W końcu zaczęła uchodzić za jeden z topowych kurortów zimowych Alp. Zachowała przy tym kameralny charakter i, co może najciekawsze, pozostała stacją dostępną również dla gości z niekoniecznie najgrubszymi portfelami.

Jeśli się postarać, można w niej świetnie pojeździć za pieniądze wcale nie większe niż w innych, dużo mniej atrakcyjnych stacjach.

Naturalnie można też zamieszkać w którymś z czterogwiazdkowych hoteli w centrum miasteczka (wciąż zachowującego alpejski charakter, w sporej części dostępnego tylko dla ruchu pieszego, a koncentrującego się wokół rynku). Ale równie wygodny punkt wypadowy da się znaleźć gdzieś na uboczu. Np. w rezydencji Ambiez, położonej około kilometra od centrum Madonny, tuż obok stacji gondoli na Passo Groste (jeden z największych obszarów zjazdowych w okolicy) oraz wyciągu krzesełkowego Forntini, wiodącego na Pradalago (kolejny wielki region, połączony zresztą trasami z trzecim – Cinque Laghi).

Z Ambiez bez korzystania ze skibusa szybko można się dostać w dowolny narciarski zakątek Madonny (oraz do samego miasteczka). Równie łatwo dotrzeć stamtąd do wchodzących w skład Skiarea Dolomiti di Brenta, czyli do Marilevy i Forgaridy.

Samo Ambiez to duży, ale udanie wkomponowany w otoczenie zespół apartamentów różnej wielkości. Jest tu spory basen (gratis) oraz rozmaite sauny (już płatne). Same apartamenty są czyste i dobrze wyposażone. Co więcej: w niektórych terminach goście mogą korzystać z oferty Freeski, czyli skipassy dostają gratis (dotyczy to także niektórych innych hoteli i rezydencji w Madonnie, bo nawet renomowane kurorty zaczęły tak kusić gości).

Wybierając hotel lub rezydencję, warto spytać, czy nie ma on umowy z którąś z miejscowych szkół narciarskich bądź snowboardowych i wypożyczalnią sprzętu. Ambiez np. jest powiązany ze szkołą 5 Laghi – na naukę w niej można dostać sporą zniżkę, a po ucznia, jeśli potrzeba, przyjeżdża bus. Niższe stawki obowiązują też w wypożyczalni (za narty, kijki, buty i kask dla dziecka na 6 dni płaci się 50 euro, czyli mniej więcej tyle, co w niektórych wypożyczalniach w Krakowie).

To ważne, bo instruktorzy w Madonnie się cenią – zwłaszcza gdy mają uczyć dzieci. Za 6-dniowy kurs grupowy (po 3 godz. dziennie) rodzice, wedle oficjalnych stawek, powinni zapłacić 195 euro. Ale dzięki rabatom mogą obniżyć koszt nawet o 20 proc.

Wreszcie, sprawa nie mniej ważna (zwłaszcza we Włoszech): jedzenie i picie. Kilka przykładów. Makaron z oliwą, czosnkiem i suszonymi pomidorami w restauracji rezydencji Ambiez kosztuje 8 euro (z czego 2 euro to tzw. obsługa kelnerska). Za tyle samo można zjeść w samej Madonnie – i to nawet przy głównej ulicy – pizzę. W schronisku na stoku sycąca polenta z miejscowym serem i grzybami kosztuje ok. 10 euro. Espresso to zwykle 1,1 euro. A butelkę lagreina z regionu Trentino można kupić w sklepie spółdzielczym (Cooperativa Pinzolo) na rynku w Madonnie już za 6–8 euro.

Diabły w raju

Piękne narty w Szwajcarii to oczywiście położony u stóp samego Matterhornu Glacier Paradise – z bazą wypadową w Zermatt. Ale świetnym miejscem jest także mało znany w Polsce lodowiec Glacier 3000 nad uroczą wioską Les Diablerets w regionie Jeziora Genewskiego.

Ta położona nieopodal Montreaux osada słusznie szczyci się ortodoksyjną dbałością o zachowanie alpejskiego stylu. Nie wydaje się tu zezwoleń na budowę domów odbiegających od tradycyjnego wzoru, a jedyny większy hotel Eurotel Victoria, choć ma ledwie 4 kondygnacje, musiał stanąć na skraju wsi i zostać tak wkomponowany w otoczenie, by nie zakłócać panoramy. Równie troskliwie władze Les Diablerets zajęły się kolejką na lodowiec: jako projektant zatrudniony został międzynarodowej sławy architekt Mario Botta, który stworzył oryginalną bryłę górnej stacji, a perony dolnej polecił umieścić w podziemnym tunelu, co pozwoliło zmniejszyć jej rozmiary.

Na samym Glacier 3000 czeka 30 km tras. Dla wszystkich. Początkujący mogą trenować na łagodnych nartostradach plateau lodowca. A że są one odpowiednio szerokie, zadowolą też miłośników klasycznego carvingu. Fani freeride’u, po opadach śniegu, mogą popróbować puchu poza trasami. Wprawdzie, jak to na lodowcu, trzeba uważać na szczeliny, ale tamtejsi ratownicy górscy twierdzą, że na Glacier 3000 są one – na tyle, na ile się da – oznaczane.

Doświadczeni narciarze i snowboardziści muszą spróbować czarnej trasy z lodowca przez Combe d’Audon do Oldenalp. Wiedzie wąskim przesmykiem między wysokimi skałami (sceneria przypomina słynną Valle Blanche z Aiquille di Midi w Chamonix), a różnica poziomów przekracza 1100 m. W razie potrzeby może być sztucznie dośnieżona, co sprawia, że w Les Diablerets można nawet pod koniec sezonu jeździć nie tylko na 3000 m n.p.m., ale również na wysokości 1840 m n.p.m.

A o ile pogoda dopisze, wszyscy mogą zachwycić się widokiem łagodnej kopuły Mont Blanc, wyrazistej grani Matterhorn oraz... tafli Jeziora Genewskiego.

W sezonie prócz lodowca czynne są w Les Diablerets dodatkowe, wytyczone już niżej, bo na wysokości samej wioski, czyli nieco powyżej 1150 m n.p.m., obszary narciarskie obejmujące 100 km tras. Dzieci do 9 lat jeżdżą za darmo, specjalne zniżki mają też dla nich niektóre hotele. Dla maluchów atrakcją może być kilka legend związanych z Les Diablerets. Ot, choćby ta związana z olbrzymimi głazami i bryłami lodu, które ponoć co jakiś czas spadają z lodowca do otaczających go dolin. Wedle lokalnego podania, w rzeczywistości są to... kule do kręgli, w które grają na lodowcu diabły. Bo na skraju lodowca stoi olbrzymia skała przypominająca właśnie kręgiel (podobna do podkrakowskiej Maczugi Herkulesa).

Opowieść tę można ciągnąć długo. Bo, chociażby, tuż koło Gurgl jest Vent, zaciszna wioska w innej odnodze doliny Ötztal. Przy granicy włosko-szwajcarskiej jest (popularne ostatnio w Polsce) Livigno – piękne, choć już chyba zbyt tłumne, a na drugim końcu Alta Valtelina cudowna Santa Caterina Valfurva. Niedaleko, bo w Tyrolu Południowym, leży dzika i śnieżna Solda/Sulden. We Francji charakter wciąż zachowuje Val d’Isere – mimo że jest połączone wspólnym karnetem Espace Killy z sąsiadującym przez grań zupełnie odmiennym Tignes. Tak samo zresztą jest z kompleksem Valmorel-St./Francois Longchamp. Te dwie stacje, położone po przeciwległych stronach wspólnego pasma, lecz połączone wyciągami, oferują stoki i dla wytrawnych narciarzy (po stronie Valmorel), i dla początkujących (od St. Francois Longchamp) – ale też dwa różne style zimowego wypoczynku.

Polityka 46.2011 (2833) z dnia 08.11.2011; Poradnik narciarski; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Szusować w ciszy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną