Społeczeństwo

Taka brzydka katastrofa

Ofiary katastrofy w Szczekocinach - jak żyją?

Magdalena Sipowicz straciła w katastrofie nogę. Na zdjęciu z najbliższą rodziną. Magdalena Sipowicz straciła w katastrofie nogę. Na zdjęciu z najbliższą rodziną. Stanisław Ciok / Polityka
Cztery miesiące temu pod Szczekocinami zderzyły się pociągi. Ratujący dostali medale w zamszowych pokrowcach. Ratowani – niedotrzymane obietnice.
Anna Kwiecień, sołtyska Chałupek, za pomoc poszkodowanym w katastrofie otrzymała medal.Stanisław Ciok/Polityka Anna Kwiecień, sołtyska Chałupek, za pomoc poszkodowanym w katastrofie otrzymała medal.
Po katastrofie pod Szczekocinami kalekami zostało kilkanaście osób.BARTOSZ SIEDLIK/EAST NEWS Po katastrofie pod Szczekocinami kalekami zostało kilkanaście osób.

Anna Kwiecień, sołtyska Chałupek, zastrzegła w gminie numer telefonu. Odezwały się nawet szkolne koleżanki, że dobrze wygląda. Opowiadała telewizjom, że: jest 3 marca, godz. 20.57, w pokoju z widokiem na tory oglądają rodzinnie „X Factor”, jak wjeżdżają na siebie – mówiąc językiem tutejszym – WarszawaKraków. Gdy ona „robi” kilka pierwszych telefonów, chłopi już lecą w kierunku torów, baby na podwórko sołtyski, gdzie nazajutrz w garażu miały celebrować Dzień Kobiet, bo ósmy wypadał w dniu powszednim, a czwarty był w akurat w sobotę. Już był rozłożony niepsujący się poczęstunek typu kawa, herbata, drożdżowe, jednorazowe kubki. Idealne zaplecze dla pasażerów wychodzących o własnych siłach. Do szkoły we wsi Goleniowy spontanicznie biegną kucharki.

Pierwszy raz w historii Chałupek korkuje się nieasfaltowa droga wiejska. Na ścierniskach parkują limuzyny premiera, posłów tutejszej ziemi, marszałków, trzech wojewodów (wieś leży na styku województw). Obiecywano, odbyto żałobę narodową, urządzono liczne gale, na których wręczano ratującym listy gratulacyjne plus medale „za zasługi dla województwa śląskiego”. Sołtyska pamięta, jak szła przez aulę Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach – a długa owacja jest wrażeniem niesamowitym – i jak musiała uważać, żeby się nie potknąć.

16 pasażerów – mówiąc językiem ratowniczym – zginęło, nie zdążywszy mrugnąć okiem. Okaleczonych zostało co najmniej kilkunastu. Upomina się o nich tylko flaga wbita w ziemię na znak dla przejeżdżających pociągów, żeby zaryczeć klaksonem ku pamięci. Wtedy miejscowym idą dreszcze, jakie marne jest to życie. Jeszcze szklane kikuty zniczy na polu i zielone korale, wygrzebane z przeoranej łąki, które ktoś zawiesił na przydrożnym krzyżu obok domu sołtyski. W planach był obelisk przy nasypie, ale musieli przenieść się z upamiętnianiem pod tutejszy krzyż, bo tam to tereny zalewowe – przy większym deszczu nawet nie dojdzie się ze zniczem. Krzyż, obecnie szykowany do rewitalizacji, jest ufundowany – tu miejscowi w rozmowach zahaczają o symboliczność – dokładnie 3 marca 1913 r., czyli 99 lat przed katastrofą. Dla jeszcze piękniejszego upamiętnienia ma być otoczony kostką bauma. Może przyszłościowo wmuruje się kawałek wagonu zwiniętego w rogalik?

Kocham cię, urwało mi nogi

Magda Sipowicz dopiero trzy tygodnie temu wróciła do domu w Skawinie z tej podróży. Nauczycielka i uniwersytecka lektorka języka migowego jechała w Warszawie. Kilka godzin wcześniej na walnym zebraniu stowarzyszenia migowców wybrana na sekretarza. Otwiera okno, żeby pożegnać kolegę z walnego, a jakaś kobieta z przedziału – skrzypaczka – uderza w focha: jest zima! Trzy minuty przed 20.57 wychodzi na korytarz. Znajomy z peronu dzwoni, jak tam, czy ta skrzypaczka dalej źle nastrojona. – Nie, przesiadłaaa… W trakcie słowa „przesiadła” pod Magdą rozstępuje się podłoga. Do siebie: – Ja pierdolę. W trakcie słowa „pierdolę” koła mielą jej prawą nogę do połowy uda, lewa zatrzymuje się na rąbku skóry, wagon przekręca się i wypluwa ją na nasyp. Spycha z tej dyndającej nogi martwego sąsiada (z przedziału?). Dzwoni do męża: „Kocham cię, urwało mi nogi, zaopiekuj się dzieckiem”. Rozłącza się. Wybiera mamę. Za wszystko jej dziękuje. Rozłącza się. Jakiś chłopak wyciąga z kaptura sznurek i obwiązuje prawy kikut, lewą dyndającą nogę tamuje rękawem od kurtki. Ratownik medyczny omyłkowo zakłada jej czarną opaskę (w języku selekcyjnym – pacjent umarł).

Wróciwszy z tej podróży musi też oswoić dwuletnią córkę. Niby się Wiktorci coś przypomina, ale mama jest jakby nowa, nie ma jednej nogi i często upada, kiedy – zapominając – wstaje gwałtownie. Nie chce iść w mamine ramiona, z których wycięto płaty skóry, żeby przykryć kikuta. Tamta mama biegała po schodach, a nową znoszą i wnoszą na drugie piętro jeden raz dziennie.

W czasie, gdy ona farmakologicznie spała miesiąc i dwa dni, śniąc morfinowe sny (słonie trąbami gaszą wielki pożar, we troje popełniają samobójstwo i lecą gdzieś samolotem szybszym od czasu), rozdzwonił się telefon męża. Kancelarie adwokackie urządziły giełdę, kto przejmie spektakularnie poszkodowaną Magdę. Przedstawia się Teresa G.: jest sławną psycholog, ekspertką „Rozmów w toku” u Ewy Drzyzgi, chce pomóc, współpracuje z kancelarią A i tak się złożyło, że prezes jest obok. Prezes przejmuje telefon: Jeszcze z żoną pójdzie na tańce. Niech tylko pozwoli im działać, 35 proc. prowizji z odszkodowania plus VAT. Adwokat X mówi uczciwie, że zależy mu tylko na jego podpisie, za zgarnięcie tej fuchy ma obiecaną dużą prowizję. W pobliskich hotelach meldują się adwokaci z Lublińca, Radziszowa, Opola, Białki Tatrzańskiej, łapiąc go na żywca przed klatką schodową.

Ona naprawdę budzi się zdziwiona, że on nie odszedł. Można nawet powiedzieć, że szczęśliwa, bo ma ręce do pracy, czyli migania. Tymczasem oferty pomocowe w sprawie nóg już nie były takie nachalne. Na rehabilitację z NFZ każą czekać kilka miesięcy, więc obecnie staje na nogi prywatnie (8 tys. miesięcznie), czyli za sączące się pieniądze ludzkie. Migowi znajomi rozkleili plakaty, w Skawinie dedykowali jej koncert, w Krakowie dni integracji.

Jeśli chodzi o dotrzymane obietnice: urząd miasta sfinansował do czerwca czesne za żłobek dziecka, MOPS – posiłki w żłobku, a ubezpieczyciel przelał na konto 20 tys. celem zadośćuczynienia „szkody osobowej”, kwestionując żądania poszkodowanej, która domaga się protezy klasy Mercedesa za 240 tys. Ubezpieczyciel wzywa listownie na komisję lekarską do Poznania. Orzecznicy wynajęci przez ubezpieczyciela nie mogą zaocznie stwierdzić braku nogi, a co za tym idzie, wycenić szkody adekwatne.

Statystyczny kikut mocowany na szelkach, który refunduje NFZ, opiewa na kwotę 2800 zł. No, powie ubezpieczycielowi sarkastycznie, żeby do tego kija dorzucili jej gratis papugę na ramię i opaskę na oko. Czy to są wygórowane ambicje, że chce protezę najlepszą na świecie? Najlepiej imitują nogę te niemieckie, mocowane silikonowym lejem, szytym na miarę kikuta, staw kolanowy pozwala chodzić naprzemiennie, nie ciągnąc za sobą enefzetowskiego kija z PCV. Wsiadając do pociągu była biegającą po krakowskich uczelniach dobrze zarabiającą tłumaczką. Nie byli z mężem rozrzutni. Obliczyli, że mogą pozwolić sobie na trzypokojowe mieszkanie w Skawinie, zaciągając kredyt na 30 lat. A teraz?

Synu, wygugluj buta

Jarek Karczmarczyk, DJ, muzyk, właściciel firmy eventowej, wróci z tej podróży w optymistycznym wariancie za jakieś dwa lata. Tyle może cofać się obrzęk mózgu, który uniemożliwia chirurgiczne ingerencje w oszpeconą twarz, schowaną pod czapką z daszkiem.

Jechał zagrać koncert w Krakowie. Powiedział do konduktora, że ma złe przeczucie, a chwilę później ten konduktor już nie żył. To była noc długich noży, z każdej strony Karczmarczyka leżały złamane na pół trupy. Jeszcze posadził jakąś kobietę. Mówiła o ciąży. Czy to ta sama, która nie przeżyła, a potem jej mąż się powiesił? Ktoś z rodziny, patrząc w telewizor, zsikał się ze strachu.

Gdy jego, samotnego ojca, cerują w szpitalach, ubezpieczyciel prosi o pisemne potwierdzenie z policji o zgłoszeniu zaginięcia kurtki, spodni i butów plus pisemny protokół o zakończonym postępowaniu szukania kurtki, spodni, butów plus zdjęcia kompletu zaginionej odzieży z adnotacją: czy były chodzone i ile sezonów. Syn wydrukował z Internetu identyczne fasony, a ubezpieczyciel, uwzględniając stopień amortyzacji, wycenił buty na 100 zł, kurtkę na 500.

Z karty szpitalnej: wylew krwi do komory przedniej oka lewego, rana szarpana powieki górnej, duży ubytek powieki dolnej, wieloodłamowe złamanie stropu oczodołu lewego, złamanie ściany przedniej zatoki czołowej szczękowej z wgnieceniem odłamków kostnych, uraz kręgosłupa itd.

Oprócz licznych kancelarii adwokackich nikt z parkujących na ściernisku w Chałupkach nie zainteresował się Karczmarczykiem i jego synem. Żaden psycholog, lekarz, wysłannik PKP, wojewody, posła, premiera. A on chciałby porozmawiać, jak żyć? 45-letni muzyk z utratą słuchu? Że to był piękny czas: wychował syna, już wszystko umiał, a jeszcze nie był stary. Oszpecony artysta sceniczny ze ślepnącym okiem bez powieki? Granie w zadymionych klubach już nie wchodzi w grę. Że żyją z synem dzięki rodzinnym zrzutkom. Że Euro miało być dla niego żniwem, kluby pracują 24 godziny na dobę, mnóstwo podpisanych kontraktów. Pomijając truizmy typu: bezużyteczność.

Ale na centrali ubezpieczyciela nie chcą połączyć go z żadnym żywym człowiekiem. Każą wysłać pisemne zapytanie i oczekiwać pisemnego kontaktu. Nie rozumiejąc zawiłych listów, Karczmarczyk zatrudnił mecenasa, co musiało spłoszyć ubezpieczyciela. Gdy mecenas wysłał pismo, ustanawiając się pełnomocnikiem Karczmarczyka, pierwszy raz ubezpieczyciel skontaktował się telefonicznie, że właśnie przelał poszkodowanemu 10 tys. zadośćuczynienia.

Mecenas każe robić zdjęcia. Z czasem rany będą się goić, co jeszcze bardziej negatywnie wpłynie na stosunek ubezpieczyciela do Karczmarczyka. Mecenas mówi, że to element gry, liczą, że będzie dobrze wyglądał w sądzie. W rozmowach z mecenasem przewija się też wątek wartości życia. Mecenas: on, obywatel Karczmarczyk, jest tani, w przeciwieństwie do przedstawicieli obywatela. Kontekst katastrofy smoleńskiej jest samonarzucający się.

Módlmy się

W Polsce jest kilka Chałupek, ale te, liczące 14 domów, stały się znane na cały kraj. Przyjeżdżają turyści fotografować się na tle nasypu, rozścielają nawet koce, jak na majówce. Jeszcze nie przycichły wiejskie rozmowy przy obwoźnym busie ze spożywką. Starsze, wiecznie skłócone o coś, zadziorne pokolenie zrobiło się jakby życzliwsze. Miejscowi też oczekują bonusów.

Po pierwsze, pięciu właścicieli łąk wzdłuż torów wystąpiło o zadośćuczynienia. W tym celu do Komendy Policji w Katowicach wysłali skargę na straż, która ciężkimi samochodami rozjechała ich podłoże – trzeba było zaorać, nasiać trawy, zawałować. Po drugie, w ramach inicjatyw pokatastrofalnych marszałek dał słowo zrobić asfaltową drogę do Chałupek, bo ta, którą docierały karetki, kompromituje władze. Wojewoda przysiągł sfinansować zadaszoną altankę, żeby – zamiast w sołtysowym garażu – wieś miała gdzie poświętować, rozpalić ognisko. Obiecano plac zabaw, boisko i odnowienie sadzawki.

Gdyby nie katastrofa, nikt nie pochyliłby się nad Chałupkami, bo położone na krańcu województwa śląskiego. 500 m dalej jest świętokrzyskie, obok małopolskie. Żaden urzędnik nie przejmował się tym obrzeżem, mając na względzie, że jak będzie nowy podział administracyjny, nie przypiszą mu zasług. Z wdzięczności mieszkańcy Chałupek chcieli nawet odwiedzić delegacją najmocniej poszkodowanych, ale ci prosili, żeby dać sobie spokój. Przyjęło się, że na sumie odprawianej w intencji parafian ksiądz dorzuca gratisową modlitwę za dusze tamtych pasażerów.

I, jak zawsze, zrobił się lokalny niesmak, gdy gazety napisały, że sołtyska w nagrodę za okazane serce dostała od wojewody złoty zegarek. Po pierwsze, to nie był zegarek, tylko pióro wieczne marki Parker z grawerunkiem „Wojewoda śląski”. Po drugie, i tak piórem nie pisze – przeznaczyła je na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Szlaban od rodziców na rozmowy z obcymi ma też sąsiad sołtyski, 15-letni S., który z kolei domagał się od dziennikarzy rekompensaty pieniężnej za opowiadanie w kółko tego, jak pobiegł z latarką i ratował ludzi.

Na dniach, pierwszy raz w życiu, sołtyska jedzie do Warszawy odebrać list gratulacyjny na zjeździe Sołtysów Roku w Senacie. Pozwoliła sobie na prywatę, zastrzegając, że proszę bardzo, tylko chce zabrać córki.

A w parafii pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia w Skawinie odbyła się wielka zbiórka na protezę dla Magdy. W ostatniej chwili ksiądz jednak się rozmyślił i przelał pieniądze na Caritas Polska. Ta skrzypaczka, kiedy już ochłonie, ma zagrać dla niej charytatywnie. Karczmarczyk – korzystając z okazji – chce zwrócić się do tego pana/-i, z którym/-ą nie chce połączyć go centrala w ubezpieczalni i powołać się na przedwojenne słowo: przyzwoitość.

Polityka 26.2012 (2864) z dnia 27.06.2012; Kraj; s. 31
Oryginalny tytuł tekstu: "Taka brzydka katastrofa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną