Społeczeństwo

Pesto, prosto, ostro

Kultura umiaru w czasach nadmiaru

„Moda recyklingowa” Tytti Thusberg (bluzka z torebek po herbacie i suknia z bandaży). „Moda recyklingowa” Tytti Thusberg (bluzka z torebek po herbacie i suknia z bandaży). JAVIER ECHEZARRETA/EPA / PAP
Żyjemy w kulturze nadmiaru. W powodzi rzeczy, gadżetów, masowej produkcji. I to rodzi trend przeciwny – kulturę umiaru, ostentacyjną antykonsumpcję. A kryzys jej sprzyja.
„Schronisko dla strajkujących” wykonane z baneru polskiej prezydencji (Aleksandra Siłuch i Michał Wiak).Przetwory/materiały prasowe „Schronisko dla strajkujących” wykonane z baneru polskiej prezydencji (Aleksandra Siłuch i Michał Wiak).
Modny warszawski klub Cud nad Wisłą. Tu wypoczywa się na europaletach.Albert Zawada/Agencja Gazeta Modny warszawski klub Cud nad Wisłą. Tu wypoczywa się na europaletach.

Pożyczaj, wymieniaj, kupuj używane. Zamiast wyrzucać, napraw albo oddaj. Nie pozwól, by przedmiot wypadł z obiegu, niech jego potencjał zostanie maksymalnie wykorzystany. Zrób coś własnymi rękami. Jeśli kupujesz, rób to w sposób świadomy. Zastanów się, czy na pewno tego potrzebujesz. Nie płać za metkę. Nie kupuj w supermarketach, gdzie obowiązuje system bonusów, gratisów, promocji i wielkich opakowań, a potem połowa zakupów ląduje na śmietniku.

Za tym kodeksem stoi idea sprzeciwu wobec rabunkowej eksploatacji środowiska i polityki wielkich koncernów, nastawionych tylko na zysk. Sposób używania rzeczy staje się świadectwem umiejętności kulturowych i społecznych. Na Zachodzie idea collaborative consumption, czyli świadomego, uwrażliwionego na relacje międzyludzkie i ekologię konsumowania, jest coraz bardziej popularna. W Polsce na razie kiełkuje, głównie w środowiskach alternatywnych i artystycznych.

Homar ze śmietnika

Gabi się dziwi. Jak to jest, że na warszawskim Żoliborzu, w środku miasta, rosną jabłonie, a kiedy owocują, jabłek nikt nie zbiera? Ludzie idą je kupić w pobliskim sklepie. On sam stosuje zasadę, aby kupować tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne; i też raczej używane albo chociaż przecenione. Ludzie mają mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, których chcą się pozbyć. Ładowarki do telefonu nie kupił chyba nigdy, ciuchów od bardzo dawna, rower sam sobie złożył.

Od paru lat mieszka na squacie. Po głośnej likwidacji warszawskiej Elby zbudowali nowy, na obrzeżach miasta, ale lepiej nie mówić dokładnie gdzie. Zasady recyklingu i DIY (Do It Yourself, czyli zrób to sam) wycisnęli do ostateczności: kuchnia zbudowana jest z gruzu rozbiórkowego, ubikacja ze szklanych butelek, łączonych cementem, kurnik z drewna, słomy i wikliny łączonych gliną, stodoła ze starych drzwi likwidowanego w pobliżu bloku.

Ciężka robota, ale taka, która nie przekłada się na pieniądze, tylko na zaspokojenie życiowych potrzeb – opowiada Gabi. Za pieniądze pracuje rzadko i tylko wtedy, gdy daje to satysfakcję. Bierze udział w wyjazdach ekologicznych z młodzieżą warszawskich szkół i prowadzi tam kuchnię. Uczy, jak przygotować pesto z pokrzyw albo znaleźć na łące czosnek niedźwiedzi czy pieczarki.

Gabi, jak większość squatersów, jest free­ganinem. Stara się odzyskiwać wyrzucaną przez innych żywność; głównie przez sklepy i restauracje. Przy czym zaznacza od razu, że polski freeganizm jest bardzo specyficzny. – 95 proc. polskich free­gan w życiu nie słyszała tego słowa, bo są to bezdomni, którzy z konieczności żywią się tym, co znajdą – mówi. – Poza tym obowiązuje w Polsce VAT od darowizny, który sprawia, że firmom bardziej opłaca się coś wyrzucić, niż oddać potrzebującym.

Opowieści freegan z Berlina, Barcelony czy Londynu o wykwintnych daniach, wystawianych pod koniec dnia przez restauracje, w Polsce na razie brzmią jak bajka. Śmietniki supermarketów zamknięte są na głucho. Nasi freeganie polują głównie na bazarkach albo na zapleczach małych sklepów czy barów, gdzie mają zaprzyjaźnionych właścicieli.

O kulturze nadmiaru mówi się na Zachodzie od dawna. Do nas siłą rzeczy dotarła później. Gdy w latach 60. w Szwecji obowiązywało hasło: kup, zużyj, wyrzuć, my żyliśmy w kulturze permanentnego niedoboru. Dlatego w latach 90. zachłysnęliśmy się konsumpcją, bo musieliśmy odreagować. Nie była postrzegana jako zbytek czy grzech. Przeciwnie – raczej jako czynnik wzrostu efektywności gospodarki.

Postśmieci

Dalej zresztą gonimy świat zachodni, jeśli chodzi o materialny poziom życia. A przy okazji łapiemy także trendy antykonsumpcyjne i modę na umiar. To domena młodych, wykształconych ludzi z wielkich miast. Nasyconych, niepotrzebujących rekompensaty za PRL i niedających sobie wmówić, że aby być szczęśliwym, trzeba coraz więcej kupować. Bieda wciąż kupuje; tak jak kiedyś w Ameryce mawiano, że bieda jest gruba, bo żywi się fast foodem (w przeciwieństwie do elity na zdrowej diecie i wytrenowanej w fitness klubach), tak dziś można dodać, że bieda jest także pstrokata i zagracona. W Polsce trudno byłoby znaleźć dom tak biedny, by nie było w nim telewizora. Dom bez telewizora to raczej świadomy wybór ludzi z artystycznych i alternatywnych elit.

Prof. Mariusz Czubaj, antropolog kultury, porównuje tę grupę do dawnych subkultur, tyle że z odwróconym wektorem. – Adepci subkultur lat 80. czy 90. głosili, że rzeczy materialne nie są ważne, ważne są idee, to, co ma się w głowie – mówi. – W postsubkulturze rzeczy są ważne. To, jak się ich używa, jest realizacją pewnej idei. Można powiedzieć, że rzeczom oddano sprawiedliwość. Zmienił się także status śmieci. Nie są czymś bezużytecznym, mają wartość wtórną jako tworzywo.

 

W kulturze umiaru rzeczy zawsze mogą dostać drugie życie. Na przykład dzięki „Przetworom”, projektowi realizowanemu od kilku lat przez Stowarzyszenie Artanimacje. Przez dwa dni w dawnej Fabryce Zakładów Optycznych na warszawskiej Pradze około 200 artystów na oczach publiczności przetwarza na przedmioty użytkowe kilka kontenerów śmieci. Część wygrzebana na strychach i pawlaczach przez publiczność, a część dostarczają zaprzyjaźnione firmy: gąbki, fragmenty rur, kabli, elektrośmiecie, uszkodzone meble, stopiony w bryły plastik. Powstają rzeczy przedziwne i niezwykłe: fotel z plastikowych beczek, sztuczna choinka z kijków narciarskich, hula-hoop, notesy w oprawie z winylowych płyt, stolik z lampą napędzaną rowerowym dynamo.

Podczas ostatnich „Przetworów” podarowany przez MSZ baner polskiej prezydencji w UE zmienił się w „Schronisko dla strajkującego”. – Wiele z tych projektów jest potem nagradzanych w międzynarodowych konkursach – mówi Marta Wójcicka, kuratorka „Przetworów”. – Ale to jest nie tylko promocja młodego, polskiego designu. To jest także promocja pewnej filozofii życia; zrównoważonego rozwoju i świadomej konsumpcji.

Idea „Przetworów” importowana jest z Francji, ale wpisuje się świetnie w polską specyfikę. U nas przedmioty nadal mają pewną sentymentalną otoczkę. To wynika ze wspomnień peerelowskiej biedy, ale także z naszej historii. Walec dwóch wojen światowych, który przetoczył się przez Polskę, wytłukł nam całą rodową porcelanę. To, co ocalało, ma wartość szczególną, bo daje poczucie ciągłości materialnej, zakorzenienia. A dla młodych ludzi przedmioty z lat 50. czy 60. to także przybysze z odległej przeszłości.

Rogi u wegetarian

Squat jest próbą stworzenia całościowej alternatywy wobec świata masowej konsumpcji. – To rodzaj utopii, a społeczne utopie biorą się z poczucia, że coś poszło nie tak, została zakłócona jakaś harmonia, którą należy przywrócić – tłumaczy prof. Czubaj. – I to poczucie jest coraz ­bardziej powszechne, bo żyjemy w świecie nieustannej cyrkulacji dóbr, marek, znaków. Ten natłok jest opresyjny. Człowiek kultury Zachodu musi w pewnej mierze przyjąć postawę abnegacji, boby zwariował. Trendy antykonsumpcyjne promujące umiar widać wszędzie, poczynając od ekologicznej architektury, a kończąc np. na jodze, którą można interpretować jako próbę wyciszenia się przed nadmiarem bodźców, odzyskania harmonii.

W środowiskach wielkomiejskich, w starych mieszkaniach wręcz nie wypada robić generalnego remontu. Należy zostawić, co się da. – Ekologia to jedno, szacunek do starych, dobrych rzeczy, których nie ma powodu niszczyć, to drugie, a trzecie to finanse – deklaruje Ewa Wojewódzka, architektka wnętrz. – W czasach kryzysu młodzi ludzie po prostu nie mają pieniędzy. I to się pięknie łączy z modą na minimalizm.

Zamiast wymieniać stare podłogi czy drzwi, maluje się je olejną białą farbą, nie rusza się starych gniazdek elektrycznych czy żeliwnych podłączeń przy kranach, zostawia odkryte rury i stare podłogi z ceramicznych płytek. Bardzo modne są płytki, zwane od kształtu gorsecikami. Dziś już nie sposób ich dostać, więc ubytki uzupełnia się żywicą i maluje na jaskrawe kolory. Drugie życie dostają peerelowskie fotele muszelki, obijane nowym pluszem, albo łączone w nowe konfiguracje meblościanki. Z odzysku mogą pochodzić także elementy dekoracyjne. – Widywałam minimalistyczne wnętrza, w których na ścianie wiszą rogi jelenia znalezione na śmietniku – opowiada Ewa Wojewódzka. – I to nawet u wegetarian, którzy uznali, że skoro już to zwierzę straciło życie przez czyjąś próżność, to niech się to nie zmarnuje.

Marta Skowrońska, socjolożka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorka doktoratu „Jak u siebie. Zamieszkiwanie i komfort”, dodaje, że moda na umiar ma u nas dwa oblicza – można powiedzieć – klasowe. Z jednej strony jest to robotniczo-mieszczański świat, który nie lubi przepychu, luksusu i ostentacji. Z drugiej awangarda prezentująca niedbałość, dystans i styl mający wyglądać na niezamierzony, niewyuczony i niewymuszony. – Pierwszy to ostrożne i bezpieczne beżobrązy. Drugi – biel ścian, surowe drewno, a nawet betonowe powierzchnie – mówi.

 

W sferę obciachu odchodzą firanki, dywaniki, świeczki, wazoniki, witrynki z zastawą stołową i wszelkie zagracenie. Kluczem jest funkcjonalność. Zero rzeczy zbędnych. – Chyba że jakiś jeden przedmiot typu sztuczne kwiaty albo plastikowa Matka Boska z Lichenia jako ironiczny element kiczu. Gra sensów czytelna dla wtajemniczonych – opisuje Skowrońska.

Jako zbyt ostentacyjne z mody wychodzą egzotyczne drewno, drogi kamień czy skóra. Jako zbyt sztuczne – panele, wykładziny czy linoleum. – W tej chwili bardzo popularnym tworzywem są europalety, z których robi się łóżka, siedziska, stoły, a nawet blaty kuchenne – opowiada Ewa Wojewódzka.

Można powiedzieć, nic nowego pod słońcem. Według Skowrońskiej ten trend można porównywać z przełomem poprzednich wieków, gdy wzornictwo odrzuciło dekoracyjną secesję i przeładowane mieszczańskie wnętrza pełne ciężkich mebli. Le Corbusier projektował domy jako maszyny do mieszkania, rezygnując z jakichkolwiek zdobień na rzecz funkcjonalności; chłodne, fabryczne wnętrza z metalowymi konstrukcjami, reflektorami zamiast lamp i butelkami zamiast wazonów. – Tylko że wówczas stała za tym egalitarna idea niwelowania podziałów społecznych i stworzenia mieszkania dla przeciętnego człowieka, a dziś ekologiczna idea ograniczenia konsumpcji – mówi.

Idea roweru

Chodzi o to, by pójść w eliminowaniu tak daleko, jak się da. „Zawsze możesz dodać coś do roweru. Jednak prędzej czy później dojdziesz do stanu, w którym nie będziesz mógł nic więcej odjąć. I to jest właśnie ostre koło” – tak mniej więcej brzmi definicja nowej miejskiej subkultury, którą zapoczątkowali jamajscy kurierzy w Nowym Jorku. Ich rowery nie miały przerzutek, manetek, linek, zbędnych zębatek, a nawet hamulców. Po prostu dwa koła, kierownica, rama i pedały.

Kurierom chodziło o pragmatyzm – im mniej gadżetów, tym mniejsze prawdopodobieństwo awarii, ale ostre koło szybko stało się ulubionym rowerem ludzi wolnych zawodów, szukających alternatywnego stylu życia. Bo łączy w sobie te elementy, które są dla niego istotne; to jakby idea roweru zawierająca wyłącznie to, co niezbędne. Czysta forma bez żadnych udziwnień. Jest więc sprzeciwem wobec kultury komercyjnej, która wymyślając stale nowe gadżety, stwarza sztuczne potrzeby, by nakręcać konsumpcję. I łączy się z zasadą DIY, bo kupić gotowe ostre koło to obciach. Każdy projektuje i montuje swój rower sam albo przy pomocy przyjaciół. Dlatego każdy jest niepowtarzalny, indywidualny i rozpoznawalny. Jest zaprzeczeniem masowej produkcji.

I tak, różne elementy kultury umiaru układają się w mozaikę, która obrazuje nowy styl życia. Świadome ograniczenie zakupów, przesiadka na rower, recykling, DIY, weganizm, minimalizm wnętrz, wtórny obieg przedmiotów na portalach internetowych. Dla jednych to tylko wielkomiejska moda, rodzaj snobizmu. Jeśli nawet, jest to snobizm bez wątpienia pożyteczny. Dla innych – autentyczne szukanie niszy w świecie, w którym przestrzeni niekomercyjnych już prawie nie ma. Rosnące bezrobocie wśród młodych ludzi może sprawiać, że ten styl będzie coraz bardziej popularny; choćby jako kamuflaż dla życiowych konieczności.

Ale świat komercji jest żarłoczny. Szybko wyławia i trawi wszelkie nowe trendy. Squatów pewnie nie przełknie. Są dla niej zbyt radykalne. Ale modę na kolekcje ręcznie szytych ubrań czy dizajnerskie przedmioty wytwarzane z surowców wtórnych już dostrzegła. W absolutnie minimalistycznych wnętrzach modnych warszawskich lokali kawa potrafi kosztować 20 zł. Wielkie światowe koncerny produkują buty do jazdy na ostrym kole, a w sprzedaży za ciężkie pieniądze pojawiają się rowery w wersji luksusowej, choć wyglądają, jakby były zardzewiałe. Może niedługo na półki ekskluzywnych sklepów trafi pesto z pokrzyw; dwa razy droższe od tego z bazylii i piniowych orzeszków.

Polityka 34.2012 (2871) z dnia 22.08.2012; Kraj; s. 27
Oryginalny tytuł tekstu: "Pesto, prosto, ostro"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Patti Yang kończy karierę. Debiutuje Patricia Vernhes

Współpracowała ze światowej sławy kompozytorami, nagrała muzykę do hollywoodzkich superprodukcji i wydała pięć płyt. Artystka z Wrocławia kończy działalność pod pseudonimem Patti Yang. Czy jeszcze ją usłyszymy?

Dawid Iwaniec
21.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną