Społeczeństwo

Stara waśń

Rolnicy zlecili zabójstwo...policjantom

Prokuratura oskarżyła Danutę i Józefa M., że działając z powziętym z góry zamiarem, wspólnie i w porozumieniu nakłaniali do zabójstwa. Prokuratura oskarżyła Danutę i Józefa M., że działając z powziętym z góry zamiarem, wspólnie i w porozumieniu nakłaniali do zabójstwa. Łukasz Rayski / Polityka
Danuty M., rolniczki ze Starej Wsi Pierwszej na Lubelszczyźnie, poszukiwało Biuro Wywiadu Kryminalnego Komendy Głównej Policji – najpierw w Europie, potem w USA – oraz Interpol. Wydano Europejski Nakaz Aresztowania i międzynarodowy list gończy.
Józef M. posadził funkcjonariuszy przy stole i powiedział, że rozchodzi się o załatwienie sąsiada Bogumiła C., ale tak, żeby się nikt nie domyślił.Łukasz Rayski/Polityka Józef M. posadził funkcjonariuszy przy stole i powiedział, że rozchodzi się o załatwienie sąsiada Bogumiła C., ale tak, żeby się nikt nie domyślił.

Do sekcji kryminalnej lubelskiej policji dotarły sygnały, że po targu kręcą się ludzie, którzy próbują zlecić zabójstwo, a nawet że ma dojść do spotkania z potencjalnym wykonawcą we wsi Stara Wieś Pierwsza. Sierżant sztabowy Michałowski z sierżantem sztabowym Kasiborskim podjechali pod posesję rodziny M. zielonym nieoznakowanym Polonezem i podjęli obserwację. Przy bramie stał starszy mężczyzna, który na ich widok zdjął czapkę, założył, znów zdjął i znów założył, jakby dawał znaki, żeby weszli do środka. Józef M. posadził funkcjonariuszy przy stole i powiedział, że rozchodzi się o załatwienie sąsiada Bogumiła C., ale tak, żeby się nikt nie domyślił. Jakiś zastrzyk z trucizną albo wypadek.

Zastrzyk byłby lepszy, bo z wypadkiem więcej kłopotów. Sąsiad, co prawda, jest drobny i wątłej postury, ale – żeby było pewne – trzeba by skombinować samochód ciężarowy. Wywiezienie do lasu nie wchodzi w grę, bo wieś się od razu połapie, kto za tym stoi, i ich spali. W końcu żona Danuta zwróciła uwagę Józefowi, żeby tyle nie gadał, bo panowie są zawodowcami i na pewno doskonale wiedzą, co i jak zrobić. Płacą 1,5 tys. zł, a jak wyjdzie po ich myśli, czyli zastrzyk albo wypadek, dorzucą jeszcze 200 zł.

Mówili jedno przez drugie, nie dopuszczając sierżantów sztabowych do głosu przez dobry kwadrans. Gdy skończyli, funkcjonariusze wyciągnęli legitymacje, aresztowali Danutę z Józefem, a następnie sporządzili notatkę celem wykorzystania służbowego. Próbowali też odtworzyć rozmowę z dyktafonu, ale się nie nagrała z przyczyn technicznych.

Droga

Na skraju Starej Wsi Pierwszej asfaltowa droga zmienia się w żwirówkę i biegnie łukiem. Po prawej zabudowania rodziny M., po lewej – C. Tu żwirówka przechodzi w wąską, piaszczystą ścieżkę prowadzącą do pól i lasów.

Nikt już dobrze nie pamięta, od czego się zaczęło. Chyba od żużlu, którego Bogumił C. nie chciał pomóc rozrzucać na drodze dzielącej jego gospodarstwo od gospodarstwa rodziny M. Potem znów o odśnieżanie. C. zebrał od mieszkańców pieniądze na pług, M. go oskarżyli, że wszystko wziął do kieszeni, a spychacz załatwił za darmo. A do tego trzyma w stodole kradzione samochody.

Część mieszkańców zebrała podpisy, żeby drogę wyprostować i poszerzyć, ale wtedy M. powiedzieli, że chyba po ich trupie, bo droga poszłaby prosto na ich pole i w dodatku pod samymi oknami. Bogumił C. zagroził, że jak nie, to im chałupę spali. No to M. zaczęli drogę podorywać, żeby była jeszcze węższa, kopać w niej dziury albo układać na poboczu sterty gałęzi. A jak ktoś omijając dziurę zahaczał o ich pole, zaraz skarżyli na policję o zniszczenie upraw.

Gdy strony sporu spotykały się, pędząc krowy na pastwisko, żadna nie chciała ustąpić przejścia. Bogumił C. krzyczał: „Ja was, skurwysyny, powybijam i nikt mi nic nie zrobi, ba mam szwagra w policji”, a syn M. tak złośliwie zajechał drogę żonie C., że wywróciła się razem z rowerem. Policja z Bychawy bywała w Starej Wsi Pierwszej nawet dwa razy w tygodniu. Kolejne skargi dotyczyły pobicia kijem podczas próby obcięcia gałęzi przydrożnego drzewa, przeszkadzających podczas przewozu siana, rzutu petardą w samochód, zakłócania pracy kombajnu w czasie żniw, podrzucenia na podwórze padłego prosiaka, zniszczenia odzieży wartości 70 zł podczas awantury sąsiedzkiej z użyciem rękoczynów, złośliwego zaboru sanek, zwróconych w stanie nienaruszonym, zablokowania ciągnika z dwiema przyczepami buraków za pomocą Forda Sierra, wybijania szyb, gróźb karalnych i fałszywych zeznań.

W pewnym momencie nikt już nie był się w stanie doliczyć, w ilu sprawach oskarża, w ilu jest oskarżonym, a w ilu świadczy. Większość kończyła się odmową wszczęcia postępowania albo umorzeniem.

Kiedy nocą w domu M. zadzwonił telefon i jakiś głos wykrzyczał: „Spierdalać, bo zaraz wybuchnie bomba”, potraktowali rzecz poważnie i pół nocy stali pod domem po kolana w śniegu. Ale jak zadzwonił drugi i trzeci raz, nie mieli wątpliwości, kto to, i wezwali policję. Najpierw nie chciała przyjechać, a jak już przyjechała, to się trochę pokręciła i stwierdziła brak znamion przestępstwa. Tak samo jak wtedy, gdy Bogumił C. zagroził, że zgwałci 6-letnią wnuczkę M. (umorzone z braku dowodów). Wtedy poczuli determinację, bo Bogumił C. był wcześniej skazany za usiłowanie gwałtu na nieletniej. Wtedy właśnie postanowili wynająć płatnego zabójcę. Pojechali do Lublina poszukać go na bazarku.

Śledztwo

Małżonkowie M. najpierw przekonywali, że wiedzieli, z kim mają do czynienia. Na bazarku w Lublinie pewna kobieta skontaktowała ich z policjantką, której opowiedzieli o groźbach Bogumiła C. Obiecała, że przyśle kogoś do pomocy. Jak zobaczyli zielonego Poloneza, zorientowali się, że to policja z pomocą, ale celowo tak sprowokowali, żeby wysłuchał ich ktoś z wyższych władz. W sprawie groźby gwałtu Danuta pisała wcześniej nawet do ministra i nic. Potem zmienili zeznania i tłumaczyli, że miało chodzić o sprzedaż prosiąt. Myśleli, że przyjechali kupcy, a słowa, że panowie sami doskonale wiedzą, co i jak, dotyczyły tego, co nabywcy mają zrobić z prosiakami. Poza tym Danuta M. wyjaśniła, że odmawia różaniec, więc zlecenie zabójstwa jest w jej wypadku wykluczone.

Prokuratura najpierw skierowała Danutę i Józefa na badania psychiatryczne, bo miała wątpliwości, czy są poczytalni. Ale byli, więc wszczęła śledztwo w sprawie uzasadnionego podejrzenia popełnienia zbrodni podżegania do zabójstwa. Sekcja dochodzeniowo-śledcza sporządziła szkic posesji oraz plan domu z zaznaczeniem pomieszczenia, w którym doszło do rozmowy, i określeniem widoczności z okna, bo Józef M. nie wymienił nazwiska sąsiada, tylko palcem pokazał przez okno, o którego chodzi. Wywiad środowiskowy ustalił, że obie strony konfliktu są zacięte, Danuta M. jest znerwicowana, w związku z czym stale zażywa ziołowe tabletki uspokajające, a Józef M. ma temperament porywczy i nadpobudliwy. Pytani sąsiedzi zapewniali, że ani Danuta, ani Józef na pewno by nikogo nie zabili, bo są starzy i schorowani, ale nająć mogli. Stać ich. Mają renty i córkę w Ameryce.

Danuta M. cierpi na nadciśnienie i miażdżycę, jest po zawale. Józef M. przeszedł raka płuc, dwa wylewy i ma astmę sercową. Lekarze, którzy ich badali, stwierdzili, że nie kwalifikują się do zatrzymania w areszcie. Mieli odpowiadać z wolnej stopy. Przed rozprawą atmosfera we wsi trochę się uspokoiła. Tylko Bogumił C. czasem narzekał, że syn M., Stanisław, na jego widok pokazuje coś jakby gest podrzynania gardła czy wieszania.

Prokuratura oskarżyła Danutę i Józefa M., że działając z powziętym z góry zamiarem, wspólnie i w porozumieniu nakłaniali do zabójstwa. Zagrożenie karą od 8 lat do dożywocia. Pierwsza rozprawa się nie odbyła, bo Józef M. był chory. Druga i trzecia też nie. Jakoś tak się składało, że gdy zbliżał się termin, Józef M. słabł. Danuta wyjaśniała, że jest w szpitalu, ale nie bardzo umiała powiedzieć w którym. W końcu sąd kazał go przymusowo doprowadzić i wydał nakaz tymczasowego aresztowania. Biegli sądowi stwierdzili, że Józef M. może być leczony w ambulatorium więziennym i uczestniczyć w rozprawach. Wielokrotnie składał skargi, że lekarze wystawiają takie zaświadczenia, bo są obligowani tajnymi dyrektywami, ale sąd zażalenia odrzucał.

Wtedy zniknęła Danuta. Mówiło się we wsi, że wyjechała za granicę. Poszukiwania podjęła sekcja kryminalna z Lublina. Za Danutą rozesłano list gończy, a komunikaty z jej zdjęciem opublikowano na stronach policji i w środkach masowego przekazu. Kiedy potwierdziło się, że Danuty M. w Polsce nie ma, poszukiwania za granicą wszczęło Biuro Wywiadu Kryminalnego Komendy Głównej Policji w Warszawie; najpierw w Europie, potem rozszerzono je na Stany Zjednoczone. Wydano Europejski Nakaz Aresztowania i międzynarodowy list gończy z informacją, że Danucie M. grozi dożywocie (life imprisonment). Poinformowano Interpol w Waszyngtonie z adnotacją, że sprawa jest pilna. Amerykańskiej policji nie udało się jednak ustalić miejsca pobytu Danuty M. Zrobił to sąsiad Bogumił C., który przyniósł do sądu karteczkę z adresem i telefonem córki M., mieszkającej w Ameryce, i poinformował, że pojawia się tam w weekendy i święta. Cała wieś o tym wie.

Odsiadka

W Ameryce zeszło się Danucie M. trzy lata. Aresztowano ją zaraz po przylocie samolotu z Chicago na warszawskim Okęciu. Była zdziwiona. W piśmie do sądu tłumaczyła, że wcale nie zamierzała uciekać. Jest prostą kobietą ze wsi, z wykształceniem podstawowym, nie zna prawa i nie wiedziała, że robi źle, wyjeżdżając przed rozprawą. Kończyła jej się wiza i chciała odwiedzić córkę. Zamierzała zostać na dwa miesiące, ale córka ją uwięziła, zabrała paszport, wysyłała do sprzątania u obcych ludzi i zabierała pieniądze. Nie zna angielskiego, więc była zastraszona. Córka puściła ją dopiero, gdy skończyły się leki i ciężko się rozchorowała. Ze względu na stan zdrowia prosi o uchylenie aresztu. Ale i w tym przypadku biegli uznali, że przy nadciśnieniu i żylakach opieka więzienna wystarczy.

Sąd skazał ją na dwa lata i 8 miesięcy więzienia. Wcześniej Józef M. dostał trzy lata. W obu przypadkach zastosowano nadzwyczajne złagodzenie kary ze względu na to, że podżeganie było nieudolne, a podżegani sierżanci sztabowi nie usiłowali dokonać czynu zabronionego.

Danuta odsiaduje wyrok w systemie półotwartym w więzieniu na warszawskim Grochowie. Józef dostał zwolnienie warunkowe. Jest już z powrotem we wsi. Rodzina M. ogrodziła posesję, założyła domofon, monitoring i kupiła dużego, ostrego psa. Nie wierzą już w sądy i sprawiedliwość. Ale donosy składają dalej i policja znów bywa co parę dni. Ostatnio M. skarżył, że gołębie Bogumiła C. siedzą na dachu jego stodoły i brudzą, ale kiedy przyjechał patrol, ptaki już odleciały. I na butelki porozrzucane po podwórzu, ale monitoring tego nie potwierdził. C. złożył doniesienie o latającym luzem psie. Konflikt przeniósł się też do Internetu, bo M. wrzucili na YouTube filmik z monitoringu, na którym widać, jak żona C. blokuje własnym ciałem traktor sąsiadów. Przed wizytą biskupa sołtys proponował, żeby usiedli jak Polak z Polakiem, wypili po flaszce i się dogadali, ale gdzie tam. Ostatnio pokłóciły się nawet wnuki w wieku szkolnym. Drogi nadal nie udało się poszerzyć.

współpraca Agnieszka Kasperska, „Kurier Lubelski”

Polityka 23.2012 (2861) z dnia 06.06.2012; Kraj; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Stara waśń"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną