Społeczeństwo

Sceny bitewne

Kto wychowuje dzieci: szkoła czy rodzice?

Model wychowania polskich uczniów pozostawia wiele do życzenia przede wszystkim z powodu braku wzajemnego zaufania między szkołą i domem. Model wychowania polskich uczniów pozostawia wiele do życzenia przede wszystkim z powodu braku wzajemnego zaufania między szkołą i domem. G. Baden / Corbis
Początek roku szkolnego to najlepszy moment na uzgodnienie reguł w relacjach między domem a szkołą. Żeby dobrze wychowywać młodych ludzi, potrzebny jest sojusz rodziców i nauczycieli. Tymczasem w polskiej rzeczywistości rozgrywa się między nimi pojedynek.
Wartościowe wychowanie młodych ludzi jest możliwe pod warunkiem, że uczniowie, ich rodzice i nauczyciele będą się wzajemnie szanować.CandyBox Images/PantherMedia Wartościowe wychowanie młodych ludzi jest możliwe pod warunkiem, że uczniowie, ich rodzice i nauczyciele będą się wzajemnie szanować.

Przyszła pora pierwszych szkolnych zebrań, na których wychowawcy klas spotykają się z rodzicami swoich uczniów. Zwykle spotkania te służą sprawom organizacyjnym, wyborom rad rodziców, ustalaniu składek, informowaniu o terminach ferii czy wycieczek. Najczęściej brakuje czasu, a nierzadko przede wszystkim zamysłu, aby szkolne zebrania spożytkować na ustalenia fundamentalne. By wychowywanie uczniów miało sens, powinno opierać się na wspólnocie wychowawczej domu i szkoły, w której obie strony postępują wedle tych samych reguł, konsekwentnie stawiają uzgodnione wymagania i wspólnie je egzekwują. Taki rodzicielsko-nauczycielski sojusz rokuje pożądaną skuteczność, podobnie jak sojusz ojca z matką w wychowaniu rodzinnym.

Wartościowe wychowanie młodych ludzi jest możliwe pod warunkiem, że uczniowie, ich rodzice i nauczyciele będą się wzajemnie szanować. Tymczasem w tysiącach polskich domów i szkół rozgrywają się epizody, które zaprzeczają zdroworozsądkowemu modelowi wychowawczemu, jakiego – często wbrew pozorom – młodzi od dorosłych oczekują. Oto przykłady wzięte z nauczycielskiej i rodzicielskiej praktyki.

Scena 1:

W atmosferze wypoczynkowego grillowania w grupie zmieszanych pokoleń odbywa się żywa dyskusja dorosłych, której z zainteresowaniem przysłuchują się ich dzieci. I dowiadują się, że „dyrektor szkoły to idiota”, „kobieta od matematyki to głupia baba”, „wychowawczyni to zarozumiała siksa”, „regulamin szkolny to farsa”, „stopnie są niesprawiedliwe”.

Scena 2:

Na spotkaniu z wychowawcą rodzic licealnego trzecioklasisty odpowiada na krytyczne uwagi nauczycielki na temat jego syna: „Na szczęście syn skończył już 18 lat i sam odpowiada za siebie”. Na uwagę wychowawczyni, że chyba jednak nie do końca, bo sam się nie utrzymuje i dopiero wchodzi w trudną dojrzałość, więc brakuje mu wyobraźni i może popełnić nieodwracalne błędy, rodzic odpowiada beztrosko: „Trudno, ja, niestety, nie mam na niego żadnego wpływu”.

Scena 3:

Ojciec zasiadający przed wychowawczynią podczas wywiadówki spogląda niecierpliwie na zegarek: „Niech pani mówi szybko, co tam słychać u mojej córki, bo mam za chwilę samolot…”. Nauczycielka: „To może niech pan przyjdzie wtedy, gdy będzie pan miał czas na rozmowę”. Ojciec na to: „Czy pani myśli, że życie toczy się wyłącznie wokół szkoły?”.

Scena 4:

Na zebraniu z rodzicami wychowawczyni opowiada, że kiedy zatelefonowała do ojca swojego wychowanka z informacją o całodziennej nieobecności jego syna w szkole, rodzic wyraził zdziwienie. A nazajutrz uczeń wręczył wychowawczyni pisemne rodzicielskie usprawiedliwienie nieobecności w szkole. Nauczycielka proponuje rodzicom, by się wspólnie zastanowić nad sensem tego procederu. Jedna z matek stwierdza, że nie ma się tu nad czym zastanawiać. W domu takie dziecko i tak ma za swoje; po co je jeszcze stresować nieusprawiedliwionymi godzinami w szkole? Pewien ojciec mówi, że nie rozumie aluzji wychowawczyni: przecież dzięki usprawiedliwionym przez rodziców godzinom klasa zajmuje wysokie miejsce w szkole na liście frekwencji. Kolejna matka wzrusza ramionami, komentując, że niepotrzebnie robi się z igły widły, skoro rodzice mają do usprawiedliwiania swoich dzieci święte prawo, a nauczycielom nic do tego. Na zwróconą uwagę, że usprawiedliwienie nieobecności dziecka w szkole jest w mocy tylko wtedy, gdy zawiera przyczynę nieobecności, rodzic oburza się: „Nie będę się przecież przed panią tłumaczył z osobistych problemów dziecka; to prywatna sprawa”.

Scena 5:

Rodzic na wywiadówce słyszy, że dziecko jest zdolne, ale leniwe. Taka opinia bardzo go cieszy i uspokaja; niektórzy potrafią być nawet dumni, prawdopodobnie cechom genetycznym przypisując wrodzoną inteligencję swego potomstwa. Często nie przekonuje ich upomnienie nauczyciela, że same zdolności nie wystarczą, że trzeba je pielęgnować pracą. „Gdyby chciał, miałby same piątki” – stwierdzają zadowoleni z nieuzasadnioną pewnością, a braku chęci nie postrzegają w kategoriach przywary. Dziecko usłyszawszy relację rodzica z wywiadówki: „Pani powiedziała, że jesteś zdolny, ale leniwy”, uznaje taką opinię za komplement.

Scena 6:

Rozkraczony chłopiec huśta się na krześle podczas rozmowy ze stojącym nad nim nauczycielem. Wyciągnięta na posadzce korytarza szkolnego i żująca gumę dziewczynka swobodnie rozmawia z pochyloną nad nią nauczycielką. Ciekawe, czy rodzice tych uczniów pouczyli ich, jak wypada rozmawiać z dorosłymi. Nauczyciel i nauczycielka nie komentują ich zachowania. Poprzestają na przekonaniu, że rodzice źle wychowali swoje dzieci, czy nie chcą być posądzeni o niemodne sztywniactwo?

Scena 7:

Na posiedzeniu rady pedagogicznej dyrektor zagaja dyskusję, jak skłonić młodzież do noszenia odpowiedniego stroju w szkole, na co grono najmłodszych nauczycielek przed trzydziestką stwierdza, że im gołe brzuchy uczennic nie przeszkadzają.

Scena 8:

Na zebraniu rodzicielskim jedno z rodziców zarzuca wychowawczyni, że szkoła źle wychowuje dzieci, i podaje przykład niepożądanej postawy jednej z nauczycielek. Wychowawczyni oburza się, stwierdzając, że to nie szkoła, ale dom wychowuje młodych ludzi. Że szkoła – która trwa zaledwie kilka lat – jest bezradna wobec postaw młodzieży, jakimi skutecznie nasiąkła w swoich rodzinach od małego.

Scena 9:

Mama poucza syna skarżącego się na niesprawiedliwą nauczycielkę („Ja się przecież uczę, a ona stawia mi jedynki”): „Weź ją na urok osobisty, uśmiechnij się, powiedz jakiś komplement, pomóż w jakiejś czynności i przytakuj we wszystkim. Gdy cię pozna od tej strony, na pewno będziesz miał lepsze stopnie”. Po czym komentuje: „Młody jeszcze jest, życia nie zna”.

Scena 10:

Podczas zebrania wychowawczyni sugeruje rodzicom, by nie przysyłali swoich dzieci do szkoły w dniu między dwoma dniami świątecznymi, państwowo ustanowionymi jako dni wolne od pracy. Frekwencja z całą pewnością będzie marna. „No trudno, jeśli już przyjdą, będę musiała pójść z nimi na jakąś wycieczkę czy do kina”.

Licealni trzecioklasiści gorliwie korzystają z dawanego przez szkołę niepisanego przyzwolenia na opuszczanie lekcji, z których nie będą zdawać egzaminów maturalnych. Szkoła przymyka na to oko, bo niejeden nauczyciel klas maturalnych po cichu wyznaje: „Niech już wreszcie sobie pójdą z tej szkoły i będzie święty spokój”. Zaś szkoły cieszące się opinią elitarnych nierzadko wręcz szczycą się obecnością uczniów wybitnie uzdolnionych jedynie na wybranych przez nich zajęciach: „Po co uzdolniony biolog ma tracić czas na historii?”.

Normą staje się nieobecność uczniów w ostatnim tygodniu (tygodniach) nauki, kiedy oceny semestralne lub końcowe roczne zostały już wystawione. Na pytanie o przyczynę uczniowie odpowiadają, że nauczyciele nie prowadzą już lekcji, więc po co przychodzić do szkoły. Z kolei nauczyciele nierzadko twierdzą, że nie przeprowadzają zajęć merytorycznych ze względu na niską frekwencję uczniów.

Scena 11:

Pod koniec roku szkolnego doświadczony uczeń poucza młodszego kolegę, zagrożonego oceną niedostateczną z przedmiotu: „Zobaczysz, przepuści cię; nie będzie sobie przecież skracała wakacji twoją sierpniową poprawką; głupia nie jest”.

Scena 12:

Odprowadzający swoje pociechy na miejsce zbiórki wycieczki szkolnej rodzice życzą nauczycielom „dobrego wypoczynku”. Nauczyciele komentują te życzenia: przecież są odpowiedzialni za ich dzieci 24 godziny na dobę i nie otrzymują za dodatkowe godziny pracy wynagrodzenia, a młodzież – wiadomo – wycieczki traktuje jako okazję do urwania się ze smyczy rodziców.

Itd.

Pojedynek zamiast solidarności

Te powszechnie spotykane sytuacje ilustrują wadliwe relacje między szkołą i domem, a przede wszystkim zapowiadają ich niebezpieczne konsekwencje: dla przyszłych dorosłych i dla społeczeństwa.

Symptomatyczna zmiana nazwy Ministerstwa Oświaty i Wychowania na Ministerstwo Edukacji nie zmieniła faktu, że polskie szkoły publiczne wciąż mają za zadanie wychowywać. Uczniowie otrzymują oceny z zachowania, istnieje funkcja wychowawcy klasy, raz w tygodniu odbywa się lekcja wychowawcza, szkoła zatrudnia pedagogów do rozwiązywania problemów wychowawczych, plan pracy szkoły przewiduje dodatkowe zajęcia wychowawcze (np. spotkania z przedstawicielami policji, psychologami, terapeutami). A wyniki?

Cóż, najłagodniej mówiąc, model wychowania polskich uczniów pozostawia wiele do życzenia. I nie tylko dlatego, że brakuje spójnych podstaw programu wychowawczego (bo brakuje), ale przede wszystkim z powodu braku wzajemnego zaufania między szkołą i domem. Krytykowanie rodziców przez nauczycieli i nauczycieli przez rodziców podtrzymuje rozgrywkę między dwoma wrogimi sobie obozami, podczas gdy dom i szkoła powinny grać w jednej drużynie wychowawców.

Pierwsze wywiadówki mogą być zapowiedzią kolejnych utarczek lub wzajemnej niechętnej obojętności. Ale to także wyjątkowa okazja, żeby pomówić o wzajemnych oczekiwaniach, wymaganiach wobec dzieci i standardach zachowań obowiązujących w szkole (i w życiu), o systemie łączności i wzajemnej pomocy. Nowy rok szkolny warto zacząć od godziny wychowawczej.

Autorka jest nauczycielką języka polskiego w XVII Liceum Ogólnokształcącym im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Warszawie.

Polityka 37.2012 (2874) z dnia 12.09.2012; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Sceny bitewne"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Historia, jakiej nie znacie: Zarazki na wojnie

Przerażające pojęcie „broni biologicznej” kojarzy się z XX w. Ale na pomysł, by wykorzystywać trucizny i choroby, wojskowi wpadli na długo, zanim ktoś po raz pierwszy wypowiedział słowo „wirus”.

Jan M. Długosz
27.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną