Społeczeństwo

Europa wstrzymuje oddech

Hity i skandale piłkarskich mistrzostw Europy

Holenderski piłkarz Patrick Kluivert po strzeleniu bramki drużynie Jugosławii podczas Euro w 2000 r. Holenderski piłkarz Patrick Kluivert po strzeleniu bramki drużynie Jugosławii podczas Euro w 2000 r. Olivier Prevosto/TempSport / Corbis
Już za kilkanaście dni rusza największa sportowa impreza w historii Polski. Przypominamy 10 najgłośniejszych wydarzeń, które wstrząsnęły mistrzostwami Europy.
Duńczycy świętują zwycięstwo w Euro w 1992 r.Michel Damanet/EAST NEWS Duńczycy świętują zwycięstwo w Euro w 1992 r.
Mecz Turcja-Czechy, 2008 r., na bramce Volkan Demirel, leży Jan Polak.FABRICE COFFRINI/AFP/EAST NEWS Mecz Turcja-Czechy, 2008 r., na bramce Volkan Demirel, leży Jan Polak.

1960 Czterominutowe zaćmienie Francji

Francuzom należy się miano ojców założycieli najważniejszych futbolowych rozgrywek. Za ideą mistrzostw świata stał szef FIFA Jules Rimet, europejskie puchary wymyślił dziennikarz „L’Equipe” Gabriel Hanot, a koncepcję turnieju dla najlepszych reprezentacji Europy wysunął Henri Delanuay – były sędzia, a potem sekretarz generalny francuskiej federacji piłkarskiej.

Nic dziwnego zatem, że pierwszy turniej o mistrzostwo Europy został rozegrany na francuskich boiskach. Gospodarze mierzyli wysoko, tym bardziej że w gronie czterech finalistów turnieju zabrakło mocnej Hiszpanii. Generał Franco uznał, że potykanie się z drużyną ZSRR to dla reprezentacji plama na honorze. Do meczu nie doszło, a radzieckiej drużynie przyznano zwycięstwo walkowerem.

W półfinale z Jugosławią Francuzi, choć osłabieni brakiem swoich gwiazd – Justa Fontaine’a i Raymonda Kopaszewskiego – grali świetnie, ale tylko przez 75 minut. Prowadzili 4:2, gdy dopadł ich zbiorowy paraliż. W ciągu 4 minut stracili trzy bramki. Już się nie podnieśli, a wiwaty na stadionie Parc de Princes przykryła grobowa cisza. Tytuł zdobył ZSRR (2:1 z Jugosławią), a zszokowanych gospodarzy dobiła w meczu o III miejsce Czechosłowacja (2:0). Dla Francji, wówczas trzeciej drużyny świata, rozpoczęła się jazda w dół. Przyszło czekać niemal 20 lat, aż z peryferii futbolu wyciągnęło trójkolorowych dwóch Michelów – trener Hidalgo i pomocnik Platini.

1968 Wizje sędziego Diensta

Kibice z Bałkanów żywią głębokie przekonanie, że tamtejsi piłkarze stworzeni są do pięknej gry i wielkich zwycięstw, bez względu na to, czy grają pod jedną flagą, czy pod różnymi. O reprezentacji Jugosławii mówiło się Brazylia Europy, stadion belgradzkiej Crvenej Zvezdy do dziś nosi nazwę Marakana, na wzór słynnego odpowiednika w Rio de Janeiro. Mania wielkości też jest porównywalna.

Tylko sukcesy bałkańska piłka ma mniejsze, choć jeden tytuł jugosłowiańska reprezentacja powinna była zdobyć. Ale nie pozwolił jej na to sędzia. Rozgrywane na włoskich stadionach mistrzostwa Europy były wciąż liliputem – cztery drużyny od razu grały o medale. W półfinale Jugosłowianie pokonali 1:0 ówczesnych mistrzów świata, Anglików. W finale prowadzili z Włochami po golu legendarnego skrzydłowego Dragana Dzajicia, jeszcze przed przerwą zdobył on drugą bramkę, ale wtedy do akcji wkroczył szwajcarski sędzia Gottfried Dienst. Zakwestionował prawidłowego gola, a pod koniec drugiej połowy nie zawahał się uznać bramki Włochom, choć celny strzał z rzutu wolnego został oddany, zanim arbiter gwizdnął. Wynik już się nie zmienił, więc mecz musiał zostać powtórzony. Do składu Włochów wrócił Gigi Riva i gospodarze wygrali 2:0.

Sędzia Dienst to ten sam, który w rozegranym dwa lata wcześniej finale mundialu Anglia-RFN uznał kontrowersyjną bramkę Geoffa Hursta. Do dziś nie ma pewności, czy gol był, mimo że w rozwiązanie zagadki angażowali się m.in. tędzy fachowcy od balistyki.

1976 Nieznośna bezczelność Panenki

Gary Lineker jeszcze nie oznajmił światu, że piłka nożna jest grą, w której 22 facetów biega po boisku, a na końcu i tak wygrywają Niemcy, ale tamtejszy futbol już wtedy budził skojarzenia z czołgiem. Mistrzostwo Europy w 1972 r., mistrzostwo świata w 1974 r., żelazny uścisk Bayernu Monachium (Puchar Europy w latach 1974–76) i Franz Beckenbauer ogłoszony cesarzem.

Mimo że do finałowego turnieju o prymat w Europie Niemcy przystępowali z drużyną bez czterech mistrzów świata, wydawało się, że potencjał mają niewyczerpany. Również w sensie symbolicznym, bo w ataku miejsce jednego Müllera (Gerda) zajął inny (Dieter) i od razu wbił Jugosłowianom trzy gole.

Czechosłowacy mecz o złoto zaczęli, jakby chcieli zagrać na nosie większości fachowców, przekonanych, że Niemcy jak zwykle wezmą co swoje. Prowadzili 2:0, korzystając z chaosu w obronie rywali, ale Niemcy nie byliby Niemcami, gdyby mecz odpuścili. Remis wyszarpali w ostatnich minutach, dogrywka nie wyłoniła zwycięzcy i doszło do serii rzutów karnych. Gdy Uli Hoeness posłał piłkę w górne rzędy trybun, wszystko zależało od uderzenia Antonina Panenki. Wziął rozpęd, jakby chciał strzałem rozerwać siatkę, ale tuż przed uderzeniem zwolnił krok, myląc bramkarza Seppa Maiera, który leżał przy lewym słupku, patrząc jak lekko podbita piłka wpada w środek bramki.

 

 

Po latach Panenka wspominał tamte wydarzenia w tonie wyjętym z powieści Hrabala: „Trenowałem karne z bramkarzem naszego klubu, Bohemians. Zakładaliśmy się o piwo albo o batony, ale częściej przegrywałem i nie spałem po nocach, szukając sposobu, jak wywieść go w pole. Wykoncypowałem, że kluczowa sprawa to minimalnie opóźnić uderzenie i zmusić bramkarza do reakcji. Zadziałało. Minus był taki, że od wygranych fantów rósł mi brzuch”.

1984 Jak tańcował jeden Michał

Dziewięć goli w pięciu meczach, tytuł króla strzelców oraz ojca opatrznościowego reprezentacji, pierwsze mistrzostwo dla Francji w grach zespołowych – taki jest bilans Michela Platiniego w Euro 1984. Najpierw zakończył męki Francuzów w meczu z Danią, potem strzelił trzy gole Jugosławii, trzy Belgii, w półfinale z Portugalią zdobył zwycięską bramkę w 119 minucie dogrywki, gdy już co lepiej zorientowani kibice przypominali, że rzuty karne to nie jest francuska specjalność. Aż wreszcie w finale pierwszy złamał opór Hiszpanów.

Na Polach Elizejskich ogłoszono: Platini na prezydenta. Na taki szacunek pracował długo. Od lat cieszył się wprawdzie we francuskiej piłce statusem dobra narodowego, ale ulica go nie kochała. Wypominano mu, że zamiast pracować na renomę rodzimej ligi, dał się kupić Juventusowi Turyn, że zarabia na boku w reklamie, że w reprezentacji gra na pół gwizdka. Gdy z Juventusem przyjechał kiedyś na pucharowy mecz z Paris Saint-Germain, trybuny urządziły mu kocią muzykę, a on nie potrafił się pohamować i odpłacał szydercom gestami, których powinien się wstydzić. Ale po Euro stał się nietykalny.

Gdy tuż po finale karnawał rozlał się po paryskich ulicach, a główni bohaterowie zjeżdżali się na uroczystą kolację, Platini wymknął się z siedziby federacji bocznymi drzwiami i zabrał rodzinę do Disneylandu, za ocean. Ale niedługo potem musiał się stawić w urzędowych gabinetach – by odebrać Legię Honorową.

1992 Dynamit wybucha z opóźnieniem

Duńska droga po sukces była tak romantyczna, że narosło wokół niej sporo mitów. Ten najchętniej powielany głosi, że gdy 11 dni przed turniejem działacze UEFA uznali, że wojna na Bałkanach to dobry powód, by wykluczyć z mistrzostw reprezentację Jugosławii, duńscy piłkarze, wytypowani na zastępców, wygrzewali się w tropikach. Prawda jest taka, że na urlopach byli tylko myślami; reprezentacja, choć w nie najsilniejszym składzie, trenowała w kraju i zarabiała dla macierzystej federacji, stając do sparingów z finalistami turnieju.

Jako rezerwowy uczestnik Duńczycy uważani byli przez większość fachowców za mięso armatnie. Rozpędzali się powoli, awans do półfinału zapewnili sobie dopiero pod koniec spotkania z Francją. W fazie finałowej najpierw nie dali się stłamsić Holandii, a w serii rzutów karnych wojnę nerwów z Marco van Bastenem wygrał Peter Schmeichel. Duński bramkarz był także bohaterem finału z Niemcami. Jego koledzy atakowali w tym meczu rzadko, ale skutecznie. Wygrali 2:0.

Duńska piłka sięgnęła po największy sukces, gdy reprezentacja zerwała ze swoim znakiem rozpoznawczym – falowymi atakami, czy jest taka potrzeba, czy też nie. Ojcem rewolucji był wielki pragmatyk, Richard Moeller Nielsen, a swoją maksymę, że brzydkie zwycięstwa nie hańbią, przypłacił m.in. konfliktem z liderem kadry – Michaelem Laudrupem. Powiew szaleństwa w tamtej drużynie całkiem jednak nie umarł.

1996 Wygrać każdy może

To był dla Czechów pierwszy turniej po rozwodzie ze Słowakami, choć prowadził ich właśnie Słowak – Dusan Uhrin. Przyjechali na angielskie stadiony wciąż, mimo świetnych kwalifikacji, anonimowi i nieopierzeni, budząc niedyskretne rozbawienie fryzurami w stylu „krótko z przodu, długo z tyłu”. Najpierw przegrali z Niemcami, potem wygrali z Włochami, którzy ich zlekceważyli, by wreszcie umknąć znad przepaści w spotkaniu z Rosją – roztrwonili dwubramkowe prowadzenie, a gola na wagę ćwierćfinału strzelili tuż przed końcem.

 

 

Niestety, im bliżej medali, tym mniej było u Czechów radości z gry, a więcej wyrachowania. Jeszcze Karel Poborsky strzelił artystyczną bramkę w ćwierćfinale z Portugalią, ale generalnego wrażenia to nie zmazało: ich taktyka obliczona była na trwanie za wszelką cenę bez strat; jak trzeba, to i do serii rzutów karnych, w której to faworyci mieli tracić nerwy. Czechów można jeszcze było zrozumieć; gorzej z bardziej renomowanymi drużynami. Wirus betonowania bramki zaraził wszystkich. Wydawało się, że mistrzostwa, dzięki podwojeniu liczby uczestników (do 16), staną się festiwalem futbolu. W fazie grupowej było jeszcze na co popatrzeć. Potem – klapa na całego.

Czesi jednak zarobili podwójnie. Przegrany finał z Niemcami, po złotym golu Olivera Bierhoffa, nie odarł ich z glorii bohaterów narodowych, a do tego latem przebierali w ofertach. Kilku z nich zmieniło przaśną rodzimą ligę na wielki świat: Manchester United, Lazio Rzym, Atletico Madryt. A polscy kibice zachodzili w głowę, jak to się dzieje, że Czesi mogą, a my nie?

2000 Holendrom strzelać (karnych) nie kazano

Holendrzy szli przez turniej, rozgrywany przed własną publicznością i w sąsiedniej Belgii, jak tornado. Wygrali trzy mecze grupowe, w ćwierćfinale zdemolowali Jugosławię 6:1. Znów byli Mechaniczną Pomarańczą, w kąt szły ostrożne prognozy, a komentatorzy rozważali nie kwestię kolejnych wygranych, ale ich rozmiary. Cały kraj szykował się do parady zwycięstwa, pierwszej od 1988 r., gdy do triumfu poprowadziło reprezentację nowe pokolenie, z van Bastenem i Gullitem na czele.

Przebieg półfinału z Włochami był do przewidzenia: gospodarze będą nacierać, a rywale obrzydzać im życie. Sprawy szły swoim biegiem, z tym że nadmierną uprzejmość wobec Holendrów wykazywał sędzia Markus Merk. Jeszcze w pierwszej połowie wyrzucił z boiska jednego z Włochów, potem dał Holendrom rzut karny i obie decyzje zostawiły niesmak. Ale bramkarz Francesco Toldo obronił strzał Ronalda de Boera. W drugiej połowie gospodarze znów dostali karnego (tym razem słusznie), ale Patrick Kluivert trafił w słupek. Mecz skończył się bez goli, a w serii rzutów karnych kolejni zawodnicy w pomarańczowych koszulkach szli do punktu wytyczonego na jedenastym metrze, jak na ścięcie. Trzy z czterech ich prób nie doszły celu.

Paraliż ogarniający holenderskich piłkarzy, kiedy trzeba strzelać karne, stał się przedmiotem ogólnonarodowej debaty. Trudno, żeby było inaczej, skoro Pomarańczowi żegnali się w ten sposób z mistrzostwami Europy w 1992, 1996 i 2000 r. oraz z mundialem w 1998 r. W świetnej książce poświęconej holenderskiej piłce, „Brilliant Orange”, David Winner przekonuje, że to skutek zadufania oraz pokutującego w tamtejszej kulturze futbolowej przeświadczenia, że strzelanie jedenastek to niehonorowe rozstrzygnięcie meczu. Jak z ironią pisze Winner: gdyby FIFA zdecydowała się powrócić do wyłaniania zwycięzcy za pomocą rzutu monetą, szanse Holendrów wynosiłyby przynamniej pół na pół.

2000 Charleroi, czyli yobs wylądowali

Kłopoty wisiały w powietrzu już po losowaniu finałowego turnieju, gdy do jednej grupy trafili Anglia oraz Niemcy. Chuligani z obu krajów od wielu lat czuli bowiem potrzebę udowadniania sobie, czyje na wierzchu. Niemcy, po wstydzie z mundialu 1998 r., gdy horda pijanych chuliganów niemal zatłukła na śmierć francuskiego policjanta, sporządzili katalog futbolowych bandytów i nie wypuszczali ich z kraju na czas imprez poza granicami.

 

 

Angielskie władze uznały, że takie restrykcje godzą w prawa obywatelskie, a cofanie potencjalnych przestępców z granicy to zmartwienie gospodarzy mistrzostw. Przed rozpoczęciem turnieju udało się nie wpuścić zaledwie kilkudziesięciu podejrzanych, głównie z paragrafu za przynależność do faszyzujących bojówek. Armia yobs wylądowała. Do zamieszek doszło na brukselskiej starówce oraz w Charleroi, gdzie odbył się mecz Anglia–Niemcy. Yobs najpierw bili się z tureckimi imigrantami, potem z kibicami z Niemiec, z policją, a wreszcie między sobą. Belgijska policja nie patyczkowała się z bandytami. Niemal tysiąc Anglików wróciło do domu w kajdankach na pokładzie wojskowych samolotów.

W powszechnej opinii to właśnie w Charleroi Anglicy pogrzebali swoje szanse na organizację mundialu w 2006 r. Bitwa w Charleroi była jednak ceną, którą trzeba było zapłacić za spokój w przyszłości. Odkąd przed mistrzowskimi turniejami typy z czarnej listy pozbawiani są paszportów albo muszą meldować się na lokalnych komisariatach pod groźbą więzienia, a policje zainteresowanych krajów wymieniają informacje naprawdę, a nie na pozór, na imprezach panuje względny spokój.

2004 Rehakles nie wymyśla prochu

Mieli udać się na wakacje po trzech meczach w grupie, ale awansowali do fazy pucharowej kosztem Hiszpanów. Uznano, że to przypadek, a w ćwierćfinale rozjedzie ich Francja. Gdy ograli Francję, ogłoszono, że to efekt słabego dnia Trójkolorowych. Półfinałowe zwycięstwo nad Czechami skwitowano: Portugalczycy przywrócą w meczu o złoto właściwy porządek rzeczy: w końcu przegrali z Grekami mecz otwarcia, a to się nie ma prawa zdarzyć dwa razy. Gdy jednak Grecy wygrali finał, pół świata zaniemówiło, a drugie pół się na nich obraziło za rozstawienie obronnych zasieków na całym boisku.

Grecy nie grali w tym turnieju ładnie, ale byli zabójczo skuteczni. Trzy ostatnie mecze wygrali po 1:0 i wyniki te z grubsza oddają proporcje w czystych sytuacjach bramkowych w tych spotkaniach. Ojcem sukcesu był niemiecki trener Otto Rehhagel, ochrzczony po turnieju Rehaklesem. Prochu nie wymyślił. Mając do dyspozycji solidnych piłkarzy, ale żadnych tam artystów, nauczył ich, jak być drużyną. Jego pomysł na sukces sprowadzał się do dyscypliny, konsekwencji i skuteczności. Grecy grali twardo, ale czysto. Usypiali rywali i żądlili raz, a dobrze. Sędziowie nie ciągnęli ich za uszy, przypadek nie pomagał. Grecja to nie był malowany mistrz. A jeszcze długo po turnieju ich triumf interpretowano jako przejaw upadku futbolu na Starym Kontynencie.

Ładnie zachował się za to trener pokonanej w finale Portugalii, Luiz Felipe Scolari. Powiedział mianowicie: „Szanujcie Greków. Zapracowali na ten sukces. Od nikogo nie dostali go na tacy”.

2008 Turecka łaźnia: to nie jest futbol dla kibiców o słabych sercach

Po 44 latach suszy Hiszpanie wreszcie zdobyli mistrzowski tytuł i piłkarski świat rozpoczął debatę, czy skopiowaną z Barcelony grę w tysiąc podań wprawiających rywali w wir da się kiedyś powstrzymać?

Hiszpanie dominowali, ale serca podbili Turcy. Turniej rozpoczęli od porażki z Portugalią, ale kolejne trzy mecze rozegrali zgodnie z zasadą: nacieramy bez opamiętania, ale najpierw stawiamy się pod ścianą. W spotkaniu ze Szwajcarią podnieśli się po utracie gola, a zwycięstwo zapewnili sobie w doliczonym czasie. Z Czechami przegrywali 0:2, żegnali się z turniejem, ale w ciągu ostatnich 15 minut strzelili trzy gole, w ostatnich sekundach grając w dziesiątkę po czerwonej kartce dla bramkarza Volkana Demirela (zastąpił go jeden z zawodników z pola). W ćwierćfinale z Chorwacją napięcie było umiarkowane, a skończyło się trzęsieniem ziemi: Chorwaci zdobyli bramkę w 119 minucie dogrywki i gdy wokół ławki rezerwowych tańczyli z radości, Turcy wyrównali, a potem wygrali po karnych.

Skutkiem ubocznym tureckiego szaleństwa była plaga kartek i kontuzji przed półfinałem z Niemcami. Trener Fatih Terim miał do dyspozycji tylko 13 zawodników, w większości rezerwowych, ale i tak Turcy Niemców nastraszyli. Udało im się doprowadzić do remisu 2:2 cztery minuty przed końcem, ale sił na obronę już zabrakło i jeden z ostatnich zrywów Niemców dał im finał.

Ktoś policzył, że w ciągu niemal 460 minut, jakie tureccy piłkarze spędzili na boisku, prowadzili tylko przez 10. I niech ktoś powie, że futbol jest nudny.

Polityka 19.2012 (2857) z dnia 09.05.2012; Ludzie i style; s. 106
Oryginalny tytuł tekstu: "Europa wstrzymuje oddech"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną