Społeczeństwo

Czarno na białym

Erazm Ciołek - fotograf „Solidarności”

Blokada gmachu KC PZPR w czasie politycznej demonstracji studenckiej, kwiecień 1989 r. Blokada gmachu KC PZPR w czasie politycznej demonstracji studenckiej, kwiecień 1989 r. Erazm Ciołek / Forum
Jego zdjęcia znają wszyscy, ale nie każdy łączy je z nazwiskiem autora. 13 listopada zmarł Erazm Ciołek, fotograf Solidarności.
Robotnicy koło bramy nr 2 w Stoczni Gdańskiej, sierpień, 1980 r.Erazm Ciołek/Forum Robotnicy koło bramy nr 2 w Stoczni Gdańskiej, sierpień, 1980 r.
Lech Wałęsa o 7:20, 1 września 1980 r., na chwilę przed wyjściem do pracy.Erazm Ciołek/Forum Lech Wałęsa o 7:20, 1 września 1980 r., na chwilę przed wyjściem do pracy.

W dwunastym dniu strajku w gdańskiej stoczni, 26 sierpnia 1980 r., Erazm Ciołek po prostu spakował swojego olympusa i zapas klisz, wsiadł do Małego Fiata i wyruszył z Warszawy na Wybrzeże. Nie miał zlecenia z żadnej redakcji, agencji ani nawet podziemnego komitetu. Nie miał pewności ani nawet za dużo nadziei na to, że ktoś opublikuje zdjęcia, które zamierzał zrobić. Miał za to niezachwiane przeświadczenie, że powinnością fotoreportera jest – bez oglądania się na cokolwiek – być tam na miejscu i dokumentować bieg historycznych wydarzeń.

Newsy i sztuka

W momencie wyjazdu do Gdańska miał 43 lata i spore doświadczenie zawodowe za sobą. Na początku lat 60. studiował socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, ale rzucił ją dla fotografii. W latach 1965–70 był etatowym reporterem Centralnej Agencji Fotograficznej, dla której dokumentował między innymi wydarzenia Marca ’68, później przez dwa lata pracował w POLITYCE. W 1972 z dnia na dzień rzucił etat i w zasadzie zerwał z oficjalną prasą. – Po prostu nie umiał pracować na etacie. Musiał sam sobie być sterem, żeglarzem i okrętem – wspomina wdowa po fotografie Agata Ciołek. – Chciał mieć swój sprzęt, realizować swoje autorskie tematy, decydować o sobie, nie musieć oglądać się na innych.

Krytyk i kurator fotografii Andrzej Zygmuntowicz, znajomy Ciołka, dodaje: – Często rozmawialiśmy z Erazmem o powinnościach fotografa, o misji dokumentalisty. Powtarzał, że fotograf nie może zmieniać swoich poglądów, żeby dopasować się do kanonów myślenia zleceniodawcy, zdjęcia muszą być szczere. Podejrzewam, że w redakcji musiało się wydarzyć coś konkretnego, coś, co nim mocno wstrząsnęło, zraziło go. Jakaś brutalna interwencja cenzury, jakiś nacisk czy żądanie ze strony redakcji... nie wiem.

Po porzuceniu etatu Ciołek został wolnym strzelcem i niemal całkowicie przestał się zajmować fotografią newsową. Związał się za to ze środowiskiem plastycznym skupionym wokół warszawskiej ASP i podziemnego obiegu wystawienniczego. Fotograf od zawsze interesował się sztuką, rozumiał ją, wśród twórców czuł się u siebie. Realizował pojedyncze zlecenia z prasy, ale utrzymywał się przede wszystkim z robienia reprodukcji obrazów oraz dokumentacji instalacji i rzeźb. Był bardzo sprawny technicznie; umiejętnie ustawiając światło, doskonale potrafił wydobyć to, „o co artyście chodziło”. W ramach „twórczości własnej” portretował środowisko warszawskich twórców – malarzy, rzeźbiarzy, performerów. Portrety osadzają artystów w rzeczywistości, dzieją się w scenerii ich pracowni, uciekają od pretensjonalnego artyzmu. Oprócz tego od czasu do czasu na własną rękę realizował materiały dokumentalno-reporterskie, m.in. reportaż z pielgrzymki Jana Pawła II. Zdjęcia Ciołka można było oglądać na wystawach drugiego, ale również oficjalnego obiegu, m.in. w warszawskiej Galerii Rzeźby.

Sierpniowy przełom

Droga między Warszawą a Gdańskiem była niemal całkiem pusta, malucha reportera mijały jedynie pojedyncze auta. Nikt za nim nie jechał i szczęśliwie nie zatrzymał go do kontroli żaden milicyjny patrol. Jadąc do Gdańska, Erazm Ciołek wiózł ze sobą podpisaną przez Jacka Kuronia kartkę potwierdzającą, że można mu zaufać. Dzięki tej „legitymacji” strajkujący robotnicy wpuścili go na teren stoczni.

Był jednym z pierwszych polskich fotoreporterów, którzy pojawili się na miejscu. – Większość fotografów prasowych pracowała na etatach w redakcjach i bali się, że samo zainteresowanie strajkiem może na nich sprowadzić problemy – tłumaczy Jarosław Maciej Goliszewski, przyjaciel Ciołka, również fotograf. – Byli też tacy, którzy twierdzili, że nie ma sensu marnować czasu i nerwów na wyjazd, bo i tak cenzura w żadnej redakcji nie puści materiału do druku. Erazm nie miał takich dylematów, miał natomiast intuicję rasowego fotoreportera. Uważał, że po prostu trzeba to zrobić.

Fotografa błyskawicznie wciągnęła atmosfera strajku, dobra ludzka energia. „Ci wszyscy robotnicy (...) mieli nieprawdopodobny wyraz twarzy. Do dziś nie wiem, jak to nazwać. W ich twarzach była jakaś duma, determinacja, oczekiwanie na coś, co się przedłuża, ale co im się należy. Takie milczące stanie. Poza tym ci ludzie – a było ich jednorazowo od czterech do pięciu tysięcy – nie pili alkoholu, nawet piwa. A co jeszcze trudniej sobie wyobrazić – nie klęli. (...) Jak ktoś rzucił grubym słowem, to inni zaraz go uciszali: »Słuchaj, uważaj! Nie mów tak!«” – wspominał Ciołek po latach w wywiadzie przeprowadzonym przez Tomasza Wyścickiego z Muzeum Historii Polski.

Ciołek w stoczni fotografował dosłownie wszystko: robotników – słuchających przemówień, czekających, odpoczywających, modlących się. Przywódców strajku (chociaż kiedy wskazano mu Lecha Wałęsę, na początku zamiast przyszłego prezydenta, sfotografował jego ochroniarza). Dokumentował napisy na transparentach, meleksy rozwożące kaszankę, spotkania przy bramie, stojącą na stole konferencyjnym naiwną rzeźbę... Na poziomie fotografii nie bawił się w zbytnie kombinowanie – nie stosował skomplikowanych estetycznych zabiegów, nie szukał gry światła. Koncentrował się na tym „co”, a nie „jak” uwiecznia. Jego zdjęcia były jak proste zdania wskazujące, mówiły: „Tak było”. Jako człowiek spoza oficjalnej prasy szybko zdobył zaufanie stoczniowców. „Nie byłem obiektywny. Nie mogłem i nie chciałem w sytuacji walki. Szukałem ujęć obnażających tamtą stronę i chciałem uzupełnić to, co nie znalazło się w publikacjach oficjalnych. To, co było poza kadrem propagandy” – opowiadał w 2005 r. w wywiadzie dla PAP.

Ciołek nie ruszył się ze stoczni do momentu zakończenia strajku i podpisania porozumień. Uwierzył w sprawę, tak jak uwierzyli w nią strajkujący robotnicy. W Gdańsku zrozumiał i nazwał swoją życiową misję. Postanowił poświęcić czas i talent dokumentacji dziejących się na jego oczach historycznych wydarzeń. „Wcześniej miałem przede wszystkim takie poglądy, które w Sierpniu i później pozwoliły mi zachować się właśnie tak, jak się zachowałem, nie byłem natomiast walczącym działaczem. (Sierpień) określił całe moje dalsze życie, przynajmniej do końca dekady”to kolejny cytat z wywiadu z Wyścickim.

Ujęcia z latarni

Począwszy od Sierpnia, przez nikogo o to nieproszony, Erazm Ciołek wziął na swoje barki rolę nieformalnego fotograficznego kronikarza Solidarności. Przez całe lata 80. był ze swoim aparatem (olympus w pewnym momencie zmienił się w nikona) w centrum opozycyjnych wydarzeń – na strajkach, demonstracjach, naradach, posiedzeniach komitetów. Często był do nich dopuszczany jako jedyny fotograf. – Nie było oczywiście żadnej weryfikacji, oficjalnego przyznawania stanowiska. To się po prostu stało, Erazm tkwił w środowisku, był blisko i był darzony zaufaniem – wspomina Waldemar Kuczyński, wtedy ważny działacz opozycji, później minister przekształceń własnościowych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Ciołek stał się mistrzem fotografowania ulicznych demonstracji. – Był bardzo wysoki, kiedy inni fotografowie musieli walczyć o kadr na łokcie, on podnosił aparat do oka i po prostu patrzył nad ich głowami – wspomina Andrzej Zygmuntowicz. – Był bardzo sprawny fizycznie – dodaje Jarosław Maciej Goliszewski. – W poszukiwaniu dobrego kadru bez problemu potrafił się wspiąć na przykład na drzewo lub latarnię.

A jeżeli trzeba było, potrafił też szybko uciekać – w młodości uprawiał chodziarstwo, brał nawet udział w eliminacjach do kadry narodowej na olimpiadę w Rzymie. Miał swoje metody na radzenie sobie ze służbami bezpieczeństwa. – Fotografowałem dość bezczelnie, nie ukrywałem aparatu. Być może SB myślała, że skoro zachowuję się w ten sposób, to robię zdjęcia dla nich – opowiadał PAP o swojej strategii.

Ciołek nie należał do fotoreporterskiego towarzystwa, nie szukał z nim kontaktu na „tematach”. Był uprzejmy, żartował, w sumie lubiano go. Sam jednak nigdy nie zagajał, tworzył dystans. – Jeżeli ktoś nie był jednoznacznie po jego stronie, a większość fotoreporterów jednak w jakimś wymiarze współpracowała z oficjalną prasą, to w ogóle nie było wiadomo, gdzie był, i lepiej było się z nim nie kolegować. Takie bezkompromisowe podejście zapewniło Erazmowi zaufanie i dostęp do centrum podziemnych wydarzeń – wspomina Zygmuntowicz.

Zdjęcia Ciołka pojawiały się w podziemnej prasie i na nielegalnych, odbywających się poza kontrolą cenzury, „napłotnych” wystawach. Fotograf był członkiem redakcji podziemnego „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych” i współtworzył serwis fotograficzny oficyny Nowa. Niektóre kadry, na przykład reprodukowany na znaczkach Poczty Solidarności portret księdza Jerzego Popiełuszki, z miejsca stały się wizualnymi ikonami ruchu oporu. Przedrukowywane w tysiącach egzemplarzy funkcjonowały bez nazwiska autora, po prostu jako mocne, znane całemu społeczeństwu obrazy. Tworzyły ikonografię wolnościowego ruchu.

Następny sierpień

Wolną Polskę Erazm Ciołek, tak jak wszyscy z jego środowiska, witał z entuzjazmem, ale i pewnym niepokojem. Podczas obrad Okrągłego Stołu był oficjalnym fotografem z ramienia Komitetu Obywatelskiego, na potrzeby kampanii wyborczej wspólnie z Jarosławem Maciejem Goliszewskim wykonał słynne portrety kandydatów Solidarności do Sejmu, pozujących z Lechem Wałęsą. Pomógł stworzyć dział fotograficzny powstającej właśnie „Gazety Wyborczej”, wydał podsumowujący swoją solidarnościową twórczość album „Polska. Sierpień 1980 – Sierpień 1989”.

W 1992 r. wycofał się z fotografowania polityki. – Jako reporter był od lat naprawdę blisko sedna wydarzeń. Poznał ich głównych bohaterów, wiedział, kto jest kim i skąd się wziął. Myślę, że nie mógł patrzeć na rozmienianie etosu Solidarności na drobne poprzez koniunkturalne kompromisy polityczne. Erazm nie umiał zamykać oczu ani uszu – analizuje Jarosław Maciej Goliszewski. – Dzisiaj te słowa może nieco trącą patosem, ale Erazmowi chodziło przede wszystkim o dobro ojczyzny, o troskę o nią, o odpowiedzialność. To właśnie tym była dla niego polityka – opowiada wdowa po fotografie. – Polityka jako rozgrywka w ogóle go nie interesowała.

***

Byliśmy kiedyś z Erazmem na wakacjach nad Wigrami – wspomina Agata Ciołek. – Wypożyczyliśmy kajak i pływaliśmy po jeziorze. Dzień był upalny. Ja byłam w samym kostiumie kąpielowym, Erazm natomiast zawsze był elegancki, nawet na wakacjach, na środku jeziora. Wiosłował w koszuli i krawacie. Fotograf miał swoje zasady, wierzył w nie i mocno się ich trzymał. Oprócz zasad dotyczących stroju były te dużo ważniejsze, dotyczące ojczyzny, moralności czy powinności fotografa. Erazm Ciołek nie bał się dużych słów.

Polityka 47.2012 (2884) z dnia 21.11.2012; Kroniki Erazma Ciołka; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Czarno na białym"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną