Społeczeństwo

Jezus samiusieńki

REPORTAŻ: Świebodzin z pomnikiem Jezusa w tle

Nad osiedlami... Nad osiedlami... Hanna Musiałówna / Polityka
Odkąd w Świebodzinie stanął największy na świecie pomnik Chrystusa Króla Wszechświata, tutejszy czas dzieli się na przed i po Chrystusie, punkty w przestrzeni – do lub od Chrystusa, światopogląd – za albo przeciw. Choć marketingowo Król Wszechświata zawiódł.
Nad miastem...Chrystus ze Świebodzina czuwa.Hanna Musiałówna/Polityka Nad miastem...Chrystus ze Świebodzina czuwa.

Po pierwsze, pielgrzym miał oniemieć na sam widok: na 16,5-metrowym kopcu, usypanym z 1500 wywrotek gruzu, stoi 38-metrowa postać, biorąca okolicę w ramiona (konstrukcja konsultowana u eksperta od budowy dinozaurów w parkach tematycznych) – o rozpiętości 24 m (choć ręce są zgięte w łokciach).

Przy okazji miał ożywić Świebodzin, o który – tu Jan Czachor, polonista, zamieszkały 1 km od Chrystusa na Osiedlu Łużyckim, powstałym 12 lat przed Chrystusem, powołuje się na wiersz poety: „mam w dupie małe miasteczka” – nikt się nie troszczy. Skoro tak, ono figurze powierzyło swój los.

W tym celu Rada Miasta podjęła uchwałę o ustanowieniu Chrystusa (uhonorowanego stawianym pomnikiem) patronem Świebodzina, na co nie zgodziła się watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Nikt z Trójcy Świętej: Bóg Ojciec, Syn Boży ani Duch Św., nie może obejmować patronatów. Regułę tę w mieście ominięto, przypisując figurze funkcję wotum wdzięczności dla Chrystusa Króla Wszechświata.

Tymczasem, zamiast uwznioślić, posąg jeszcze dołożył miastu problemów na kilku płaszczyznach.

Zła legenda

Z początku Chrystus stawał na papierach rzeźby ogrodowej, lecz rosła ambicja jego twórcy, prałata Sylwestra Zawadzkiego, a za nią fuszerka. Prałat szatą wyciągał monument nienaturalnie wysoko w stosunku do projektu, co zauważyły nawet krawcowe: bryła sukni idzie prosto, zamiast kloszować się u dołu. Wielebny chodził po budowie, krokami liczył metry, rozmawiał sam ze sobą i myślał, że jakoś to będzie.

To m.in. Jan Czachor (przed polonistyką studiował lotnictwo), wówczas radny, wstrzymał budowę, gdyż dokumentacyjnie to nie grało, a przy tej wysokości w grę weszło już bezpieczeństwo. Radny upomniał się o ekspertyzy, m.in. czy wektor odchyłu ma dostateczne parametry, by chronić figurę przed zawaleniem się na okoliczność wichur? czy szata jest dostatecznie sztywna? itp.

Na skutek uporczywego czepiania się budowli (zakaz wykończenia w technologii blaszanej, która przyciąga pioruny; zakaz instalacji wind wewnętrznych, mających prowadzić na taras widokowy, gdyż monument od środka jest zespawany pajęczyną z drutu i mógłby nie wytrzymać rzesz zwiedzających) prałat dostał zawału serca, co narodziło konflikt na linii twórca–władze miasta. Kiedy, chwilę przed intronizacją Chrystusa, prałat otrzymał tytuł honorowego obywatela Świebodzina, nie przyszedł na ceremonię wręczenia symbolicznego klucza. I nie otworzył drzwi delegacji, która poszła z kluczem na plebanię. Tłumaczył, że zasnął po obiedzie.

Już po intronizacji doszły kontrowersje ze źródełkiem u stóp. Prałat chciał wykorzystać nadwyżkowe rynny, które zostały po budowie kościoła. Ekspertyza wykazała, że były z plastiku, ciśnienie rozerwałoby je. Poza tym deszczówka z monumentu spływała potokiem na ul. Sulechowską. Radny Czachor znów się upomniał, tym razem o kanalizację burzową. Przez to wszystko stracił mandat.

Złe zaplecze

Czachor został przewodnikiem wycieczek do figury, ale nie przestał myśleć polemicznie. Chodzi mu o to, że w turystyce najważniejsze są dwie rzeczy: parking i WC. Dlaczego nie ma parkingu przed Chrystusem? Wierni zajeżdżają na ściernisko, zadzierają głowy, podziwiając majestat, potem wdrapują się na kopiec, patrzą na panoramę Świebodzina i co widzą? Grajdoł. Nie usunięto nawet powstałego przed Chrystusem, 300 m na lewo, wybiegu dla psów. Dlaczego nie wybetonowano w centrum przestrzeni dla autokarów? Można by dowieźć do miasta wycieczkę, zareklamować Świebodzin ławeczką Niemena (tu Czesław spędził młodość) lub mieszkającym tu Felkiem Andrzejczakiem, wykonawcą legendarnej „Jolka Jolka, pamiętasz”.

Skoro na oczach miasta powstawała taka – mówiąc językiem Czachora – żaba (przecież prałat w nocy tego nie postawił), należy pomyśleć, jak ją wspólnie zjeść, inwestując w kompleks typu: dróżki dumania, kaskady, ławeczki. A tu pod szatą z betonu straszy nagrzany blaszak gastronomiczny i parę parasolek.

Były radny Czachor ująłby to tak: gdy Hanuszkiewicz robił „Balladynę”, a na scenę Dykiel wjeżdżała Hondą, Warszawa wstrzymała oddech. A tu ani twórca figury, ani władza nie dorośli do logistyki sprzedaży produktu, w której szalenie ważna jest współpraca.

Tymczasem Paweł Stołowski (właściciel hotelu Graffit, zbudowanego dwa lata po Chrystusie, 500 m od Chrystusa) dostał prałatowy zakaz reklamowania się widokiem z okna. Bliskość zaznaczył jedynie kropką na internetowej stronie www.chrystuspan.pl, stworzonej z myślą o obiektach posiadających zaplecze świeckie w pobliżu, typu Catering Adria – 2 km od Chrystusa, restauracja U Toma – 2 km, kebab Ankara – 9 km, pole golfowe w Kalinowie – 19 km. (Przy dobrej pogodzie Chrystusa widać nawet z 40 km).

Choć prałat podał stronę do sądu jako żerującą na Chrystusie, w tym sezonie letnim Graffit ma już oblężenie, gdyż na Króla Wszechświata nałożyło się Euro. Pokoje z widokiem zarezerwowały Portugalia, Hiszpania, Norwegia, Francja (choć na 14 pokoi widok mają tylko cztery, różnicowanie cenowe byłoby nietaktem).

Zły marketing

Duże nadzieje pokładano w King of de Łerd. W Polsce ponad 500 miejsc pielgrzymkowych przypada Maryi, Jezusowi tylko pięć. Świebodziński Król Wszechświata, wypełniając tę lukę, miał być jak tygrys gospodarczy. Potencjał był. Legendy tworzyły się jeszcze w trakcie budowy: gdy specjalnym dźwigiem składano Chrystusa, wewnątrz instalacji pozostał stelaż z czerwonym oświetleniem dla śmigłowców. Zanim pokryto figurę białą elewacją, wierni podjeżdżali pod krwawiące serce, a Kazimierz Gancewski, producent folderów, drukował promocyjne ulotki na temat figury z małym akapitem o świeckich atutach Świebodzina. Prałat na ten akapit się zezłościł: A po co tyś to umieścił?

Nie ma podejścia marketingowego. Mógłby wykorzystać cuda już dziejące się. Przecież figura ratuje ludzkie życie w sensie dosłownym. Pod Chrystusem, najwidoczniejszym punktem z perspektywy powietrznej, zorganizowano lądowisko dla helikopterów pogotowia. Obok przebiega autostrada, bez szybkiego transportu wypadkowi nie przeżyliby.

Zakaz rozpowszechniania chrystusowych akcentów ma też muzeum regionalne przy ratuszu. Doszło do tego, że kierująca nim pani Ela nie wie, czy miała prawo w jednej z sal powiesić prace nagrodzonych w ramach 16 edycji konkursu „Świebodzin w oczach dziecka”, a większość dzieci interpretowała swoje miasto w kontekście figury, np. jako stracha na monstrualne wróble.

Z kolei bard Maciej Wróblewski nie może śpiewać hymnu o Chrystusie. Było tak: miesiąc przed intronizacją, gdy alpiniści na linach malowali tors białą farbą, bard z ciekawości skręcił z trasy. Jest bardzo popularny w kręgach wierzące panie 50+, finansowo ledwie dyszące. Prałat, rozpoznawszy barda (miał już 1,5-godzinny recital w TV Trwam, m.in. z ulubionym szlagierem o. Rydzyka „Zaszum nam Polsko jak husarskie skrzydła”, a z ostatnią pieśnią jego autorstwa „Alleluja i do przodu” Radio Maryja utożsamia się jak z credo), poprosił o skomponowanie hymnu na cześć Króla Wszechświata. Bard (wierzący, ale nie fanatycznie) pomyślał: dlaczego nie? To potężny target – panie, zamknięte w domach, cały czas trwające w maryjnym nasłuchu.

Któregoś dnia obudził się nad ranem, nastąpiło tzw. artystyczne trzepnięcie i stworzył pieśń „Trwaj poprzez wieki na tym szczerym polu”, którą prałat, popłakawszy się, zawiózł biskupowi do kolaudacji. Biskup wykreślił dwa wersy na cześć „prałata Sylwestra”, na co bard nie chciał się zgodzić: przecież Chrystusa czci w 18 linijkach, a staruszka tylko w dwóch. Biskup miał powiedzieć, że inaczej wyrzuci prałata do domu starców. Bard wykreślił.

Producenci dołączyli hymn barda do płyty z repertuarem legionowo-katolickim, 500 sztuk dali prałatowi gratis. Kiedy darmowy nakład wyprzedał się (25 zł od płyty), a prałat zwrócił się o więcej, producenci ustalili stawkę: 8 zł dla Chrystusa, reszta dla nich. Prałat zaparł się: to on pomnik budował, podział będzie odwrotny. Ponieważ nie chcieli ustąpić, wycofał płytę ze stoiska z pamiątkami.

Prałat czuje się dysponentem wizerunku, co spowodowało kolizję z lokalnymi biznesmenami, którzy mieli liczne pomysły i maszyny do tłoczenia. Pobłogosławił tylko zakład fotograficzny Ireny i Rafała Wojtkiewiczów. Mogą podjeżdżać, ile chcą, ujmować Chrystusa w różnych aurach (na tle tęczy lub pioruna), potem prałat autoryzuje wizerunki, które mogą być powielane na T-shirtach, poduszkach dla dzieci typu jasiek, kulach z brokatem.

Na zasadzie badania rynku pozwolił wejść z Chrystusem na fartuszki kuchenne. Choć było zainteresowanie wśród gospodyń niemieckich, wycofał się: stać przy garach z Jezusem jednak nie przystoi. Sceptycznie podchodził też do Jezusa na kaszkiecie z flagą polską w tle. Na razie, żeby nie profanować, zezwolił na wersję limitowaną – dla siebie i pomocników. W opinii Wojtkiewiczów prałata cechuje estetyczny takt. Zaprotestował, kiedy ukraiński wykonawca dostarczył miejscowej kwiaciarni kufle do piwa z wizerunkiem.

W kazaniach prałata da się wyczuć nutę otaczającego go żydostwa. Gdy w konkursie na patrona szkoły dzieci wybrały Niemena, nawet nie chciał poświęcić szkolnego sztandaru. Bo to nie był słuszny bard, wydziwiał strojem, poza tym wierzył w Boga uniwersalnego, nie naszego.

Kilka miesięcy po Chrystusie prałat zezwolił na billboard u stóp figury: „Intermarche, wyroby z naszej wędzarni – 600 m od Chrystusa”.

Zły target

Atrakcyjność gruntów w pobliżu wyczuwało się na przetargach na długo przed intronizacją. Rekordowa kwota padła od Tesco (8 mln zł za działkę), wybudowane pięć lat przed Chrystusem, 500 m od Chrystusa. Podróżując S3 ze Szczecina do Wrocławia lub A2 z Warszawy na Zachód jest okazja zajechać pod figurę, kupując przy okazji zgrzewkę mineralnej.

Ale Chrystus okazał się turystyczną pułapką. Powodem jest to, że Jezus najbardziej przemawia do człowieka w fazie dziecięctwa, w matczynych ramionach Maryi. Postać dorosła to coś dla zdeterminowanych wierzących, a nie ma wśród nich bogaczy. Bogaty wykręci z trasy swoim miniwanem, odsunie szybę, wyciągnie aparat z długim tele, zrobi fotograficzny wygłup i ma na Facebooku zaliczone.

Przeważają organizowane wycieczki wiejskie, ze swoim proboszczuniem i kanapką w foliówce. Często dofinansowywane przez dystrybutorów garnków, kołder, sprzętu AGD na zasadzie „zapraszamy z nami do największego Jezusa na świecie za jedyne 20 zł”. W trakcie wycieczki pielgrzymi mają gratisowy obiad połączony z profesjonalnym pokazem akcesoriów plus prezent dla każdego uczestnika, np. dla pań „aromatyczna przyjemność o poranku, czyli praktyczny ekspres do kawy”, dla panów „3-częściowy zestaw termosów ze stali nierdzewnej”.

Nawet burmistrz słowackiego Preszowa, mający w planach skopiowanie świebodzińskiego Króla Wszechświata, obserwuje tę turystyczną skuteczność z akcentem na nie.

Złe perspektywy

Prałat ma tytuł kustosza i jako artystyczny opiekun świętego miejsca będzie pod figurą rezydował dożywotnio. I to niepokoi świebodzian liczących na Chrystusa. Bo prałat, jako człowiek w wieku podeszłym, nie rozumie, że Chrystusowi dobrze robił nowoczesny piar typu: strony www „zbuduj sobie z puzzli świebodzińskiego Króla Wszechświata” (podzielone na levele w zależności od czasu budowy); przeniesienie kawałów z Wąchocka do Rio de Świebodzinejro („Jak teraz śpiewać Jezus Malusieńki?”); dyskusje na Facebooku o „Misiu na skalę naszych możliwości”; a nawet zwycięstwo w internetowym rankingu na „Makabryłę roku”.

Rok po intronizacji fundacja Aktywni 2010 zorganizowała maraton na zakończenie sezonu. 3 tys. biegaczy startowało i kończyło pod Chrystusem. Tegoroczny bieg może odbyć się z wykorzystaniem figury na start i metę pod warunkiem, że uczestnicy będą modlić się, a to już całkiem inna impreza.

Po co było ściągać 40-metrowy szalik klubu żużlowego Falubaz Zielona Góra? W noc październikową 2011 r., kilkanaście godzin przed meczem rewanżowym Falubaz-Unia Leszno, kibice zagadnęli emerytowanego stróża, zarzucili Jezusowi szalik i po raz szósty zdobyli mistrza Polski, ogłaszając się Umiłowanymi w Falubazie. Przecież gdyby szalik został, byłby to czysty happening.

Żeby podtrzymać nadzieję na lepsze jutro, na dachu hotelu Graffit jest montowana kamera z widokiem 24 h. Będzie puszczona w net on lajn, jak na stokach: zobacz, co dzieje się pod Jezusem.

Podczas montażu figury w hotelu Graffit siedziały telewizje świata. Ludzie z Reutersa mówili, że to jest dla nich wydarzenie jednorazowe. Drugi raz przyjadą dopiero, jak 260 ton karton-gipsu się zawali. Bo to jest pomnik wykonany tanią technologią siatkobetonu (stalowa siatka w betonowej otulinie), pusty od środka, spawy ma niepewne, stawiany był za co łaska przez amatorów typu zakład karny, odwykowy, bezrobotni, wolontariat. Nie pociągnie dłużej, mówili ci z Reutersa, jak 20 lat.

Polityka 17-18.2012 (2856) z dnia 25.04.2012; Na własne oczy; s. 164
Oryginalny tytuł tekstu: "Jezus samiusieńki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną