Społeczeństwo

Rekonstrukcja

Fatum nad rodziną

Ktoś musiał odkręcić w nocy kurki kuchenki gazowej, to pewne. Ktoś musiał odkręcić w nocy kurki kuchenki gazowej, to pewne. Michał Bednarek / PantherMedia
Gdzie był wtedy Bóg? Na urlopie? – pisze internetowy Chór. I która to śmierć w rodzinie – dwunasta, trzynasta?
Alfred zbudował swój dom solidnie. Duży, klockowaty, z balkonami. Dom – grób.Łukasz Rayski/Polityka Alfred zbudował swój dom solidnie. Duży, klockowaty, z balkonami. Dom – grób.

Alfred zbudował swój dom solidnie. Duży, klockowaty, z balkonami. Przed emeryturą pracował w kopalni – na powierzchni, przy urządzeniach górniczych. Budował z mozołem, w czasach, kiedy materiałów było jak na lekarstwo. Dom – grób.

Dom wznosił z myślą o dzieciach, których miała się urodzić gromadka, a jedno zostanie, jak dorośnie, w domu, bo po cóż budowałby piętrowy? Część miasta, w której stał dom, dawno przestała być wsią czy też osadą od pokoleń górniczą. Niedaleko ulicy, gdzie się wybudował, postawiono bloki i nie jest już tu tak spokojnie, jak było. Za blokami Biedronka i hotel.

Gospodarstwo jego ojca było niedaleko. Wychowywało się w nim jedenaścioro dzieci. Pracowitych do bólu. Chłopcy postawili sobie domy, dziewczyna też. Z harówki i oszczędzania, jak Alfred. Pracoholik, dziś byśmy powiedzieli. Nie mógł żyć bez roboty nawet na emeryturze. W ogrodzie sadził, przesadzał, podlewał żywotniki wschodnie, urządził oczko wodne, podwórko miało być jak malowanie.

Córka jedynaczka

Z jedenastki zostało ich trzech: Alfred i dwaj najmłodsi. Starsi i siostra umierali na tego samego raka – jeden po drugim. Gen albo przeznaczenie.

Ożenił się z panną o parę lat od siebie młodszą. Dzieci długo nie było, aż przyszła na świat wyczekana córka jedynaczka. Ani ładna, ani brzydka. Od dziecka zamknięta w sobie, jakby bała się świata poza domem, w którym wszystko było dokładnie i raz na zawsze ustalone, jak w instrukcji obsługi. To wolno, tego nie, masz robić to, tamtego nie. Świat musiał chodzić jak w zegarku i tak jak ojciec postanowił, bo inaczej był w robocie pas.

Do sąsiadów Alfred zawsze był otwarty, uczynny, żadnych kłótni, zawsze do żony Stasieńko, do córki też tkliwie. Sąsiedzi tak to zapamiętali. Rygor i miłość. Twardy i miękki w jednym. Satrapi tacy bywają.

Kiedy Sylwia była już mężatką z dwójką dzieci, w niedzielę chodzili do koś­cioła, bardzo mocno trzymając dzie­ciaki za ręce, żeby coś złego im się nie stało.

Szła córka Sylwia, jej mąż, jeśli był w domu, Alfred, jego żona Stanisława i wnuczęta – Marylka i Kubuś. Porządna rodzina, żadnej patologii. I żadnej biedy. Alfred dopracował się ładnej emerytury, jego żona też jakąś miała po latach pracy w biurze, a potem w rejestracji ośrodka zdrowia. Sylwia po nauce na pielęgniarkę i położną pracowała też w ośrodku. Wszyscy w tej rodzinie pracowali. Ojciec nie ścierpiałby obiboków i leserów. Nic tylko żyć.

Zachodził do Alfreda czasem kolega z pracy w kopalni. Alfred był gościnny. Lubił nawet czasem pogrillować. Bywali u nich w gościnie lekarze z racji tego, że matka pracowała w służbie zdrowia, i inne osoby wykształcone. Mieli o czym ze sobą rozmawiać. Lepszy dom, lepsza sfera górnicza.

Oślepiający słoneczny dzień

Sylwia lata panieńskie przeznaczone do zamążpójścia przekroczyła. Nie objawił się kandydat, który zdaniem ojca byłby jej wart, albo może z tej przyczyny, że dalej była wsobna i niegoniąca za towarzystwem. Ledwo powie sąsiadom dzień dobry i idzie dalej.

Rówieśnice, już teraz 40-letnie, nie pamiętają, żeby przychodziły do niej koleżanki szkolne i żeby ona do którejś. I rzadko się uśmiechała. Możliwe, że z powodu zahukania w domu, ale też że chorowała od dzieciństwa na niezdiagnozowaną depresję. Ale i co tam było do diagnozowania, skoro rodzina porządna, a z nią nigdy kłopotów – cicha, układna, grzeczna.

Sylwia wciąż była panną i wciąż żyli we troje, rodzice i córka w zbyt pustym domu piętrowym. Ze wszystkiego na świecie najbardziej pragnę wnuków, mówił Alfred sąsiadom, wychowywany przecież w jedenastce.

Któregoś dnia kolega z pracy wpadł w odwiedziny. Gawędzili, aż kolega powiedział, że ma krewnego spod Częstochowy w wieku dla Sylwii odpowiednim, budowlańca z zawodu, więc może by młodych poznać i coś z tego mogłoby być. I było. Może z rozsądku, może z miłości, może ojciec Sylwii kazał, nie wiadomo, ale ślub wzięli.

Potem ten, który naraił pana młodego, zbudował sobie dom i niedługo się powiesił. Jak u Alfreda dom – grób. Podobno nie mógł spłacić kredytu albo była inna przyczyna, nie wejdziesz w duszę człowieka, mówią sąsiedzi Alfreda, nie zrozumiesz, jakie w niej pali się piekło, że człowiek odejmuje sam sobie życie. Nikt nie wie, ciągną sąsiedzi, jakie ono było w duszy Sylwii, że za nic nagle miała chodzenie do kościoła z rodziną w każdą niedzielę i kurczowe trzymanie za ręce dzieci, żeby je uchronić przed niebezpieczeństwem.

W maju tego roku w oślepiający słoneczny dzień to babcia wracała z nimi od kuzynki, a może skądinąd, nie ma już kogo o to zapytać. Weszli na jezdnię na pasach, może kawałeczek obok nich.

Huk. Ktoś zobaczył, że na jezdni leży trzyletnia dziewczynka z głową w jasnych loczkach, w kałuży krwi, sześcioletni chłopczyk i starsza kobieta.

Przyuczona do posłuszeństwa

Kobieta za kierownicą nie jechała jak piratka. 44 czy 45 kilometrów na liczniku, trzeźwa, młodsza od Sylwii o parę lat. Nie dostrzegła. Nie zwolniła, bo na jezdni nie było śladów hamowania. Pewnie zamyśliła się, podobno niedługo miał być jej ślub, może odwróciła się do mężczyzny, z którym jechała, albo oślepiło ją słońce. Nie pamięta, chyba to było słońce. Do dziś nie może wyjść z szoku. Pójdzie do psychiatryka na badania, czy była wtedy władna zapa­nować nad pojazdem, czy nie. Jeśli nie, czeka ją więzienie.

Babcia też nie dostrzegła samochodu. Tego dnia była bardzo zdenerwowana, mówi ktoś z sąsiadów. Może pokłóciła się z mężem o zięcia, co nie było na porządku dziennym, bo mąż był głową rodziny we wszystkim, a ona szyją – chyba nie bardzo. Nie zauważyła tego Fiata, idąc od lewej strony jezdni, gdy już prawie docierali na prawą stronę.

I nagle huk. Kubuś był poharatany, zawieźli go do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Lekarze przez miesiąc walczyli o jego życie. Aż Kubuś, mądry grzeczny przedszkolak wrócił do mamy i dziadka.

Ojca w tym domu już nie było. Niezadługo po ślubie mąż Sylwii wyjechał do Anglii do pracy. Sąsiedzi mówią, że pewnie nie czuł się dobrze, wprowadzając się do domu żony bez żadnego wkładu. Golec – mówią sąsiedzi. Z Anglii przywiózł samochód, ale teściowi imponowało pewnie to, co z ciężkiej harówki, a nie tak szast-prast, nie wiadomo skąd.

Mieli dzieci, więc pewnie się kochali – mówią znów sąsiedzi. Ale nie za mocno, skoro Sylwia nie chciała, choć ją prosił, przenieść się do jego rodziny pod Częstochowę. Może zresztą i chciała, lecz jak zostawić ojca samego bez wnucząt, które nareszcie miał – radości jego życia. Wreszcie dom miał być dla kogoś przeznaczony. Nie mogła zrobić tego ojcu, przyuczona do posłuszeństwa.

A ojciec, jak to on, że zięć za mało robi, że nie tak robi, jak należy, że nie to, że nie tamto. Parobka chciał mieć w zięciu, powiada ich znajoma. Nie miał zięć życia w tym domu. Choć oni się ze swoimi problemami na zewnątrz nie obnosili i wielu sąsiadów nawet nie spostrzegło, że mąż Sylwii po jakimś czasie już z nią nie mieszka. Wrócił do domu rodzinnego. Ale nie odciął się zupełnie, przyjeżdżał do dzieci.

Cicho posnęli

Po śmierci matki i córeczki Sylwia osunęła się w sobie. Może gdyby lekarze nie dali jej tak długiego zwolnienia, gdyby zaganiali do pracy między ludźmi, rozmawiać z nimi, coś robić… Psychologowie powiadają, że rodzina w strasznych doświadczeniach jest ważna, ale pomoc obcych bywa nadspodziewanie skuteczna, żeby wyjść z rozpaczy, o której, kto nie stracił dziecka, nie może mieć żadnego wyobrażenia. Ale pewnie mówiła, że nie ma sił pracować, więc dali zwolnienie ze współczucia na parę miesięcy.

Muszę zdążyć do Marylki na jej urodziny, mówiła Sylwia, choć Marylka już dawno w białej trumnie majowej. A ona, że musi do niej zdążyć. Kobiety, które nie znajdują szczęścia w wielkiej miłości, albo zdarza się taka, lecz nieszczęśliwa, przelewają, bywa, ją na dzieci, kochając, rozpaczliwie w nie wczepione, bez miary, bez dna.

Ośrodek interwencji kryzysowej oferował pomoc, bo tak jest zawsze, gdy dostanie zawiadomienie od policji czy straży pożarnej, że jest ona komuś potrzebna. Kiedy spalił się w okolicy dom, psychologowie byli natychmiast u pogorzelców. Sprawa była prosta – grupa poszkodowanych czekała na pomoc.

Ale tu? Do tej pogruchotanej Sylwii i jej ojca, który na wiadomość o śmierci żony i wnuczki dostał zawału? Jak się pakować w cudze życie z radami, z pocieszeniem, jeśli ktoś ich nie chce, jak Sylwia. I która to śmierć w rodzinie Alfreda – dwunasta, trzynasta? Przeklęte życie, przeklęty dom? Więc może umówił się z Sylwią, że pójdą wszyscy razem na urodziny do Marylki w parę dni naprzód, żeby na nie zdążyć, bo może długa ta droga.

Ale sąsiedzi nie wierzą, że tak się umówili. Alfred był na to za bardzo religijny, za bardzo w porządku. Wszystko, tylko nie to. Po zawale wrócił do siebie, nawet grillował. Ojciec dzieci też przyjechał, bawił się z synkiem na podwórku. Chciał być z Sylwią. To ona chyba już nie chciała, mówią sąsiedzi. A może dlatego, że już niczego nie chciała, prócz tego, żeby nie słyszeć, jak ojciec mówi, że to przez nią się to stało, bo do przedszkola prowadziła babcia, z przedszkola też, babcia we wszystkim. Nie dość starania, za mało troski, twoja wina, że zginęły, powtarzał ojciec, bo musiał być przecież ktoś winny. Więc może chciała ojca ukarać?

Ciągi wentylacji w domu były zatkane, ale w okolicy wszyscy tak robią, żeby zimą ciepło nie uciekało. Zawiesiła w drzwiach balkonowych grubą tkaninę. Była noc. Instalacja gazowa, sprawdzili potem specjaliści, działała bez zarzutu. Ktoś musiał odkręcić w nocy kurki kuchenki gazowej, to pewne. Śledczy posłali je do ekspertyzy – czy są nich odciski palców Sylwii. A może Alfreda.

Metan nie jest trujący. Wypycha jednak powietrze do góry, bo jest cięższy. Człowiek nie ma czym oddychać i dusi się. Ale wtedy krzyczy, ucieka, woła o pomoc, mówią sąsiedzi. A oni – nie. Cicho posnęli. Może Sylwia dosypała im jakichś prochów, miała przecież dostęp do leków. Też nie. Prowadzący sekcję żadnych prochów nie znaleźli. Więc chyba szybko stracili przytomność.

Obudziła się nad ranem. Zobaczyła, a może sprawdziła, że nie żyją. Skoro nie umarła razem z nimi, może przesiedziała do rana w altance na podwórku, zastanawiają się sąsiedzi. Ale też nie. Gdyby przesiedziała, jej ciało byłoby mocniej, niż to się okazało, wychłodzone. Jakimś cudem gaz jej nie zabił – to fakt.

Jeszcze ktoś ją widział na podwórku w piżamie. Nie wezwała pogotowia. Weszła na balkon, postawiła drabinę, wlazła po niej na dach i runęła w dół na betonowy podjazd. Sąsiad rano pomyślał, że to pies leży w kałuży krwi. Nie żyła.

Śmierć nie lubi być oszukiwana.

Polityka 02.2011 (2841) z dnia 11.01.2012; Coś z życia; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Rekonstrukcja"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną