Społeczeństwo

Chciał, żeby go chcieli

Samobójstwo zaraźliwe jak choroba

Samobójstwo jest zaraźliwe, twierdzą suicydolodzy. Jeśli tamten to zrobił – myślą kolejni desperaci, mogę i ja. Samobójstwo jest zaraźliwe, twierdzą suicydolodzy. Jeśli tamten to zrobił – myślą kolejni desperaci, mogę i ja. fractalznet's buddy icon / Flickr CC by SA
Przy trumnie Radka w domu pogrzebowym w Jaworze stanęła 27-letnia dziewczyna. Żałobnicy słyszeli, jak powiedziała: zaczekaj, niedługo za tobą pójdę. Czy coś w tym sensie.
Któregoś dnia w sklepie, Radek obwiązał skakanką szyję i powiedział sprzedawczyni: tak się wiesza człowiek, proszę pani.April L. Sanders/Flickr CC by 2.0 Któregoś dnia w sklepie, Radek obwiązał skakanką szyję i powiedział sprzedawczyni: tak się wiesza człowiek, proszę pani.
Według psychologów  większość osób, które planuje popełnić samobójstwo, wcześniej kogoś o tym informuje.Łukasz Rayski/Polityka Według psychologów większość osób, które planuje popełnić samobójstwo, wcześniej kogoś o tym informuje.

W Ameryce, gdy ktoś usłyszy takie słowa, podnosi alarm, i tego, kto tak mówi, psychiatra pakuje do szpitala. Żeby się nie zabił. Ale ludzie mówią różne rzeczy: mam dość tego życia, zbrzydło mi... I żyją dalej. Powiada się, że kto zapowiada odebranie sobie życia, nie zrobi tego, choć znawcy przedmiotu twierdzą, że jest przeciwnie.

Tamta dziewczyna powiesiła się po kilku dniach. W liście pożegnalnym napisała, że od dawna nie mogła znaleźć pracy. Ale pewnie to nie był jedyny powód. W samobójstwach jest zwykle tak, że wewnętrzne nieszczęście, niekoniecznie dostrzegane przez otoczenie, zbiera się, zbiera, aż w końcu wystarczy mało ważny z pozoru fakt, który jest jak naciśnięcie spustu.

Kilka dni później powiesiła się jej koleżanka, pięć lat starsza. Zostawiła dwoje małych dzieci. Była uzależniona od alkoholu i narkotyków. Jakiś powód to jest, choć nigdy nie ma dość ważkiego, żeby terminalnie nie chorując odbierać sobie życie.

Znaki i zdarzenia

Ci, co chcą to zrobić, twierdzą suicydolodzy, prawie zawsze wcześniej o tym mówią. Bo może ktoś pomoże, uratuje, zdarzy się cud. Albo dają znaki.

Któregoś dnia w sklepie, niedaleko od swego domu, Radek obwiązał skakanką szyję, podniósł do góry koniec sznurka i powiedział sprzedawczyni: tak się wiesza człowiek, proszę pani. Albo takie zdarzenie: na kościelnym konkursie rysunkowym Radek rysuje czarną kredką tonący okręt. Rufa przechylona, w wodzie pływają głowy ludzi. – Chcesz nas potopić? – pyta pani z konkursu. – Nie, tylko siebie – odpowiada Radek.

Na kilka tygodni przed śmiercią Radka powiesił się jego kolega ze świetlicy terapeutycznej. 17-latek pojechał w odwiedziny do innego miasteczka. Znaleziono go w lesie, tak jak potem Radka. Był wybitnie uzdolniony plastycznie, ale słabo się uczył, więc ani w liceum plastycznym, ani w ogólniaku nie miał szans. Wylądował w zawodówce. Ponoć nieszczęśliwie zakochany. Choć mówi się ostatnio w mieście, że sam się nie powiesił, że ktoś to zrobił. O Radku też tak niektórzy mówią. Kilka miesięcy później powiesiło się w okolicy miasta jeszcze trzech mężczyzn. W tym roku dziewięć osób.

Samobójstwo jest zaraźliwe, twierdzą suicydolodzy. Jeśli tamten to zrobił – myślą kolejni desperaci, mogę i ja. Tych trzech mężczyzn trochę już na tym świecie pożyło, ale Radek, 14-letni? Toż on był jak wyjęty z książki o wesołym urwisie, na którego jeśliby ktoś chciał się gniewać, to by nie potrafił.

Widzi go czasem dyrektor gimnazjum na korytarzu. A dlaczego ty nie na lekcji? A bo ja, panie dyrektorze, szukam mojej klasy. – To może ja cię zaprowadzę? – Och, dziękuję, poradzę sobie – odpowiada Radek. Zero arogancji, uśmiech i wdzięk. A do tego wiadomo, że nie jest w klasie, bo zaspał albo na przykład roznosił ulotki miejscowego banku.

Zdarzało mu się zaspać, kiedy matka pracowała jakiś czas na wysypisku śmieci. W szkole jest grupa rodzin, którym za bardzo nie zależy, żeby dziecko zdążyło do szkoły. Śpi? Niechaj śpi.

Ale nie można powiedzieć, żeby matka o czwórkę dzieci nie dbała. Jak mogła i umiała. Tylko nie bardzo wychodziło. Ojciec miał problemy psychiczne. Trzykrotnie próbował samobójstwa. Wyprowadził się, wyjechał do Niemiec do roboty. Czasem przywoził dzieciom prezenty. Radek nigdy o ojcu nie mówił, raz tylko do kolegi popchnięty na jakiejś wycieczce: jak się będziesz tak zachowywał, trafisz do więzienia jak mój ojciec.

Dwaj starsi bracia mają za sobą ośrodki szkolno-wychowawcze, za kradzieże i rozboje. Teraz już pełnoletni. Nie pracują (w Jaworze jest 18-proc. bezrobocie). Ale piją. Zaliczyli pobyty w izbie wytrzeźwień. I awantury, co rusz przyjeżdżała do rodziny policja, nie tylko zresztą do nich, ale też do innych w budynku, w którym mieszkają.

Z takich miejsc nieczęsto wychodzi się na prostą. Weźmy Darię, siostrę Radka. Przychodzi wezwana na policję. W komendzie delikwenci spuszczają zwykle z tonu – coś mi odbiło, już się nie powtórzy itd. A Daria funkcjonariuszowi rzuca: nie będę z panem rozmawiała. Obraca się na pięcie. Trzask drzwiami. Nie byle co: wybiła koleżance ząb uderzeniem w twarz. Ale w szkole – zachowanie poprawne.

Aktywista

Z takich miejsc wychodzi się na prostą, jeśli ktoś poda rękę i wyciągnie z kredowego koła. Zanosiło się na to, że Radek wyciąga się sam. Był inny. Nie kradł, niczego dzieciom nie zabierał, nie pił, nie ćpał. Tyle że wszystko było lepsze od siedzenia na lekcji. Trzeba przynieść do klasy dziennik, ustawić krzesła, obejść hurtownie w mieście, żeby najtaniej kupić prezenty koleżankom z klasy na 8 marca? Radek do usług. Za pieniądze i za darmo.

Uzgodniono z bankiem, że ulotki będzie roznosił tylko po lekcjach. I miejscową gazetę. Z jej roznoszenia coś nie wyszło. Nie zgadzało się saldo. Radek założył konto w banku, żeby mu bracia nie podbierali pieniędzy. Jak się go pytano, kim chce zostać, gdy dorośnie, mówił: dyrektorem domu kultury. Dom ma taki teatr, że kto weń wchodzi, słupieje: cudo, perła, diament. Tam urządzać przedstawienia, koncerty dla mieszkańców – to jest życie. Byłby z Radka świetny materiał na menedżera, bez dwóch zdań.

 

 

Właściciel hurtowni Tadex, do którego Radek przynosił prośby z organizacji o słodycze na festyny i uroczystości, wylicza miejsca, gdzie Radka było pełno. Zawsze na uroczystościach w garniturku i pod krawatem. Powinni go szanować, nie jest byle kim, a w każdym razie nie jest kimś, za kogo można byłoby go uważać. Tak też ubrany wkroczył z kolegą do ratusza, by złożyć burmistrzowi miasta życzenia urodzinowe. On, Radek, oraz kolega. Z własnej inicjatywy i we własnym imieniu. Życzenia zostały przyjęte. Ministrantem też chciał być, ale ksiądz nie wziął go na kolędowanie po mieszkaniach, więc zrezygnował. Strasznie chciał, żeby go wszyscy chcieli. Pragnął uznania i akceptacji, rozpaczliwie, na zapas, pełnymi garściami, nie tylko w jednym miejscu – w świetlicy czy bibliotece. Wszędzie, wszędzie.

Mówiono, że donosi wychowawczyni. Ależ skąd, nie zgadza się wychowawczyni, która w szkole już nie pracuje. Raz przybiegł do niej i woła: chłopaki na piętrze się biją. Albo: zdzierają farbę. Czy to jest donoszenie?

Darcie kotów

Powiada się w mieście, że dzieci i rodzice podpisywali petycję do władz przeciw dyrektorowi gimnazjum. Radek też. Dyrektor obniżył liczbę godzin nauczycielom. Wszyscy się na to zgodzili, prócz trzech nauczycielek, w tym wychowawczyni Radka.

Dyrektor dał dwóm nauczycielkom wymówienie. Jedna z nich już odwołała się do sądu, przegrała proces i teraz sprawa pójdzie do Sądu Najwyższego. Wszyscy w mieście o niesnaskach wiedzą. Kochani przez Radka dorośli, do których przyklejał się, negując własny świat, darli z sobą koty. Dla wrażliwej duszy to nie jest byle co.

Ojciec Radka był w rodzinie od dawna nieobecny. Matka związała się z innym partnerem. Urodziła się dziewczynka. Radek obwoził tę małą w wózku po mieście: patrzcie, jaka śliczna siostra. Ale zaczął nocować u kolegi. Tam też różowo nie było, ale wolał ten dom od własnego. Z tym kolegą znalazł pracę na wakacje. Czyszczenie lokomotyw. Zawsze parę groszy wpadnie. Miał co prawda dwie poprawki, przed trzecią klasą gimnazjum, ale zdałby, zdolny chłopak, wystarczyło przysiąść.

Tymczasem okazało się, że z pracy nic nie wyjdzie. Miejscowe harcerstwo, jak co roku, urządzało obóz na swoim terenie, nad morzem, zabierając grupę dzieci, podopiecznych opieki społecznej. Mieli jechać Radek, Daria i ich najmłodszy brat. Radek – że nie chce. Dlaczego? – pytała była wychowawczyni. – Bo tam jadą same świry. – Jakie znów świry? – Ja swoje wiem – mówi Radek. Poza tym chce pracować przy lokomotywach. I czeka na odpowiedź od dyrekcji kolei, czy zezwoli mu na urządzenie świetlicy w wagonie kolejowym, bo założył klub aktywnej młodzieży. Jako szef klubu wysłał odpowiednie pismo do dyrekcji. Klub ma wiele planów, a wśród nich uporządkowanie cmentarza żydowskiego. Również w tej sprawie złożył pismo do wojewódzkiego konserwatora zabytków. Więc nie chce jechać na obóz. Ale matka nalega, żeby jechali. Bo cała trójka będzie na obozie za darmo.

I jadą. W autobusie Radek nagle pyta którąś panią z kadry: jaki wyrok by pani dostała, gdyby mi się na obozie stało coś złego?

Dzieci mieszkają pod nowymi namiotami. Stołówka odbudowana po pożarze. Są fajne zajęcia jak to na obozie harcerskim. Radek dzwoni do wychowawczyni, która już w szkole nie uczy, że ucieknie, że mu tu źle, a Darii coś odbija i w nocy urządza koncerty. Wychowawczyni mówi, że i on, i siostra źle znoszą wszelkie rygory. Ale przywykną. Po kilku dniach Radek oddzwania, że da się wytrzymać. Darii koncerty też przeszły.

Jak zawsze – aktywny, uczynny. Tylko raz mówi: urządzę wam jeszcze lepszy kabaret. Przyjeżdża lokalna telewizja, nagrywa wesołą imprezę. Tam gdzie kamera, tam zawsze Radek. Całe miasto go z tego znało.

Odszedł za daleko

Radek przesuwa ławkę, zahacza o namiot i rozrywa tkaninę. Ktoś z kadry mówi: będziesz musiał zapłacić za szkodę. Dowiaduje się o tym matka. Krzyczy na Radka przez telefon.

Może to wyzwala spust? A może to, że nie chce go koleżanka z obozu, w której się podkochuje. Na jej łóżku zostawia list pożegnalny. Nie chce dłużej żyć. Po kolacji harcerze znajdują na szlabanie przy wjeździe do obozu kartkę: szukajcie mnie w lesie. Rozbiegają się. Ty skurwysynie, taki owaki, krzyczy Daria. Gdzie jesteś?

Kartka była może jak prośba: szukajcie mnie, odetnijcie na czas. Ale Radek odszedł 400 metrów za obóz. Za daleko na spełnienie prośby. A może źle obliczył i wydawało mu się, że to blisko, że zdążą. Wisiał na skakance, tej samej, którą pokazywał ekspedientce w sklepie. Zabrał ją z sobą. Dokładnie sprawdzono, że wśród obozowego sprzętu żadnej innej nie było.

Matka jak to matka, rozpacza. Ojciec zażądał połowy sumy, którą państwo wypłaca na pochówek – należy mu się jako ojcu. Nie dała. Chce zrobić nagrobek. Nie wierzy, że syn się powiesił. Ktoś inny mu to zrobił. I będzie tego winnego szukała.

Grono pedagogiczne z gimnazjum Radka wystąpiło do władz miasta o rozpatrzenie sprawy tej szkoły na sesji rady. Bo trzy nauczycielki, niechętne dyrektorowi, wysyłają skargi na szkołę, gdzie się tylko da. Była wychowawczyni mówi, że się za tę szkołę wstydzi. Grono czuje się przez to wszystko zaszczute i obawia się, że będzie tracić uczniów.

Rada zebrała się w przepięknej sali posiedzeń. W ratuszu powiada się, że to trzy nauczycielki przyprowadziły na sesję matkę Radka. Że jego śmierć wprzęga się do rozgrywek personalnych. Ale nauczycielki twierdzą, że wcale matki nie sprowadzały, że ona przyszła sama, usiadła i słuchała.

Policja mówi, że wszystkie samobójstwa przed Radkiem i po Radku nie były wynikiem biedy, ale tak jak wszędzie: zdrada, rozstanie, samotność, brak przytulnego kąta w życiu.

Polityka 49.2011 (2836) z dnia 30.11.2011; Coś z życia; s. 98
Oryginalny tytuł tekstu: "Chciał, żeby go chcieli"
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wojewódzki z Matą o „Patointeligencji” i „Patoreakcji”

Mata, autor „Patointeligencji”, który właśnie opublikował nowy utwór z równie mocnym tekstem: – Społeczną rolą artysty czasami jest wystawienie się na strzał. Ja się czuję z tym dobrze, to zamieszanie czemuś służy.

Kuba Wojewódzki
03.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną