Społeczeństwo

Piłka w polu

Brukbet Nieciecza: polska Barca z pola kukurydzy

W Niecieczy (Małopolska, powiat tarnowski, gmina Żabno) nie ma nazw ulic, bo ulica właściwie jest tylko jedna, choć mocno kręta. W Niecieczy (Małopolska, powiat tarnowski, gmina Żabno) nie ma nazw ulic, bo ulica właściwie jest tylko jedna, choć mocno kręta. Leszek Zych / Polityka
Okazuje się, że wzorcowo prowadzony klub piłkarski może wyrosnąć w kukurydzy. A zawiązać się na podłożu betonowo-cementowym.
Stadion jest wkomponowany pomiędzy kościół a cmentarz. Całość w szczelnej otoczce kukurydzianych pól.Leszek Zych/Polityka Stadion jest wkomponowany pomiędzy kościół a cmentarz. Całość w szczelnej otoczce kukurydzianych pól.
Mecz Termaliki Bruk-Bet Nieciecza z Flotą Świnoujście. Termalica przegrała 2:3, ale szanse na awans do Ekstraklasy są ciągle realne. A skąd słoń? Z logo firmy.Leszek Zych/Polityka Mecz Termaliki Bruk-Bet Nieciecza z Flotą Świnoujście. Termalica przegrała 2:3, ale szanse na awans do Ekstraklasy są ciągle realne. A skąd słoń? Z logo firmy.

Artykuł w wersji audio

Kierownik pierwszoligowej drużyny piłkarskiej Termalica Bruk-Bet Nieciecza zawsze ma kłopot, kiedy pytają go, przy jakiej ulicy jest stadion klubu. Wymijająco odpowiada, że nie sposób go nie zauważyć. Co jest prawdą. Ale jednocześnie nie jest obietnicą gry na gigantycznym obiekcie. W Niecieczy (Małopolska, powiat tarnowski, gmina Żabno) nie ma nazw ulic, bo ulica właściwie jest tylko jedna, choć mocno kręta.

Kiedy klub zaczął błyskawiczną podróż z ligi okręgowej do wyższych, przy wjeździe do wsi postawiono kierunkowskaz z napisem centrum. Podążając za nim, można zrobić sporą pętlę i wyjechać 400 m dalej, mijając po drodze dwa sklepy, pomnik poległych, szkołę, ładną rzeźbę Jana Pawła II i stadion wkomponowany pomiędzy kościół a cmentarz. Całość w szczelnej otoczce kukurydzianych pól. Stąd pierwsze relacje o zwycięstwach piłkarzy z Niecieczy zatytułowano „Łomot w kukurydzy”. A piłkarzy próbowano na meczach wyprowadzić z równowagi, krzycząc do nich „popcorny”. Tyle że w klubie nie ma ani jednego zawodnika, który urodził się w Niecieczy i jakoś nikt się do tych popcornów nie poczuwał.

Co do liczebności Niecieczy zdania są podzielone. Jedne źródła podają 725, a inne 733 mieszkańców. Spór został rozciągnięty również na kwestię liczby miejsc na trybunach stadionu. Branżowy dziennikarz, który podał w świat informację, że mieści on zaledwie 2 tys. widzów, spotkał się z zarzutem braku kompetencji. No bo jak można nie zauważyć jeszcze 224 krzesełek? W tym 60 skórzanych w loży VIP.

Zawsze po 11.30

Termalica produkuje pustaki z gazobetonu. Bruk-Bet robi kostkę brukową. A Termalica Bruk-Bet produkuje wynik w I lidze piłki nożnej. Bo u Witkowskich wszystko ma cel i wszystko czemuś służy. Tak Bóg stworzył świat. Przynajmniej tak to widzą Witkowscy.

To teoria wysnuta drogą dedukcji, bo o Termalice łatwiej porozmawiać z Grzegorzem Latą, prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, niż z prezesem, a raczej prezeską Termaliki – Danutą Witkowską. Ci, którzy myślą, że klubem zarządza tylko formalnie, są szybko wyprowadzani z błędu. A potrafi być zasadnicza nawet w kontaktach z PZPN.

Kiedy związek budował porozumienie z Orange, okazało się, że właściciele Termaliki nie mają zamiaru podpisać umowy. Prezes Grzegorz Lato, zapraszając Danutę Witkowską do Warszawy, usłyszał podobno, że jak ma sprawę, to musi sam przyjechać. – Zaprosili mnie do siebie, a że to po drodze do moich rodzinnych stron, to chętnie skorzystałem z zaproszenia – mówi prezes PZPN.

Ostatecznie Termalica umowę podpisała, ale w zamian za możliwość reklamowania swoich produktów w przerwach meczów.

Pozostałe kluby musiały się również dostosować do nietypowych godzin, w jakich gra się z Termalicą. Ponieważ w Niecieczy msza tradycyjnie zaczyna się o godz. 10, mecze zwyczajowo zaczynają się o godz. 11.30. Ksiądz proboszcz, który również jest kibicem, trzyma się zegara. Ale na wszelki wypadek zawsze ma pół godziny zapasu. Bo te 250 metrów, które wierni muszą pokonać z kościoła na stadion, da się zrobić w dwie minuty. 25 marca, w drugiej kolejce wiosennej, Termalica przyjmowała na swoim boisku Polonię Bytom. Mecz przesunięto na godz. 12 z powodu gorzkich żalów. Kibice gości robili sobie z tego lekkie żarty. W 17 minucie spotkania przestali. Po golu Emila Drozdowicza Termalica objęła prowadzenie, którego już nie oddała. W PZPN też już się nauczyli, że klub z Niecieczy należy do wąskiego grona zwanego „jedenasta piętnaście” – zawsze po mszy grają też we Włókniarzu Pabianice i Pelikanie Łowicz.

W Niecieczy są z tego dumni. Tak samo jak z tego, że klub zmienił nazwę na Bruk-Bet, a później na Termalica Bruk-Bet. Bez Bruk-Betu nie tylko nie byłoby w Niecieczy piłki, ale nie byłoby właściwie niczego. Ziemia jest niezła, ale jest jej mało. Kiedy zaczęło się skupianie gruntów przez dużych rolników, okazało się, że w Niecieczy starcza jej dla dwóch ludzi. Cała reszta żyje z Bruk-Betu, który niespełna 30 lat temu był jedną z wielu małych betoniarni.

W połowie lat 80. kupiła ją rodzina Witkowskich. Krzysztof, mąż Danuty, wraz z dwoma braćmi Andrzejem i Zbigniewem pracował ręka w rękę z szeregowymi pracownikami. Każdy z nich ma teraz własne firmy. Najlepiej powiodło się Krzysztofowi. Należy do bogatszych ludzi w Polsce. Ma kilka zakładów produkujących kostkę brukową, stworzył system budowy pustaków z gazobetonu, mocno rozpycha się w wykończeniówce elewacji, ma własne żwirownie. A ostatnio zaczął produkcję paneli słonecznych, bo jako jeden z pierwszych zorientował się, że za chwilę zmieni się prawo i zacznie się boom na energię słoneczną w domach. Witkowscy bardzo jednak dbają, żeby na żadnych listach bogaczy ich nie było. We wsi do dziś wspominają, że Krzysztof nawet gdy już miał duże pieniądze, to ciągle jeździł Polonezem.

Dalej mieszkają w Niecieczy, tyle że na dużo większym placu i w po raz trzeci rozbudowywanym domu. Życia prywatnego też strzegą zazdrośnie. Spoza wysokiego na prawie trzy metry żywopłotu wygląda tylko głowa Chrystusa. A z balkonu powiewają flagi Polski i Stolicy Apostolskiej. Gości witają uśpione w odlewie dwie łanie z młodą.

Dwa prysznice w nagrodę

Kiedy zaczynali, pustaki, kręgi do studni, płyty chodnikowe – wszystko robiło się właściwie ręcznie. Krzysztof wymyślił sposób, jak robić płyty, które nie pękały jak herbatniki, bo pod koniec komuny z jakością w betonie nie było najlepiej. Próbował też eksperymentować z małą płytką chodnikową. Ale w Polsce nie umieli jej kłaść i chodniki się szybko falowały. Legenda głosi, że kostkę brukową podpatrzył na pielgrzymce. Fakt, że pierwszą maszynę do kostki ściągnął z Włoch. Maszyna to duże słowo, bo właściwie wszystko przy niej trzeba było robić ręcznie. Ale jako jeden z pierwszych zaczął produkować w Polsce kostkę brukową. I to według własnej receptury, więc nie był związany patentami. Zakład zaczął się rozrastać. A koło zakładu było boisko, na którym grała lokalna drużyna.

Najpierw dał im kręgi do zabudowy rowu melioracyjnego. Później kupił piłki. W 1990 r. dostali pierwsze w 68-letniej historii klubu w pełni profesjonalne stroje. Niebieskie koszulki, białe spodenki (wymienione później na bardziej praktyczne czarne), niebieskie getry. Grający wówczas zawodnicy dobrze je zapamiętali. Grali w nich cztery lata. Teraz zespół gra w pomarańczowych strojach.

Edward Prażuch, jeden z ówczesnych filarów drużyny, pamięta, jak kiedyś stracili gola po rzucie wolnym. Nie wiedzieli, że przeciwnik może go wykonać bez gwizdka sędziego. Później sami kilka razy zastosowali ten patent, bo poziom wiedzy o piłce ogólnie nie był za wysoki. Braki w technice nadrabiało się siłą. Zawodnicy byli mocni kondycyjnie, bo większość na co dzień pracowała w Bruk-Becie. Wizja pracy była magnesem dla wielu z nich. Mobilizowała też do lepszej gry. Klub z klasy C stosunkowo szybko przebił się do ligi. W 1989 r. Nieciecza zadebiutowała w okręgówce. Po kolejnym zwycięstwie w nagrodę dostali szatnię z dwoma prysznicami. Drużyny gości bardzo im tego luksusu zazdrościły.

Pod koniec lat 90. Bruk-Bet był już jednym z najmocniejszych graczy w betonie na południu Polski. W piłkę szło im gorzej. Postanowiono wzmocnić drużynę nowymi zawodnikami. Z czasem dodano im profesjonalnego trenera. Wybór padł na Marcina Jałochę. Powszechnie nieznana drużyna rok w rok pięła się o jeden poziom w lidze. Tajemnicę sukcesu stanowił zespół, który na pierwszy rzut oka wydawał się raczej przeciętny.

Kupowali specyficznie. Żadnych transferów za demoralizujące pieniądze. Sięgali po dobrych zawodników, którym powinęła się noga albo kluby postawiły na nich krzyżyk. Dawali im drugie życie. A oni pięknie im się za to odwdzięczali – mówi Grzegorz Rudynek, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. W sezonie 2009/10 Bruk-Bet awansował do I ligi. Później wiele się zmieniło. Począwszy od trenera (świetny Duszan Radolsky), a na nazwie zespołu skończywszy. Narodziła się Termalica Bruk-Bet Nieciecza, poważny kandydat do Ekstraklasy.

Nie ma sianka, nie ma granka

Pani prezes klubu konsekwentnie odmawia kontaktu. Jej mąż i główny sponsor klubu w jednej osobie raz jeden, na fali wejścia do I ligi, udzielał jednego wywiadu po drugim. Wtedy ktoś go zapytał, po co spotyka się z każdym pojedynczo, przecież mógłby zrobić konferencję prasową. Stwierdził, że o tym nie pomyślał.

Dla wielu osób klub i jego właściciele to wielka zagadka. Michał Listkiewicz pierwszy raz do Niecieczy pojechał ponad rok temu jako obserwator z ramienia PZPN. Wybrał starą drogę, gdzie przez Wisłę trzeba przeprawić się promem rzecznym. A do wsi jedzie się wąskimi i krętymi drogami. Na miejscu mile zaskoczyła go jakość kiełbasy z grilla i atmosfera na meczu: – Miałem wrażenie, jakbym cofnął się w czasie. Żadnych bluzgów. Na trybunach całe rodziny. A właściciel klubu po przegranym meczu ze spokojem stwierdził, że to właśnie najpiękniejsze w piłce, że nigdy nie wiadomo, jak się ułoży.

Jego zdaniem, na tle innych właścicieli klubów Witkowscy bardzo odstają. – Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To nie jest jakaś piłkarska monokultura. Właściciele oprócz drużyny prowadzą jeszcze teatr amatorski, któremu właśnie budują scenę w swoim nowym biurowcu – dodaje Listkiewicz. Zamurowało go, kiedy zobaczył, że tę pyszną kiełbaskę dzieci dostają za darmo. A na meczu była ich z setka. Jak na klub, który ma wpływy z biletów na jednym z najniższych poziomów w lidze, to można mówić o szerokim geście właścicieli.

Piłkarze, którzy trafili do Niecieczy, też na początku nie mogli się przyzwyczaić do zmiany. – Od dwóch lat czekam na zaległe pieniądze z mojego byłego klubu. Tu nigdy wypłaty nie spóźniono choćby o jeden dzień. Dostaję wszystko, co jest mi potrzebne. Ja mam tylko ciężko ćwiczyć i robić, co mogę, żebyśmy dobrze grali. No to robię – mówi Łukasz Kowalski, były piłkarz Arki Gdynia. Choć wcześniej grał w Ekstraklasie i mieszkał na drugim końcu Polski, zdecydował się przenieść pod Tarnów. Twierdzi, że tego nie żałuje i chciałby zostać w klubie tak długo, jak się da.

Żaden z piłkarzy pod nazwiskiem tego nie powie, ale w Niecieczy mogą spełnić trzy największe marzenia polskiego zawodnika: mieć stałą i niezłą pensję, grać o awans i mieć święty spokój z kibolami.

Kibole to horror. Koledzy z innych drużyn po przegranym meczu boją się tydzień wyjść z domu, żeby nie zarobić z liścia na mieście. W Niecieczy, gdy ktoś krzyczy: jak grasz baranie, to człowiek się dziwi, że się tak uniósł – wspomina jeden z piłkarzy. Na treningach też im nikt nie przeszkadza. W czasie, kiedy oni trenują, ludzie pracują, bo w Niecieczy z pracą raczej nie ma problemu. – Kiedy Górnik Zabrze w 2009 r. spadał z Ekstraklasy, kibice przyszli na trening i kazali piłkarzom przebrać się w koszulki z napisami „Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać. Z naszym herbem na sercu trzeba zap…”. Nikt z władz klubu nie interweniował. Długo można by wymieniać przypadki napaści na pojedynczych zawodników, a nawet całe drużyny – mówi Grzegorz Rudynek, dziennikarz sportowy.

Błyskawiczna kariera klubu rodziła też wątpliwości, czy nie kryje się za nim inna choroba polskiej piłki. Tym bardziej że na światło dzienne wychodziły kolejne fakty sugerujące, że niektóre podobne sukcesy budowane były na częstych wizytach u Fryzjera, czyli Ryszarda F., okrzykniętego królem korupcji w polskiej piłce. W Bruk-Becie dla umoczonych piłkarzy nie było litości. Kiedy okazało się, że jeden z ich zawodników kiedyś grał w drużynie podejrzewanej o handlowanie meczami, szybko musiał zmienić klub. Do klubu nie był przyjmowany nikt, za kim ciągnęły się podejrzenia. Insynuacje się skończyły.

Przed Termalicą jeszcze trzy spotkania: Dolcan Ząbki, Kolejarz Stróże, Bogdanka Łęczna. O tym, czy do Ekstraklasy wejdzie pierwszy klub piłkarski ze wsi, nie będzie wiadomo aż do samego końca spotkań. Stawka jest duża, bo za same transmisje można dostać kilka milionów złotych. Dla wielu klubów to być albo nie być.

Licencja na grę w Ekstraklasie to również kwestia ambicji. W prasie już pojawiły się plotki, że Nieciecza swoją mogłaby sprzedać np. Cracovii. Ci, którzy znają Witkowskich, mówią krótko – bajki. Ale żeby były transmisje, trzeba mieć sztuczne oświetlenie, podgrzewaną murawę, no i wypadałoby powiększyć obiekt. – Zdaje się, że jeden z rolników nie chce sprzedać klubowi pola graniczącego z obiektem. Szkoda byłoby, gdyby taki wielki sukces miał się rozbić o taką głupią sprawę – mówi prezes Lato.

Polityka 20.2012 (2858) z dnia 16.05.2012; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Piłka w polu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną