„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Kąsanie myszką

Małżeńskie wojny w internecie

Ponieważ zjawisko internetowych wojen rozwodowych jest nowe, nie radzimy sobie z jego jednoznaczną oceną etyczną. Ponieważ zjawisko internetowych wojen rozwodowych jest nowe, nie radzimy sobie z jego jednoznaczną oceną etyczną. adam36 / PantherMedia
W porachunkach rozwodowych byli partnerzy odkryli nowego i bezwzględnego sprzymierzeńca: Internet.
Mediatorzy zawsze na starcie oceniają, jaka jest temperatura małżeńskiej wojny. Kiedy obie strony upubliczniają materiały dyskredytujące przeciwnika, to już temperatura wrzenia.Łukasz Rayski/Polityka Mediatorzy zawsze na starcie oceniają, jaka jest temperatura małżeńskiej wojny. Kiedy obie strony upubliczniają materiały dyskredytujące przeciwnika, to już temperatura wrzenia.
Skompromitowanie przeciwnika, jeśli nawet nie gwarantuje zwycięstwa, to pozwala skutecznie go osłabić.ben124./Flickr CC by 2.0 Skompromitowanie przeciwnika, jeśli nawet nie gwarantuje zwycięstwa, to pozwala skutecznie go osłabić.

W małżeństwie Tomasza i Doroty nie działo się dobrze. Sąsiedztwo jego rodziców – zajmowali pierwsze piętro domu, młodzi drugie – nie pomagało. Po narodzinach dziecka sytuacja stała się nie do zniesienia i ostatecznie ona, niczym w popularnej piosence o polskiej miłości, z dzieckiem uciekła do mamy. Wyprowadzce towarzyszyła policja. Kiedy Tomasz zaczął mieć problemy z widywaniem dziecka, umieścił nagranie żony w sieci. Kopię wysłał do jej przełożonych w pracy. Na filmie kobieta krzyczała do małej córeczki, która nie chciała jeść: „Żryj! żryj! No żryj, bo zaraz ci wpierd...!”. Na wszelki wypadek Tomasz opatrzył film napisami, bo nagranie z ukrytej kamery miejscami było niewyraźne.

29-letni Tomasz, z wykształcenia nauczyciel, przez niemal rok nagrywał Dorotę, dyplomowaną pielęgniarkę opiekującą się dziećmi. „Rób to na wszelki wypadek, później nikt ci nie uwierzy” – poradził mu ojciec. Jedna kamera – nad łóżeczkiem córeczki, niby dla bezpieczeństwa dziecka, obraz wyświetlał się na ekranie telewizora w salonie. Do tego nowoczesna kamera ukryta w długopisie i kamera w telefonie. Wszystkie pracowały na pełnych obrotach. Tomasz nagrania kopiował, selekcjonował i zbierał w swoim komputerze. Twierdził, że żona o wszystkim wiedziała, czemu ona zaprzeczyła. Kompromitujący filmik znajdował się w sieci przez kilka tygodni i zobaczyły go tysiące internautów, zanim został usunięty.

Wścibscy i naiwni

W tej wojnie nie bierze się jeńców, liczy się tylko zwycięstwo – mówią prawnicy specjalizujący się w rozwodach. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą dzieci lub podział majątku. By przed sądem udowodnić winę, potrzeba twardych dowodów dyskredytujących przeciwnika. Plotki, pomówienia, wykradziona korespondencja towarzyszyły rozwodom od lat. Teraz zdradzeni, porzuceni i wojujący zamieniają się w hakerów, włamują do komputerów żony czy męża i tam zdobywają informacje o zdradach, ale też stanie konta, wysyłanej poczcie. Jeżeli nie potrafią zrobić tego sami, czarną robotę zlecają agencjom detektywistycznym.

Tajemnicę korespondencji chroni prawo, konstytucja, przepisy międzynarodowe. Rozwodowi wojownicy paragrafy mają za nic, zresztą – jak wynika z badań (Reader’s Digest, European Trusteted Brands, czerwiec 2011 r. ) – niemal co drugi Polak zagląda do listów, maili i esemesów swojego partnera, co daje nam niechlubne drugie – zaraz za Rumunami – miejsce na świecie. Eksperci komentują: „Jesteśmy nieufni, a brak poszanowania dla prawa i cudzej własności po prostu mamy we krwi”.

Polacy są – zaraz po Amerykanach – najbardziej uspołecznionym sieciowo państwem na świecie. Już prawie co drugi z naszych internautów ma konto na Facebooku i innych portalach społecznościowych. Niemal każdy z polskich użytkowników umieszcza w sieci zdjęcia swoje i znajomych. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pewną niekoherencją zachowań. Kontrolujący i nieufni wobec swoich partnerów, wobec Internetu pozostajemy niefrasobliwi jak dzieci. Brak skrupułów z jednej strony, brak czujności z drugiej. Zarówno inwigilowani, jak i inwigilujący ulegają złudnemu wrażeniu, że tu można pozostać anonimowym i niezauważonym. – Żaden wpis, żadne zdjęcie nie ginie – przestrzega Mirosław Usidus, zajmujący się marketingiem społecznościowym. – Są narzędzia, które rejestrują całą historię. Nie ma możliwości, by przeciętny użytkownik był w stanie całkowicie usunąć ślady swojej obecności w sieci.

Tropiciele i stratedzy

Rozwodzący się małżonkowie często poszukują w sieci dowodów zdrady. „Wpadł, bo napisał do szwagra na Skypie: miło było Cię dotknąć i przytulić” – pisze kobieta na portalu zdradzonych, przekonana, że małżonek pomylił adres i w ten sposób się zdemaskował. „O wszystkim powiedziała mi siostra. Weszłam na jego profil na Facebooku i oniemiałam. Notoryczne wiadomości z dziewczynami, co z nimi by zrobił. Najgorsze były te, w których umawiał się na spotkanie z dwiema różnymi kobietami. Wszystkiego się wyparł. To na mnie zrzucił winę, bo włamałam mu się na profil”. Inny wpis na blogu: „Zdradziła mnie na Facebooku. Rozwód będzie naprawdę”.

Niektórzy idą na całość: obmyślają precyzyjne scenariusze, wręcz długofalowe strategie pogrążenia byłego partnera. Dla nich Internet nie jest źródłem kompromitujących współmałżonka treści, ale narzędziem do ich rozpowszechniania. Stratedzy częściej rekrutują się spośród mężczyzn – cel osiągają wyłączając emocje. Strateg potrafi latami nagrywać, montować i kopiować. Podpuszczać i manipulować. Znaleźć właściwy moment, by materiał upublicznić. – Sieć to narzędzie – mówi Mirosław Usidus. – Jest jak młotek. Można nim wbić gwóźdź, można też zabić.

Internetowe wojny podsycają działający w sieci specjaliści od skupiania uwagi, zawiązywania rozmowy, tworzenia grup dyskusyjnych wokół zamieszczonego przez siebie materiału, na przykład dobrze zmontowanego nagrania audio. To osoby obdarzone naturalnym talentem komunikacyjnym, nazywane mikrocelebrytami, ale też hubami społecznościowymi (z ang. hub – węzeł). Huby potrafią nie tylko zainteresować opinię publiczną, ale również ją zmanipulować. – Hub wie, że media lubią jednoznaczny przekaz, wie, jak przeciek dyskredytujący przeciwnika przygotować i wpuścić do sieci, jak zainteresować nim opinię publiczną, by zanim głos zabierze druga strona, wszyscy byli przekonani o jego racji – tłumaczy Usidus.

Kilka miesięcy temu opinię publiczną zelektryzowała historia małego Szymka. „Ty skur..., powiedziałam normalnie, ja ci kur... będę gotować, otwieraj buzię! Koniec!” – doprowadzona do furii matka krzyczała na nagraniu coraz głośniej. „Tylko, żeby mi nie leciała krew. Nie bij mnie” – błagalnie odpowiadało dziecko. Każdy mógł usłyszeć wrzaski i przekleństwa. I rozdzierający serce płacz dziecka. Szymon to pięcioletni syn pary przedsiębiorców, jego rodzice właśnie się rozwodzili. Walkę o syna prowadzili na śmierć i życie. Chłopiec mieszkał z mamą. Ojciec chciał ograniczyć jej prawa do opieki nad dzieckiem. I to właśnie on umieścił w sieci nagrania, które miały dowodzić, jak potwornie matka traktuje Szymona. Media zareagowały natychmiast. Pojawiły się reportaże i materiały filmowe w serwisach informacyjnych. Artykuły w gazetach. W sieci zawrzało. Ruszyła akcja Ratujmy Szymonka. Jedna z posłanek podarła w studiu telewizyjnym ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Włączyli się minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Sprawy do dziś nie rozstrzygnięto.

Kiedy mówić zaczęła matka, jej słowa brzmiały mało przekonująco. My przecież już wiedzieliśmy, że znęcała się nad dzieckiem. Wyjaśniała: być może to jej głos, ale nigdy tak nie zwracała się do Szymka. Fragment o krwi? Dotyczył wizyty małego u dentysty, kiedy wypadł mu pierwszy ząb. Być może krzyczała, ale w czasie awantur z mężem. Kobieta twierdziła, że była prześladowana przez męża. Prowadzący sprawę – że obie strony potraktowały Szymka instrumentalnie.

Emocje i manipulacje

Z punktu widzenia psychologa nagrywanie i upublicznianie nagrania bez wiedzy zainteresowanych zawsze jest manipulacją – robię coś, czego ty intencji nie znasz. – Wyobraźmy sobie sytuację, w której jesteśmy, bez naszej wiedzy, nagrywani przez 24 godziny – mówi Maria Rotkiel, terapeutka par. – Bywa, że krzykniemy, przeklniemy, zachowamy się niestosownie. Czy te wyrwane z kontekstu fragmenty mogą świadczyć, że jesteśmy agresywni, wulgarni lub źle wychowani? Zwłaszcza kiedy działamy pod wpływem emocji, dodatkowo stymulowanych przez drugą stronę, która o włączonej kamerze wie.

Potajemne filmowanie jest też bardzo niebezpieczną formą agresji. Subtelną, w białych rękawiczkach, ale przez to bardziej niebezpieczną. O ile osoba impulsywna kogoś uderzy lub po prostu pobije, o tyle ta obdarzona większym sprytem będzie znęcała się nad współmałżonkiem, używając bardziej wyrafinowanych metod, na które – niestety – jest też większe przyzwolenie społeczne. Znamienne, że rozbudowane strategie internetowe realizują głównie osoby wykształcone, zamożne i obdarzone ponadprzeciętną inteligencją.

Mediatorzy, którzy starają się pokojowo rozwiązać konflikty małżeńskie, zawsze na starcie oceniają, jaka jest temperatura danej wojny. Moment, w którym strony upubliczniają materiały dyskredytujące przeciwnika, to 100 stopni – temperatura wrzenia. Żadnych argumentów, wyłącznie kipiące emocje. Podobno częściej współmałżonków nagrywają kobiety. Później raczej grożą upublicznieniem, niż robią z tych nagrań użytek. – To działanie w afekcie, po którym przychodzi refleksja, wstyd i wycofanie – mówi psycholog Maria Rotkiel. Bardziej niepokoją działania wymagające namysłu, kalkulacji i manipulacji: – Emocje opadają, a ktoś konsekwentnie kontynuuje działalność: nagrywa, montuje, upublicznia, nęka, szkaluje. W takich długoterminowych kampaniach z użyciem nowych technologii skuteczniejsi są mężczyźni.

Co na to paragrafy? Zarówno umieszczanie filmów w sieci, jak i włamywanie się do czyjegoś komputera są niezgodne z prawem, ale zanim zadziała prokurator, mija czas. – W przypadku pornografii dziecięcej prokurator działa natychmiast – wyjaśnia sędzia Michał Lewoc, koordynator Zespołu ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie w Ministerstwie Sprawiedliwości. – W kwestii przemocy z wykorzystaniem Internetu, bo to jest przemoc, potrzebne jest zgłoszenie pokrzywdzonego. Sąd może wydać postanowienia tymczasowe, czyli zabezpieczające nakazać usunięcie kontrowersyjnych treści do czasu wyjaśnienia sprawy.

A w Internecie nowości żyją – choć krótko – bardzo intensywnie. Kto ma zobaczyć, zdąży, zanim nadejdzie nakaz. Społeczność sieciowa rzadko kwestionuje ich wiarygodność. Więc skompromitowanie przeciwnika, jeśli nawet nie gwarantuje zwycięstwa, pozwala skutecznie go osłabić.

Amerykańscy prawnicy szacują, że dowody uzyskane z portali społecznościowych są używane w 98 proc. spraw rozwodowych. W polskich sądach cytaty z Facebooka czy Naszej Klasy pojawiają się coraz częściej, średnio raz na kilka spraw. Materiały zdobyte w sieci są traktowane przez sądy z powagą. Mecenas Anna Roberts przyznaje, że zdarzało jej się korzystać z wydruków z Naszej Klasy w procesach rozwodowych: – Umieszczenie wpisu czy zdjęcia na portalu społecznościowym może stanowić dowód zdrady dla sądu – mówi. – Trzeba tylko udowodnić, że dołączony do akt sprawy wydruk wpisu lub zdjęcia jest autorstwa niewiernego współmałżonka, ale jeżeli zna się adres IP komputera, z którego korzystał, dokonując wpisów, nie powinno być z tym problemu.

W Polsce nie obowiązuje zasada nazywana teorią owoców zatrutego drzewa, gdy nielegalnie zdobyty dowód nie jest dowodem – tłumaczy sędzia Michał Lewoc.

Atak i kontratak

Ponieważ zjawisko internetowych wojen rozwodowych jest nowe, nie radzimy sobie z jego jednoznaczną oceną etyczną. Pojawienie się w sieci kompromitującego nagrania czy wpisu wywołuje co najwyżej niesmak. Społeczna wrażliwość jest mocno nadszarpnięta przez tabloidy. Skoro na pierwszych stronach gazet wolno opublikować zdjęcie zrobione z ukrycia, przedstawiające przewracającego się celebrytę, i podpisać, że ma problem z alkoholem, to dlaczego umieszczenie w sieci nagrania wykłócającego się i pijanego ojca miałoby być naganne? 

Walczących rozwodników argumenty o przemocy, manipulacji, a nawet przestępstwie nie przekonają nigdy. – Jeżeli ludzie są w stanie przed sądem pomówić drugą stronę o pedofilię tylko po to, by ograniczyć lub odebrać prawo współmałżonka do opieki nad dzieckiem, bywa, że nie cofną się przed żadną podłością – mówi mecenas Anna Roberts. – Z użyciem czy bez użycia sieci.

Niestety, przyszłość wygląda ponuro. W Australii można się już rozwieść przez Internet. O odzyskanej wolności Federalny Sąd Pokoju informuje esemesem. Jeżeli sprawdzą się prognozy i do 2020 r. korzystać będziemy z sieci niemal wyłącznie za pomocą urządzeń mobilnych, głównie wymieniając zdjęcia i filmy, to rozwody mają szansę stworzyć nowy gatunek – docu horrorów. I będą bić rekordy popularności.

Dorota, którą Tomasz nagrywał przez niemal rok, nie wypiera się słów wykrzyczanych do córki. Mówi, że nie jest z siebie dumna. Tłumaczy, że była zmęczona i doprowadzona do ostateczności. Teraz przystępuje do kontrataku. Zna nicki męża. Odnajduje go na portalu doradzającym ojcom, walczącym o prawo do wychowywania dzieci po rozwodzie. Śledzi wpisy, których autorem, jej zdaniem, jest mąż. Loguje się na forum i, udając pokrzywdzonego tatę, prowokuje, zadaje pytania, podejmuje dialog. Rad otrzymuje sporo. Jak grać, żeby wygrać, jak nachodzić byłą żonę, by wyprowadzić ją z równowagi, ale nie zostać posądzonym o nękanie. I jedna podstawowa zasada: wszystko nagrywać. Teraz ona nagrywa, zbiera wpisy, kopiuje i selekcjonuje. Przydadzą się w sądzie. Tak poradził jej adwokat. 

Polityka 49.2011 (2836) z dnia 30.11.2011; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Kąsanie myszką"
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wymarsz z religii

W szkołach średnich, w dużych miastach, uczestniczący w lekcjach religii to już mniejszość. Topniejąca z roku na rok.

Joanna Podgórska
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną