Społeczeństwo

Polka, nie matka

Moda na nieposiadanie dzieci? Polki w czołówce

Współczesna nauka wykluczyła istnienie tak zwanego instynktu rodzicielskiego. Nie u każdej kobiety się on objawia – niestety, także po urodzeniu potomka. Współczesna nauka wykluczyła istnienie tak zwanego instynktu rodzicielskiego. Nie u każdej kobiety się on objawia – niestety, także po urodzeniu potomka. Guy Crittenden / Getty Images/FPM
Polska w bezdzietności goni światową czołówkę. Z szansą na mistrzostwo. Demografowie twierdzą, że jeśli utrzyma się dotychczasowy trend, tylko dwie na trzy spośród dzisiejszych polskich dziewczynek zostaną matkami.
Przeświadczenie, że ustawami czy promocją życia rodzinnego da się na masową skalę sterować dzietnością, jest iluzją.Sarah Musselman/Getty Images Przeświadczenie, że ustawami czy promocją życia rodzinnego da się na masową skalę sterować dzietnością, jest iluzją.
Antropologowie podkreślają, że miejsce dziecka na mapie planów, potrzeb, celów i inwestycji zmieniło się zasadniczo.Daniel Koebe/Fotochannels/Corbis Antropologowie podkreślają, że miejsce dziecka na mapie planów, potrzeb, celów i inwestycji zmieniło się zasadniczo.

Artykuł w wersji audio

Wiadomo już, że wśród Polek z roczników 70. i 80. nie urodzi mniej więcej co piąta, choć jeszcze w grupie urodzonych w latach 60. matką nie zostawała najwyżej co ósma, a wśród urodzonych w latach 50. – tylko kilka procent kobiet. To byłaby najmniejsza skłonność do macierzyństwa na świecie. Dziś w Japonii, Stanach czy Wielkiej Brytanii rezygnuje z niego mniej więcej co czwarta kobieta.

Choć statystycznie rzecz biorąc, polska bezdzietność w dwa pokolenia przestała różnić się od tej zachodniej, to w szczegółach już widać różnice. Tylko nikła część Polek, bo około 2 proc., deklaruje, że macierzyństwo nigdy nie było ich planem życiowym, choć w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych takie podejście do sprawy ma nawet co piąta kobieta (niezależnie od tego, czy finalnie zostaje matką, czy nie). Skąd więc ten specyficzny dla nas trend?

Panny z wyższym

Zdaniem badaczy, najważniejszym powodem spadającej na świecie dzietności jest wydłużanie się czasu edukacji. A w Polsce akurat mamy edukacyjny boom: w rocznikach z przełomu lat 80. i 90. wykształcenie wyższe zdobyło kilkadziesiąt procent młodzieży. Na 2,5 mln dzisiejszych 18–22-latków aż 1,9 mln studiuje. Do tego mamy też wolną amerykankę na rynku pracy: umowy śmieciowe, wysokie ryzyko bezrobocia wśród młodych, wyśrubowane wymagania. Wiek matki w chwili urodzenia pierwszego dziecka konsekwentnie więc rośnie – o ponad dwa lata w ciągu 15 lat. Dwukrotnie zwiększyła się grupa tych, które rodzą pierwsze dopiero po trzydziestce.

Za zmianami kulturowymi nie nadążają zmiany w kodzie genetycznym. Ciała nie są dostosowane do wchodzenia w macierzyństwo po trzydziestce. W trzeciej dekadzie życia zauważalnie spada płodność, około czterdziestki jest już zwykle tylko kilka procent szans, by w ciążę zajść w najbliższym cyklu. Na to nakłada się mordercze dla plemników zanieczyszczenie środowiska, estrogeny w wodzie i tak dalej. Lekarze szacują, że już dziś nawet co piąta para w Polsce ma problem z poczęciem. Pomóc może medycyna, jednak in vitro, czyli najbardziej niezawodna metoda ostatniego ratunku, dotychczas dostępna była jedynie dla najzamożniejszych. Zaledwie co dziesiąta para z niepłodnością miała szansę skorzystać z tej techniki choć raz. Niedawno rząd, pomijając Sejm, ministerialnym rozporządzeniem otworzył drogę do finansowanego z budżetu in vitro dla 30 tys. par. Przed nami jednak jeszcze ustawa bioetyczna, obowiązkowa w myśl prawa międzynarodowego. A ponieważ Kościół jest przeciw wspomaganemu zapłodnieniu, realne pozostaje ryzyko, że niepłodni pozostaną bez pomocy.

Kawalerowie bez

Panny z wyższym wykształceniem z trudem dopasowują sobie kawalerów. Z badań Famwell, prowadzonych w Instytucie Demografii SGH w Warszawie, wynika, że aż połowa kobiet z roczników 60., które nie urodziły dziecka, nie weszła po prostu z nikim w wystarczająco trwały związek.

Raz, bo panny z wyższym nie wezmą kawalera bez. Ze statystyk wynika, że prawie nie ma w Polsce takich związków. Jednak nie o sam dyplom chodzi. Jest taki schemat, zauważalny zwłaszcza poza wielkimi miastami: kawalerowie zastygli w połowie drogi. Jak za dawnych czasów czują się zwolnieni z obowiązków kuchenno-organizacyjnych, ale (już) nie poczuwają się do tradycyjnej funkcji tzw. głowy rodziny, czyli utrzymywania jej w sensie materialnym. Panny z wyższym, coraz bardziej niezależne i wyedukowane, trochę bardziej mobilne (to młode kobiety były ostatnią, największą falą polskiej emigracji), nie chcą do pary kogoś, kogo będą przez resztę życia taszczyły na plecach. Względnie, mając już kogoś takiego do pary, niechętnie decydują się na kolejne dziecko, gdy takim dorosłym dzieckiem jest właśnie partner. Poszłyby nawet na wariant tradycyjny: ona w domu, ale on przynosi solidną pensję. Gdy w małych ośrodkach na Opolszczyźnie zbadano, co mogłoby skłonić kobiety do podjęcia decyzji o dziecku, odpowiedź była jednoznaczna: żeby mąż porządnie zarabiał. Ale dobrze płatnej, a łatwo dostępnej pracy nie ma. Koło się zamyka.

Wielkomiejskie panny skarżą się z kolei na nadpodaż partnerów unikających długich związków. Dr Aleksandra Jodko, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, tłumaczy, że po części stoi za tym zaskakująco liczna w młodym pokoleniu grupa osób mających psychologiczny problem z byciem blisko. Kwestia budowy mózgu: brak w nim wydeptanych we wczesnym dzieciństwie ścieżek, kojarzących bliskość z czymś dobrym; przeważają sygnały, że bliskość to coś groźnego. Młodzi nie dają rady być w parze na stałe. Licznym przedstawicielom pokolenia 30 plus wytworzyły się wadliwe połączenia neuronów. Być może to między innymi kwestia betonowego położnictwa, za sprawą którego niemowlęta były niehumanitarnie, w imię zasad higieny, izolowane od matek w okresie, gdy owe mózgowe ścieżki właśnie się kształtują.

Wadliwie wyżłobione połączenia neuronalne można poprawić, ale tylko będąc w relacji z kimś. Jednak badacze Internetu zauważają, że na obie płcie specyficznie działa efekt matrymonialnych portali randkowych czy też Internet w ogóle. Jak nigdy dotychczas da się żeglować od jednego świeżego uniesienia do drugiego, nie ryzykując związania się z kimś na stałe.

Demografowie szacują, że liczba singli między 25 a 45 rokiem życia wynosi w Polsce 7 mln. Aż 40 proc. osób w wieku 25–35 lat, według raportów OECD, mieszka z rodzicami, mając co najwyżej kogoś w luźnym związku. Pani A., lat 35, eksnarzeczona mężczyzny mieszkającego u mamy, na forum dla bezdzietnych narzeka na wszechobecną w Internecie pornografię. Mężczyźni, pisze, stracili główny powód dla wchodzenia w związki. Pani B. dodaje na tym samym forum, że to wina pokolenia rodziców – zerowej presji na wyprowadzkę chłopaka z domu.

Córki matek Polek

Ale i kobiety przestały tak chętnie wchodzić w związki. Z tych samych powodów co powyżej i dlatego, że są córkami matek Polek. Obserwowały latami swoje rodzicielki, styrane na dwóch etatach – tym pierwszym zawodowym, a drugim domowym, przemęczone, przeeksploatowane. Z wielu badań, między innymi prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim, wynika, że dla kobiet z pokolenia 50 plus, wejście w małżeństwo oznaczało z automatu pogorszenie samopoczucia oraz spadek oceny własnego życia. Ich córki nie chcą widzieć siebie w takim położeniu.

Odchodzenie od sztywnych ról życiowych to szerszy trend, w gruncie rzeczy pożyteczny, przez socjologów nazywany drugim przejściem demograficznym. Gatunek ludzki najpierw uniezależnił się od wpływu środowiska, wymyślając antykoncepcję (regulacja poczęć) i doskonaląc medycynę (względne uniezależnienie się od przedwczesnej śmierci), a teraz pracuje nad wolnością od wpływu środowiska społecznego, od ocen cioć, babć, ostracyzmów, krytyki.

Specyficznym sposobem na wyjście z roli jest świadome samotne macierzyństwo. W klinikach wspomaganego rozrodu coraz częstszymi gośćmi są samotne kobiety, które decydują się na dziecko we współpracy z bankiem spermy. To lepiej i higieniczniej, niż przypadkowy partner zapoznany wyłącznie w celu prokreacyjnym – mówi pani C. Przyszli dziadkowie, zwłaszcza ci wielkomiejscy, też już się zbytnio nie dziwią i nie martwią, że dziecku w rubryce „ojciec” wpiszą imię Maciej – jedno ze standardowo przydzielanych w Urzędach Stanu Cywilnego. Jednak samotne macierzyństwo zdecydowanie nie jest dla każdego. Bo z czasem zwykle skutkuje biedą. Najliczniejszą grupą osób żyjących w skrajnym ubóstwie są – mniej więcej w równych częściach – dzieci pochodzące z rodzin wielodzietnych i wychowywane solo przez mamę, rzadziej ojca. Oraz, oczywiście, ich rodzice. A gdyby dziecko urodziło się niepełnosprawne, ryzyko popadnięcia w poważną biedę sięga 80 proc.

Kobiety, dla których samotne macierzyństwo nie byłoby problemem finansowym, mają akurat najwięcej do stracenia. Z badań porównawczych, prowadzonych przez Natalię Schiller na Uniwersytecie Łódzkim, wynika, że Polki, które pozostały przy bezdzietności, za najważniejszy plus swojej sytuacji uważają właśnie sukcesy w kwestiach zawodowych. Inaczej niż bezdzietne z USA, które deklarują, że najbardziej na braku dziecka korzysta ich związek z partnerem.

Na świecie wyłapano też wyraźny trend, że bezdzietność wśród kobiet na stanowiskach kierowniczych występuje niemal dwukrotnie częściej niż w całej populacji. Ponadto kobiety bezdzietne – jak wynika z badań – osiągają w pracy większe dochody niż ich bezdzietni koledzy. A więc przy braku infrastruktury żłobkowo-przedszkolnej, braku ­rodziców chcących poświęcić parę lat własnego życia na odchowanie ­wnuków, samotne macierzyństwo może być wyborem między kiepskim a gorszym.

A na to wszystko nakłada się jeszcze jeden, poboczny trend: zanikanie rodzicielskiego rynku wtórnego. Dzisiejsi 60-latkowie rozwodzili się najczęściej po 5–9 latach wspólnego życia. Oboje byli wówczas około trzydziestki, a często dużo przed. Współczesne pary dłużej ratują małżeństwa (więcej pracują, więc za często nie wpadają na siebie w domu). W efekcie zwracają sobie obrączki, przeżywszy wspólnie 14–15 lat. Są już około czterdziestki. Ci, którzy wówczas wejdą w nowe związki, zapewne nie będą już mieli dzieci.

Zniechęcone prymuski

Rodzicielstwo w warunkach polskich ma swoją specyfikę. Młode kobiety czytają teraz na forach internetowych, że brak bliskości, uwagi, stymulacji to dla dziecka coś jak wyrok śmierci. I wpadają w panikę. W prasie dla przyszłych rodziców – terror laktacyjny (karmić piersią krócej niż do ukończenia pierwszego roku życia – zbrodnia), terror emocjonalny (niedoinwestować potomka w tych kwestiach to jak sprzedać duszę diabłu), terror stymulacyjny (mózg do piątego roku może cuda – a potem przepadło – a zacząć należy jeszcze w brzuchu) oraz presja czasu (organizm kobiety uwalnianie zdeponowanych w jajnikach komórek zaczyna od tych najlepszych i najbardziej udanych, a po trzydziestce do macicy trafiają same braki).

Wiedza zaczerpnięta z zachodniej nowoczesnej psychologii akurat u nas trafia na szczególny grunt. Dr Bogusława Budrowska pisze wręcz o polskim wariancie macierzyństwa, które od dwóch setek lat oznaczało poświęcanie się, składanie ofiary, matczyne cierpienie. Na świecie pionierzy tak zwanego rodzicielstwa bliskości – jak dr Evelin Kirkilionis z Uniwersytetu w Freibirgu – podkreślają, że najważniejszym zasobem, z którego czerpie dziecko, jest kondycja psychiczna rodzica. Jego poczucie, że ogarnia, daje radę, nawet jeśli nie ze wszystkim sobie radzi. Ukuto termin: wystarczająco dobry rodzic.

Tymczasem dr Karolina Stefa­niak i dr Edyta Zierkiewicz zwracają uwagę na jeszcze jeden polski problem: zaskakująco częste we współczesnych mediach deprecjonowanie kobiet w roli matki w kontraście do budowanej od nowa roli ojca opiekuńczego. Nowy Doskonały Tata poradzi sobie z rodzicielstwem nawet lepiej niż kobieta, podlegająca nastrojom, zbyt kurczowo trzymająca się dziecka, porzucająca własny rozwój i tak dalej. Zastraszonym, motywowanym do nadludzkich wysiłków matkom wmawia się nieomal, że cokolwiek uczynią, i tak nie będą równie doskonałe jak partner.

W warunkach polskich macierzyństwo – i to nawet w jak najbardziej partnerskiej rodzinie – oznacza najczęściej pożegnanie z karierą, zarobkowaniem, a więc często z poczuciem bezpieczeństwa. Z badań Instytutu MillwardBrown SMG/KRC wynika, że co szósta kobieta wracająca po urlopie macierzyńskim jest zmuszana do odejścia z pracy. Spory odsetek odpada trochę później.

Myśl o macierzyństwie zawsze wzbudza uczucia ambiwalentne, obok euforycznych są te skrajnie przeciwne – mówi Bogda Pawelec, psycholożka i terapeutka specjalizująca się w pomocy osobom niezamierzenie bezdzietnym. – Jednak nigdy dotychczas nie trafiało do mnie tak wiele osób z silnym, nierozwiązanym konfliktem wewnętrznym. Które nie są pewne, ale dla których ostatecznym wyborem będzie raczej bezdzietność.

Koniec instynktu

To, że w społeczeństwie będzie mało dzieci, z pewnością przebuduje świat wokół. Począwszy od zasadniczej zmiany systemu emerytalnego. Przez poważne wyzwanie dla demokracji – głosować pójdą rzesze oburzonych starszych oraz starych, a młode pokolenie przy urnach będzie mniejszością. Aż po sytuacje, gdy pozbawieni godziwych świadczeń emerytalnych starzy (lub przeciążeni młodzi) wyjdą na ulice.

Demografowie sugerują, że marzeniem byłaby już nawet nie dwójka, ale raczej trójka lub czwórka na kobietę – żeby nadgonić zapóźnienia z poprzednich dekad. Być może warto wspierać tych, którzy chcą mieć dzieci i byliby skłonni zaryzykować nawet czwórkę, ale nie ryzykują, bo przy braku odpisów podatkowych, sensownych systemów zniżek i dostępnych przedszkoli ten wariant życia staje się poświęceniem. A świętość – czyli rodzenie i chowanie dla ojczyzny, względnie dla Kościoła – to już naprawdę droga dla nielicznych i żadną ustawą nie da się tego narzucić.

Zresztą przeświadczenie, że ustawami czy promocją życia rodzinnego da się na masową skalę sterować dzietnością, jest iluzją. W tej kwestii działa wiele subtelnych, nieoczywistych mechanizmów. Weźmy tak zwane tradycyjne wartości. Teoretycznie powinny sprzyjać rodzeniu. Ale sprawiają także, że ludzie nawet skrajnie niedopasowani latami zwlekają w kwestii rozwodów, zamykając sobie drogę do innego związku. A te dzieci, które mogłyby się urodzić dzięki in vitro, przyjść na świat nie mogą. Nawet gdybyśmy w Polsce jakimś cudem nadgonili Zachód w kwestii udogodnień cywilizacyjnych dla rodziców, trend jest nie do zahamowania.

Antropologowie podkreślają, że miejsce dziecka na mapie planów, potrzeb, celów i inwestycji zmieniło się zasadniczo. Terapeuci zaznaczają co prawda, że nieurodzenie się upragnionego dziecka to jedno z najtrudniejszych doświadczeń życiowych, które skutkuje przeżyciem głębokiej, pełnoprawnej żałoby. Ale nie dotyczy to każdego. Współczesna nauka wykluczyła istnienie tak zwanego instynktu rodzicielskiego. Nie u każdej kobiety się on objawia – niestety, także po urodzeniu potomka. Część po prostu siebie w takiej roli nie zaakceptuje, a za kulturowe uwikłanie w niechciane rodzicielstwo płacą dzieci. Nierodzicielstwo jest więc wpisane w rozwój cywilizacyjny na podobnej zasadzie, na jakiej wydłuża się życie.

Ale potrzeba bycia rodzicem może być ogromna. Niezależnie od światopoglądu większość ludzi wciąż potrzebuje mieć dzieci, widząc w nich zasadnicze doświadczenie związane z miłością. Doświadczenie nadające sens życiu i rozwijające. Przyrost naturalny ma w gruncie rzeczy tego jednego sprzymierzeńca.

Tekst został opublikowany 4 grudnia 2012 roku. 

Polityka 49.2012 (2886) z dnia 05.12.2012; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Polka, nie matka"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną