Społeczeństwo

Wróbel

Andrzej Krzysztof Wróblewski (1935-2012)

Andrzej Krzysztof Wróblewski (1935-2012). Andrzej Krzysztof Wróblewski (1935-2012). Archiwum

Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego poznałem w październiku 1956 r. i od tamtego czasu, przez ponad pół wieku, pozostawał moim najbliższym przyjacielem. Andrzej przyszedł na świat i wychował się wśród inteligencji żoliborskiej. Jego ojciec (również Andrzej) był znanym krytykiem teatralnym, a matka – Wanda – reżyserem i dyrektorką Teatru Ziemi Mazowieckiej. Andrzej wychował się w rodzinie lewicującej, w klimacie PPS i Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, wśród takich ludzi jak Igor Newerly i jego syn Jarosław Abramow, z którym działał potem w Studenckim Teatrze Satyryków. Andrzej zaczynał tam od obsługi reflektora i z czasem trafił na scenę. Na pierwszym miejscu w rodzinie była praca dla ludzi – polityka i sztuka.

Po studiach polonistycznych Wróbel, na mocy obowiązujących wówczas nakazów pracy, ale i może trochę przy wsparciu rodziców, trafił do redakcji pisma „Teatr”, którego naczelnym redaktorem był Edward Csato, a następnie Jerzy Koenig, czyli elita krytyków polskich. Potem pracował w „Sztandarze Młodych”, skąd duża grupa młodych i zbuntowanych dziennikarzy przeszła do POLITYKI.

Pracując w POLITYCE w ciągu kilku lat Wróbel wszedł do czołówki polskich reporterów i publicystów. Z przekonań i z temperamentu był socjalistą i pozytywistą, ciągle coś naprawiał, od ustroju począwszy – na rowerze skończywszy. Jeździł po Polsce, sprawdzał, jak działa system, wracał coraz bardziej przygnębiony, ale i pełen pomysłów. Pisał o losach ludzi, którzy emigrowali z Mazur do Niemiec w zamian za wysoki kredyt, jaki PRL dostała od RFN, był jednym z pionierów cyklu artykułów „Twardo donikąd” o możliwości wprowadzenia bezrobocia w socjalizmie (był przeciw), interesowało go funkcjonowanie ekonomii i ludzi – efektywność, bylejakość, bodźce, strajki, absurdy i paradoksy systemu. „Dlaczego bogaci są bogaci”, „Polska świnia nie wie, czego od niej chcą”, „Ludzie na smyczy” (o kredytach), „Ludzie nie meble” (o polityce kadrowej), to niektóre tytuły jego długo pamiętanych artykułów. Jego tekst o taniej motoryzacji „Gdyby utopie miały kółka” został skonfiskowany przez cenzurę i ukazał się dopiero po Grudniu ’70 r., kiedy do władzy doszedł Gierek. Pisał o tym, jak wielkie hasła i szczytne intencje pozostają na papierze, nie wytrzymują konfrontacji z życiem.

Reportaże i artykuły Wróblewskiego, pisane z pozycji „konstruktywnej krytyki” i zdrowego rozsądku, coraz częściej padały ofiarą cenzury. W „Białej księdze cenzury”, opublikowanej za granicą przez byłego pracownika GUKPPiW, artykuł Wróblewskiego przytoczony jest jako jeden z dwóch przykładów wzorowej konfiskaty, stanowiącej dumę urzędu. W 1969 r. czechosłowacka bezpieka znalazła numer telefonu Andrzeja w notatniku znanego działacza opozycji Jiřiego Lederera, z którym Wróbel utrzymywał kontakty. Funkcjonariusze przeprowadzili jednoczesne rewizje w domu Andrzeja Wróblewskiego – ojca, i w domu Andrzeja i jego żony Agnieszki. Andrzej wspominał sprawę z humorem. Opowiadał, jak jeden z funkcjonariuszy, wpatrując się w dowód osobisty, mówił przez telefon: „Fabryka? Imię – gra, nazwisko – gra, data – nie gra, miejsce – nie gra, adres – nie gra”.

Z czasem entuzjazm Andrzeja, jego wiara w możliwość naprawy PRL, słabły. Michał Radgowski, ówczesny zastępca redaktora naczelnego, pisał potem w książce „POLITYKA i jej czasy”, że Wróblewski wydawał mu się człowiekiem rozdartym.

Z ogromnym zainteresowaniem powitał narodziny Solidarności. Wraz z Mieczysławem Rakowskim pojechał do Stoczni Szczecińskiej, zaprzyjaźnił się z przywódcami strajku, a kilka dni później pojechał ze mną do Gdańska, by przeprowadzić pierwszą w polskiej prasie „naziemnej” rozmowę, w której udział wzięli Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Alina Pieńkowska i Bohdan Lis.

W stanie wojennym rozdarcie Andrzeja osiągnęło punkt krytyczny, nie był może śledzony przez tajną policję, jak w końcu lat 60., ale miał po prostu dość naprawiania systemu. Na pamiętnym zebraniu zespołu POLITYKI w 1982 r., na którym doszło do rozłamu, był nieformalnym rzecznikiem tych, którzy odeszli, uważając, że lansowana przez pismo linia porozumienia, polityka godzenia wody z ogniem, poniosła fiasko, kolejna odnowa nie ma sensu, nie będzie można spojrzeć czytelnikom w oczy, wydając gazetę pod osłoną stanu wojennego.

Po odejściu z POLITYKI Andrzej wraz z rodziną wyjechał na stypendium do USA (Fundacja Niemana – 1982/1983 i Wilson Center w Waszyngtonie, 1989 r.). Po powrocie z pierwszego stypendium pracował najpierw w miesięczniku „Przegląd Techniczny”, następnie w piśmie „Zarządzanie”. Po roku 1989 był redaktorem naczelnym „Gazety Bankowej” (1990–95) i dziennika „Nowa Europa”. W 1996 r., przechodząc ponad podziałami, powrócił do pracy w POLITYCE. Rok później, podczas uroczystości z okazji 50-lecia POLITYKI, zabrał głos, powiedział, że z perspektywy czasu obie strony rozłamu w redakcji miały swoje racje i podziękował tym, którzy pozostali i ocalili POLITYKĘ. Nie każdego byłoby stać na taką deklarację.

Andrzej był człowiekiem wielkodusznym. „Linię porozumienia” kontynuował nie tylko w publicystyce, ale i w życiu. Dom Andrzeja i Agnieszki stał się domem pojednania. Oni pierwsi i jedyni zapraszali obie strony redakcyjnego rozstania, choćby na doroczne andrzejki. Tak w życiu prywatnym, jak i w radiowej Trójce (gdzie prowadził program „Peryskop”), w TVP (program „Kontrapunkt”) nigdy nie uciekał się do złośliwości, agresji, poniżania adwersarzy, nie dążył do tego, żeby postawić ich w sytuacji bez wyjścia. Zawsze miał do ludzi wyciągniętą rękę i cieszył się wzajemnością z ich strony – otaczał go szacunek i sympatia, a nawet kult. Nie miał wrogów, miał tylko przyjaciół.

Dla mnie był jak starszy brat. Na wspólnych kolacjach mieliśmy tyle do omówienia, że najpierw zapisywaliśmy na serwetce porządek dzienny.

Kilka lat temu, zmożony chorobą, Andrzej zwrócił mi wszystkie moje listy, równo – jak to u niego – ułożone i związane gumką. Obóz wojskowy w Szczecinie, Petersburg, Princeton, Sajgon, Santiago – całe moje życie stanęło mi przed oczyma, i zawsze z Andrzejem i z Agnieszką. Na zebraniach redakcyjnych siedzieliśmy z Andrzejem obok siebie. Kiedy z ogromnym męstwem cierpiał już na zaawansowaną chorobę Parkinsona, od czasu do czasu mówił mi do ucha „Przesuń mi nogę”, „Pomóż mi wstać”. Obserwując walkę Andrzeja z chorobą, trudno było nie myśleć o chorobie Papieża. Andrzej też był święty.

Pożegnanie Andrzeja odbędzie się w piątek 20 stycznia o godz. 11.00 na Powązkach Wojskowych.

Polityka 03.2012 (2842) z dnia 18.01.2012; Pożegnanie; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Wróbel"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną