Społeczeństwo

Inżynierowie z metrobudowy

Jak Włosi i Turcy metro w Warszawie budują

Stacja Powiśle. Dziś naszą stolicę od dołu drąży cały świat. Stacja Powiśle. Dziś naszą stolicę od dołu drąży cały świat. Anna Musiałówna / Polityka
Przybyli do Polski z ziemi włoskiej i tureckiej budować II linię metra. Przez szpary w blaszanych płotach warszawiacy dopytują się: Czy zdążycie, póki my żyjemy? Polscy spawacze językiem ręcznym tłumaczą obcym tę aluzyjność.
Prace zbrojeniowe na stacji Powiśle.Anna Musiałówna/Polityka Prace zbrojeniowe na stacji Powiśle.
Wnętrze tarczy TBM Maria. Dla męskiej załogi to kobieta kosztowna i kapryśna.Anna Musiałówna/Polityka Wnętrze tarczy TBM Maria. Dla męskiej załogi to kobieta kosztowna i kapryśna.

Byli przysyłani etapami od 2009 r. przez zwycięzców przetargu, włoską spółkę Astaldi i turecką Gülermak. To najwięksi gracze w branży. Specjalizacja: tunele, koleje podziemne, tamy. Drążenia pod całym światem: Brazylia, Boliwia, Chile, Kostaryka, Salwador, Gwatemala, Honduras, Nikaragua, USA, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Turcja, Somalia, Niemcy…

Najpierw przyjechali konceptualni, czyli inżynierowie, potem – proporcjonalnie do liczby zezwoleń na kopanie pod Warszawą – fizyczni. Na razie dwustu. W polskich kadrach mówią o nich ekspaci, co znaczy: ludzie w wiecznej delegacji (z ang. expatriot – emigrant). W przeciwieństwie do dwustu tutejszych z Przedsiębiorstwa Budowy Dróg i Mostów. Specjalizacja: polskie nawierzchnie, w tym łatanie przewlekłej próchnicy w asfalcie.

Jakie czasy, takie budowy. Po II wojnie cały naród wznosił w górę stolicę. Dziś od dołu drąży ją cały świat.

Stacja I – osobliwości

Pierwszym wrażeniem Turków było zdziwienie polskim skroben skroben, czyli biurokracją, respektem dla pieczątek i cierpliwością w oczekiwaniu, aż poszczególny urząd wypluje adekwatne pozwolenie. Temperament turecki interpretował to tak, że Polakom nie zależy dostatecznie na narodowej inwestycji. Bo: przeciągała się inwentaryzacja szczelin w licznych pomnikach usadowionych nad II linią, mającą połączyć rondo Daszyńskiego z Dworcem Wileńskim; wlokła ocena posadowień kościołów; nie docierała zgoda na wycinkę zieleni. Ciągle coś się opóźniało przez historyczne sudoku: pod ziemią lochy i skarbce, nad ziemią płyty w chodnikach, upamiętniające bitwy o Warszawę, które wymagają przeniesienia.

Tymczasem wśród Polaków i Włochów w luźnych rozmowach przy papierosie mówiło się o tureckiej gorliwości, feudalnym poczuciu przynależności do przełożonych, kojarzącym się Polakom i Włochom z japońskimi filmami o samurajach. Jeśli w blaszanym kontenerze na placu Defilad, gdzie urządzono biurowe centrum budowy, turecki inżynier, wyższy w hierarchii, zadzwoni do niższego prosić o papierosa, niższy zbiega ze schodów razem z zapalniczką, odczytując to jako zaszczyt. Raz rozpadało się, kiedy ich szef szefów Kemal Güleryuz wpadł z Turcji na wizytację. Nie chcąc dopuścić do tego, by pan Kemal został muśnięty kroplą podczas przejścia spod zadaszenia do auta, rozbiegli się szukać parasola. Ktoś znalazł różowy. Pytali się migowo (za plecami pana Kemala), czy róż wypada? Choć pan Kemal, odebrawszy wykształcenie na Harvardzie, naleciał amerykańskością i wcale nie domaga się ukłonów.

Włochów i Turków onieśmiela polska czystość na ulicach, utrzymywana przez etatowych ludzi z miotłą. Raz była wielka wichura i wzdłuż budowy nawiało śmieci. Oni do Polaków: Przecież to nie wasza wina, to tylko wiatr.

Stacja II – kobiety

Wreszcie przyjechały z Niemiec tarcze TBM (Tunnel Boring Machine, 6,3 m średnicy, 97 m długości) do przepychania gruntu. We wrześniu 2011 r. ochrzcił je Francesco Scaglione, kierownik Astaldi na Europę Środkowo-Wschodnią. A mowę miał po włosku namiętną: Czy wiecie państwo, dlaczego te maszyny na całym świecie otrzymują imiona żeńskie? (Linię C pod Rzymem drążą Shila, Filippa, Roberta i Diana, tunel Gottarda pod Szwajcarią – Sisi i Heldi). Otóż na drodze, za każdą taką zautomatyzowaną krecicą (która będzie ryć dobowo 12 m, obudowywać wyryty tunel betonem i wyprowadzać ziemię na zewnątrz), stanie do montażu instalacji załoga składająca się z samych mężczyzn. Spędzą z nią nawet kilka lat. Będzie dla nich kobietą, kochanką, żoną. A będzie to kobieta kosztowna (cena jednej maszyny – 15 mln euro), kapryśna i niełatwa.

Pan Scaglione zdecydował ochrzcić TBM imionami polskimi, nieskomplikowanymi fonetycznie, by mogli zwracać się do nich czule mężczyźni obcojęzyczni. Odrzucił propozycję rozejrzenia się wśród pracownic biurowych w celu wyłonienia imion trzech najpiękniejszych, bo było za dużo piękna. Więc, zapoznawszy się z lokalną historią, pierwszy TBM, startujący pod rondem Daszyńskiego, nazwał Marią (po Curie-Skłodowskiej), drugi, kopiący pod placem Defilad – Anną (po ostatniej księżnej mazowieckiej), trzeci, jakżeby inaczej – Wisłą, skoro ma się przebić pod rzeką z Powiśla na Pragę.

Butelka szampana rozbiła się dopiero przy trzeciej próbie. Włosi w luźnych rozmowach przy papierosie mówili: Jak typowa Polka. Przy bliższym zapoznaniu się z Polkami w czasie wolnym od pracy (centra handlowe, pielęgniarki w przychodniach, kelnerki w pizzeriach, panie pobierające w okienkach mandaty za złe parkowanie) zaimponował Włochom ich zdecydowany charakter. Maurizio, kierownik stacji na Daszyńskiego, podjął nawet decyzję strategiczną o uszczelnieniu dziur w płocie otaczającym budowę, gdyż Włosi odrywali się od pracy, delektując się sylwetką polskiej kobiety, która – w przeciwieństwie do włoskiej, przypominającej butelkę po winie – ma figurę dwóch butelek złączonych denkiem, czyli rozszerza się, ale potem zwęża.

Stacja III – pustki

Stosunki narodowe szybko się zacieśniły. Braterskość widać na metalowej fakturze ochrzczonych TBM. Jeśli rano ekipa odczyta wyrysowany palcem w kurzu napis AC Milan (co znaczy, że gdzieś odbywa się ważny mecz drużyny włoskiej), reszta budowy tego dnia czuje imperatyw, by zacisnąć kciuki pod siermiężną rękawicą. Odpowiednio, gdy napis brzmi Ay-Yildizlilar (przydomek drużyny tureckiej) albo Legia.

Co innego ma zrobić z pustym wieczorem ekspata, wracający do wynajętej przez firmę kawalerki w mieście, gdzie żadne kino nie mówi w jego języku, niż szukać w necie, gdzie gra jego drużyna? Zwłaszcza żonaty. Taki Maurizio, kierujący Daszyńskiego. Bardzo kocha żonę i dwóch synów zostawionych w Rzymie. Gdy budował metro chińskie, synowie byli jeszcze mali i mógł zabrać dom ze sobą. Teraz mają 13 i 9 lat. Nie, żeby odczuwali (on w Warszawie, oni w Rzymie) wielką pustkę, bo w czasie, kiedy synowie dorastali, człowiek zdążył stworzyć Skype’a. Więc łączą się wzajemnie online w sprawach wychowawczych.

Lepiej ma Muntazir, nadzorca stacji Dworzec Wileński, bo przyjechał z domem (żona, syn lat 10). Ten syn chodzi do angielskiej szkoły. Muntazir nie ma kontrargumentu na zmuszenie chłopaka do nauki polskiego, kiedy ten pyta, co zrobi z polskim, gdy już wrócą do domu. To, że w podręcznikach do historii w jego kraju jest akapit, że dawno temu Lechistan graniczył z imperium osmańskim, nie przesądza o istotności mowy Lechistanu. Muntazir kupił rowery. Warszawa, bez stambulskich wzniesień, jest akuratna na rowery.

A w weekendy, kiedy nietęskniący za nikim nieżonaci ekspaci robią clubbing, zbliżając się z polskimi kobietami o sylwetkach dwóch butelek po winie zrośniętych denkiem, Maurizio wsiada w PKP i wypełnia pustkę zwiedzaniem miast: Kraków, Wrocław, Częstochowa, Lublin, Kazimierz Dolny, Toruń, Gdańsk. Ale co będzie, kiedy polskich miast już zabraknie? Dla tęskniących najgorzej jest po weekendowym wypoczynku, sen nie przychodzi od razu i rodzina jest długo pod powiekami.

Tylko pan Scaglione, kierownik na Europę Środkowo-Wschodnią, nie ma czasu, bo jest ciągle w powietrzu, dopinając interesy z laptopem na kolanach. Po ziemi polskiej wozi go kierowca Jurek. Pan Scaglione nie lubi marnotrawstwa, więc stojąc w korkach pan Jurek, nieobcojęzyczny, wykorzystuje całą mimikę twarzy i uczy pana Scaglione, jak wymawiać polskie miesiące, dni tygodnia itp. Pan Jurek jest już fluent w adresach. Jeśli pan Scaglione prosi, by go zawieźć na Żiguli i Żigula, to znaczy, że kurs jest na lotnisko Okęcie przez Żwirki i Wigury. Napoleone to aleja Niepodległości, Sapienca, ich mądrość, to nasza Sapieżyńska.

Pierwszy raz pan Scaglione przyjechał do Polski z Palermo w 1992 r. Zmieniło się, to mało powiedziane. Wszystko tu teraz jest, nawet niepodrabiany parmezan. W restauracjach odczuwa się wręcz nachalny nadmiar tego, co jest. Prosisz o kaczkę, wnoszą pierś w karmelu, nadzianą żurawiną i pieczonym jabłkiem. Odczucie pana Scaglione jest takie, że chcemy za bardzo imponować, serwując w jednej kaczce przesadną ilość niuansów. Albo taki befsztyk wołowy. Kiedy na etapie koncepcyjnym Scaglione mieszkał jeszcze w hotelu, przez trzy miesiące prosił na kolację o kawałek mięsa rzucony na patelnię. Co wieczór stawiali mu półmisek z befsztykiem, skomplikowanym dodatkami: szczypiorkowe masło, sosy świata.

Scaglione do pana Jurka: – Do zobacienia, jutro jedenaście.

Pan Jurek: – Źle.

Co źle?

Nasza godzina jest kobietą: je-de-na-sta.

Scaglione: – A dwanaście?

Stacja IV – sens

Kaplica dolna na placu Grzybowskim. W dzień św. Barbary Włosi ułożyli przed ołtarzem kilofy na sztorc (budowa metra podlega pod przepisy górnicze). Ich misjonarz miał zaszczyt odprawić mszę św. Ma nadzieję, mówił budowniczym, że nie przyszli tu tylko w celu uzyskania protekcji u Barbary. Żeby wysłać do domu jeszcze większą garść euro. Bo gdzie jest życiowy sens? Czy w tym, że nie chcę, by żona źle mnie traktowała, bo nie przyniosłem pieniędzy? Nie kupiłem dzieciom komputera? Co będzie, kiedy stracę siły? Nie wie, kiedy skończą budowę polskiego metra. Nawet jeśli już, to i tak nie będzie to nic innego jak tylko kamień na kamieniu. Kiedyś zniszczeje. To miałkie, ziemskie inwestycje. A pytania egzystencjalne o sens będą trwały. Jest jeszcze raj. Miejcie litość nad sobą. Bóg nie kocha za euro.

Na włoską mszę przyjęli zaproszenie Turcy. Jak było nie przyjść, skoro Włosi zezwolili im w ramadan pięć razy oderwać się od pracy. Polacy też nie pojechali do domów. Po mszy Włosi serdecznie poprosili na obiad do folkrestauracji. Co z kolei było sygnałem dla Polaków, że należy odczytać to jako zaszczyt. Włosi nie są otwarci na nowe smaki. Do siebie ledwo wpuścili McDonalds’a, a pizzerie rozsiali po całym świecie, łącznie z Koreą.

Tymczasem na ławy w stylu chłopskim wjechały patery z golonką, kiszonym ogórasem, smalcem, kaszanką. Żeby nie urazić Polaków, Włosi dyskretnie smarowali talerz szczyptą chrzanu na znak, że już jedli, kiwając grzecznościowo głowami. Polacy, chcący stuknąć się kielichem, byli onieśmieleni niskolitrażowością Włochów, więc naśladując tamtych grzecznościowo, ledwo muskali językiem krawędź kieliszków. O niebo lepiej piło się z Turkami, którzy w pierwszej fazie budowy blokowali kolejki w Alkoholach Świata, zanim życzliwa kolejka nauczyła ich płynnie wymawiać: żub-rów-ka. Rewanżowali się korepetycją: wy, Polacy, robicie błąd w pisowni – nie kebab, tylko kebap. Dla was to jest fast food, mięso w chleb i skończone. Za często jecie kebapy, kebapa nie należy jeść codziennie.

Stacja V – patriotyczność

Specjalnie dla ekspatów zamknięto Muzeum Powstania Warszawskiego na trzygodzinne zwiedzanie. A ponieważ było przymusowe, ubliżyło to jednemu z inżynierów włoskich, jakby nic nie wiedział o męczeństwie Polaków (tu padło z jego ust nazwisko Hanny Krall). Z kolei Polacy obrazili się, że dla nich nie było przymusu. Wyczuli przytyk w tym, że muszą sami podjąć decyzję. Jeśli pójdą, ekspaci pomyślą, że jeszcze nigdy nie zwiedzali, żałując 12 zł na wspomnienie martyrologii przodków. Z kolei zlekceważenie wycieczki ustawi ich w niekorzystnym świetle obojętności.

Drugi szok godnościowy Polaków polegał na tym, że z Astaldi przyjechali podwykonawcy rumuńscy, ważniejsi od polskich w podziemnej hierarchii. A polski stereotyp Rumuna, przynajmniej na powierzchni, to żebrzące Cyganki z dzieciątkami. Polacy w luźnych rozmowach na papierosie dziwili się, że pod takim Bukaresztem drążą już piątą linię metra. 25 lat starczyło, żeby wykształcić tam fachowców. Wychodząc Polakom naprzeciw, Astaldi zaproponowało Wydziałowi Inżynierii Lądowej przy Politechnice Warszawskiej sponsorowany semestr wykładów. Przyjechali prawdziwi celebryci od tuneli. Najlepsi studenci będą mogli uczestniczyć w drążeniu i odbyć dwa staże w Turynie.

Danielle, na którego monitory trafiają parametry drgań budynków pod II linią, widzi Polaków rosnąco. Godzina mu wystarczy, żeby się z Polakiem zżyć na tyle, by porozmawiać o życiu; w Rzymie podchody Włocha do Włocha zajmują dłużej. Z naszą Agnieszką zapoznali się na włoskich studiach inżynierii budowlanej. Ona dostała zatrudnienie w Polsce, on w Rumunii, cztery lata spotykali się pośrodku trasy, w Budapeszcie. Niedawno on do niej dojechał i chce się zakorzenić, wijąc pod Warszawą kolejne linie. W ten sposób kontestuje demontaż swojej kultury przez telewizyjny wrzód Berlusconiego, spłaszczającego mózgi rodaków. Danielle liczy na nas. Już wracamy z emigracji, podczas gdy we Włoszech dopiero zaczyna się marnowanie potencjału absolwentów i prawie wszyscy z wydziału inżynierii rozjechali się budować świat.

Taki Augusto. Przybył pięć lat temu z ziemi włoskiej w ramach programu Leonardo dla młodych absolwentów zapisanych do izby architektów. Jest ich duży przerost (na Rzym przypada 40 tys.) w porównaniu do budowniczej apatii. Stanęła nawet linia C, drążona przez Shilę, Filippę, Robertę i Dianę. Fuchy łapią jedynie rodzinne autorskie pracownie konserwujące zabytkowość.

Ziemia polska to europejski Dubaj dla budowlańców. A włoski architekt robi dodatkowe wrażenie, potęgowane historycznym skojarzeniem nazwisk zakończonych na o.

Stacja końcowa

Turecki Mert, który też przyjechał z domem (żoną i dwuletnim synkiem), czuje się w Polsce bardzo safely w porównaniu z chaosem Stambułu, tamtejszym piskiem klaksonów, kolejkami, w których ludzie na siebie krzyczą, nie mają cierpliwości stać jeden za drugim. Mert nie martwi się, kiedy jego kobieta wychodzi z domu samotnie. I tym, że budowa II linii może się bardzo opóźnić. Warszawa to akuratne miasto dla rodziny. Jeśli budowa się przedłuży, planuje posłać syna do anglojęzycznego kinder.

Polityka 06.2012 (2845) z dnia 08.02.2012; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Inżynierowie z metrobudowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

TikTok – nowa fabryka hitów

Najpierw przenieśli się tu odbiorcy, widząc w tym miejsce dla żywej muzyki. Za nimi ruszyli twórcy – ostatnio Abba. I wydawcy, wyczuwając nową fabrykę hitów. Miejsce MTV zajął TikTok.

Michał R. Wiśniewski
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną