Ruchy miejskie

Wirusowe zapalenie miasta
Miasto jest nasze, mieszkańców – uważają działacze tak zwanych ruchów miejskich. To rozgorączkowani aktywiści, anarchiści czy forpoczta nowego ładu społecznego?
Lech Mergler - Lider Stowarzyszenia My-Poznaniacy
Mariusz Forecki/Tam Tam

Lech Mergler - Lider Stowarzyszenia My-Poznaniacy

Krystyna Bratkowska - Stowarzyszenie ŁADna Kępa
Stanisław Ciok/Polityka

Krystyna Bratkowska - Stowarzyszenie ŁADna Kępa

Marcin Gerwin - Sopocka Inicjatywa Rozwojowa
Łukasz Głowala/Polityka

Marcin Gerwin - Sopocka Inicjatywa Rozwojowa

Krystyna Bratkowska, właścicielka małego wydawnictwa z warszawskiej Saskiej Kępy, wyznaje: – Najchętniej nie robiłabym nic, bo mam nadmiar ciekawszej pracy, ale od czasu do czasu szlag mnie trafia i muszę zareagować. Zaczęło się od projektu przebudowy Francuskiej, głównej ulicy dzielnicy, na deptak (restauracje, żadnych sklepów). – A my chcieliśmy normalnie tutaj żyć. Bratkowska z grupą znajomych założyła stowarzyszenie ŁADna Kępa. Zebrali się historycy sztuki, architekci, słowem – inteligencja. Był 2009 r.

W Poznaniu w tym czasie od dawna już buzowało. Władze ogłosiły dyskusję nad planem przestrzennego zagospodarowania miasta. Przyszło tysiąc uwag. „Uporamy się z tym w miesiąc”, oświadczyły władze. – Poczuliśmy się lekceważeni, traktowani jak smarkacze, prawie jak za komuny – opowiada Lech Mergler, jeden z liderów stowarzyszenia My-Poznaniacy (dziś ponad 90 osób). Na fali tego rozgoryczenia powołali je – jak to opisuje Mergler – wkurzeni stateczni mieszczanie z domków z ogródkami, ludzie z dorobkiem życiowym i koneksjami. A dyskusja nad planem zagospodarowania ostatecznie trwała 10 miesięcy.

Łódzkiej Grupie Pewnych Osób impuls dała afera z amerykańską turystką, która fotografowała fabrykę Gillette w 2006 r. Turystkę zatrzymał ochroniarz, kazał zniszczyć klisze. Wtedy ludzie, którzy wcześniej dyskutowali o sprawach miasta na internetowym forum „Gazety Wyborczej”, skrzyknęli się i o tej samej porze zaczęli robić zdjęcia budynkowi. Potem w podobny sposób umawiali się a to na zrywanie plakatów, rozwieszanych gdzie popadnie, a to na społeczne wyrównywanie krawężników, a to na przekopywanie trawnika. – Z czasem uznaliśmy, że warto działać też bardziej oficjalnie – zorganizować imprezę, móc wystąpić o grant. W 2009 r. założyliśmy Fundację Fenomen. Ale nieformalna Grupa Pewnych Osób – czasem kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu – studentów, uczniów, pracowników – wciąż działa – opowiada Hubert Barański, prezes fundacji i jeden z założycieli GPO.

O działającej również nieformalnie od 2009 r. Sopockiej Inicjatywie Rozwojowej, której szefują Marcin Gerwin i Maja Grabkowska (on doktor politologii, ona – geografii) głośno zrobiło się za sprawą protestu przeciwko planom postawienia w parku Grodowym pensjonatów – wbrew wynikowi wcześniejszych konsultacji. Rdzeń SIR to kilka osób, ale gdy coś się dzieje, dołączają inni, których akurat interesuje planowanie przestrzenne, ścieżki rowerowe albo zieleń miejska. Lub po prostu: budowanie więzi między mieszkańcami.

Irytacja?

Ruchy miejskie – jak określa się tych nowych aktorów na lokalnych scenach – zaczęły się mnożyć pod koniec poprzedniej dekady. Dziś w każdym większym mieście jest ich już kilka, nawet kilkanaście, i wyraźnie wychodzą z drugiego planu. Wiele nigdzie się nie rejestruje, powstaje w odpowiedzi na rzucone na Facebooku wezwanie, jak ruch Occupy rozkładający namioty i karimaty w centrach miast (ostatnio w Warszawie). Skrzykują się studenci, doktoranci, artyści, anarchiści, squatersi, ludzie z przedmieść, z kamienic i blokowisk. Większość podkreśla, że nie zamierza się wdawać w polityczno-partyjne targi i dysputy. Tym, co najczęściej ich łączy, jest sprzeciw: wobec zwężenia albo poszerzenia drogi, wobec budowy spalarni śmieci lub kolejnego centrum handlowego, wobec braku ścieżek rowerowych.

Są rozczarowani. Samorząd, który miał być władzą najbliższą obywatelowi, najdosłowniej reprezentującą jego interesy, został – uważają – zawłaszczony przez partie; stał się szczeblem kariery politycznej dla lokalnych działaczy, którzy nadużywają argumentu: „bo my mamy mandat wyborców”. Aktywistka jednego z łódzkich stowarzyszeń edukacyjno-artystycznych usłyszała od szefa miejskiego domu kultury, że tacy jak on, zatrudniani przez wskazanych w wyborach przedstawicieli, działają z legitymacją społeczną. A tacy jak ona – prywatyzują kulturę.

Z powodu tego rzekomego silnego mandatu, a czasem wieloletniego zasiedzenia przy władzy, zbyt komfortowo poczuło się też chyba wielu prezydentów miast, od 2002 r. wybieranych bezpośrednio przez mieszkańców. Niektórzy zaczęli traktować swe miasta bez mała jak przedsiębiorstwa, biznesowe korporacje, niektórzy zaprowadzają stosunki feudalno-dworskie. – W Poznaniu liczy się tylko interes dewelopera. Każda większa własność wygrywa z mniejszą, funkcja komercyjna z użytkową, globalna z lokalną. Władze nie dbają o zrównoważony rozwój – mówi Lech Mergler.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną