Okna życia - porażka państwa

Dzieci z czarnej dziury
Od kiedy reaktywowano w Polsce w 2006 r. tzw. okna życia, trafiło do nich 40 niemowląt. Nigdy nie dowiedzą się, kim są i dlaczego zostały podrzucone.
Wrocław - „Okno życia” przy ulicy Rydgiera.
Wojtek Wilczynski/Forum

Wrocław - „Okno życia” przy ulicy Rydgiera.

Różnica jest taka, że kiedyś osoba zostawiająca dziecko pociągała za sznurek dzwonka, a dziś alarm włącza się automatycznie.
ARTUR BARBAROWSKI/EAST NEWS

Różnica jest taka, że kiedyś osoba zostawiająca dziecko pociągała za sznurek dzwonka, a dziś alarm włącza się automatycznie.

Uroczyste otwarcie „Okna życia” w białostockim Domu Dziecka nr 1, maj 2009 r.
Michal Kosc/Reporter/EAST NEWS

Uroczyste otwarcie „Okna życia” w białostockim Domu Dziecka nr 1, maj 2009 r.

Inicjatorem otwarcia na powrót okien życia w Polsce był kardynał Stanisław Dziwisz: wszystkie dzieci są nadzieją Kościoła i każde trzeba ratować. W trzy miesiące od otwarcia pierwszego, w Krakowie, znaleziono w nim niemowlaka – dziewczynkę. Okna mają zapobiegać aborcji i porzucaniu dzieci w przypadkowych miejscach.

Trafunkowe

Z takich samych powodów w 1736 r. uruchomiono okno, a właściwie koło życia w warszawskim domu podrzutków księdza Piotra Baudouina, gdzie znoszono także noworodki znalezione na ulicach Warszawy i przywożono z innych miejscowości często w stanie agonalnym, karmione przez drogę skwaśniałym krowim mlekiem, papką z chleba, piwem i co tam woźnica miał pod ręką.

W latach 40. XIX w. do domu podrzutków trafiało ok. 1,7 tys. dzieci rocznie. Polska nie stanowiła tu wyjątku. W 1833 r. np. we Francji przyjmowano codziennie 90 takich dzieci.

W XVIII czy XIX w. dzieci powszechnie zabijano. Pismo kobiece „Bluszcz” alarmowało, że znajduje się je utopione w byle kałuży, w studniach, w Wiśle, uduszone albo umarłe na ulicy z zimna i głodu. A i te podrzucone do Baudouina niemowlęta masowo umierały m.in. na gruźlicę, ospę, skrofulozę, żółtaczkę, świerzb i syfilis odziedziczony po rodzicach (co piąte). Najwięcej ginęło z powodu zaburzeń w układzie trawiennym. Ich twarze, pisał któryś z lekarzy w sierocińcu, „pokrywają zmarszczki, które wejrzenie starości nadają, a one umierają wyraźnie zagłodzone”. W 1840 r. umierało co piąte dziecko, w parę lat później – co trzecie. W 1848 r. śmiertelność dochodziła do 61 proc.

Większość tych dzieci to były „owoce grzechu biednych panien służących” – pisał „Bluszcz”. „Lecz choć upadły, należy im się litość i współczucie, a nie potępienie”. A potępienie było powszechne. Panna z dzieckiem nie mogła być nadal służącą, powrót z bękartem do rodzinnej wsi, skąd najczęściej pochodziła, też nie wchodził w rachubę.

Adopcja dzieci „trafunkowych” zdarzała się niezwykle rzadko. Zresztą Kodeks Napoleona wprowadzony w Księstwie Warszawskim w 1808 r. zakazywał dochodzenia ojcostwa i adopcji „bękartów, która niedozwoloną lubieżność pokrywa jakimś prawnym płaszczykiem”.

Zdarzały się też niemowlęta sekretne – owoce zdrad małżeńskich lub panieńskie z lepszych sfer. Taka matka mogła tu urodzić („oczyścić się z płodu”, jak mawiano) i pozostawić za opłatą swoje dziecko na zawsze. Te uprzywilejowane miały nieco lepsze warunki i większe szanse na przeżycie niż pozostałe. Ale one także szły po podrośnięciu na służbę albo terminować do rzemieślnika.

Tradycja, że dzieci z sierocińca powinny iść do pracy fizycznej, powszechna przez stulecia, również w sierocińcach po II wojnie światowej, ma swoje źródło w tamtych odległych praktykach. W Polsce dopiero mniej więcej od 10 lat to się zmienia, wychowankowie częściej trafiają do szkół średnich i na studia.

Część dzieci sierociniec Baudouina oddawał mamkom na wieś – wychowywały je zwykle do 12 roku życia, a potem zwracały do sierocińca; rzadziej rodziny mamek zostawiały dzieci u siebie na parobków lub służące.

W koło krytyka

Koło podrzutkowe już w dawnej Warszawie było krytykowane. Przekonywano, że sprzyja ono porzucaniu dzieci, za to nie ma wyraźnego wpływu na zmniejszenie liczby spędzanych płodów ani przypadków dzieciobójstwa. Przeczyli temu zwolennicy koła twierdząc, że, owszem, zależność taka ma miejsce, ale nie sposób było wiarygodnie tego udowodnić.

Natomiast na pewno bezkarność matek powodowała, że liczba dzieci pozostawianych w kole rosła. W 1742 r. sejm uchwalił, że „kiedy kto dziecię porzuca na ustronie, gdzie takowe umierać może, takowy wieżą na kilka lat ukarany być powinien. Oddający dziecię na miejsce od urzędu wyznaczone od wszelkiej kary uwalnia się”.

Po pewnym czasie – żeby zmniejszyć obciążenie koła – postawiono w jego pobliżu straż, która łapała i przesłuchiwała matki. Jeśli „jest mająca męża i sposób do życia, dawszy napomnienie należyte, z dzieckiem wyganiają. Jeśli bez męża, matka trafunkowa, biorą za mamkę do dziecięcia, przydając drugie trafunkowe do karmienia”. Jeśli przy dziecku znajdowano w kole czerwonego złotego, straż puszczała matkę wolno, a dziecko przyjęte było do przytułku.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj