Społeczeństwo

Scalanie

Puckie patologie w rodzinie zastępczej

Groby Kacpra i Klaudii E. na cmentarzu w Żarnowcu. Groby Kacpra i Klaudii E. na cmentarzu w Żarnowcu. Wojciech Stróżyk / Reporter
Rodzina zastępcza okazała się ­patologiczną. Z kolei rodzina patologiczna stara się o odzyskanie potomstwa. Głównymi ofiarami sytuacji nadal pozostają dzieci.
W tej ponurej historii krachem okazała się i rodzina naturalna, i zastępcza.Marcin Gadomski/SE/EAST NEWS W tej ponurej historii krachem okazała się i rodzina naturalna, i zastępcza.

Do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Annie i Wiesławowi Cz., rodzicom zastępczym z Pucka, odpowiedzialnym za śmierć dwójki z pięciorga rodzeństwa E., powierzonego ich pieczy. Prokuratura zarzuca obojgu znęcanie się nad dziećmi, pobicie ze skutkiem śmiertelnym 3-letniego Kacpra (3 lipca 2012 r.). Annie Cz. przypisuje zabójstwo 5-letniej Klaudii (12 września 2012 r.). Biegli uznali, że oboje Cz. byli poczytalni. Akt oskarżenia zbiega się w czasie z wyjściem na wolność Daniela E., biologicznego ojca zabitych dzieci, który odsiadywał wyrok za włamanie. Państwo E. zapowiedzieli w mediach, że będą się starać o odzyskanie opieki nad trójką dzieci, które po tragedii trafiły do kolejnej rodziny zastępczej w Kartuzach.

Przebywający w areszcie państwo Cz. mieli własne dwie córki: 10-letnią i 3-letnią. Zaopiekowała się nimi ciocia. Przed sądem toczy się postępowanie o ograniczenie władzy obojga rodziców.

Dwoje „takich samych”

Hanna E., biologiczna matka zabitych dzieci, już nie mieszka u dziadków w Odargowie. Wieś mówi, że dziadek nie chciał wrócić ze szpitala do domu, dopóki będzie w nim Hanna. A przecież to dziadkowie ją wychowali, byli dla niej rodziną zastępczą. Hanna w szkole specjalnej w Wejherowie uczyła się na kucharkę. Tam poznała Daniela, uczącego się na piekarza. Wieś pamięta, że babcia nie chciała, żeby wiązało się dwoje „takich samych”, znaczy niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu lekkim. Ale po Hannie podobno niełatwo to poznać. – Jest cwana – opowiada jedna z kobiet. – Kto ją zna, ten wie, jak było: zaniedbana, telefon komórkowy przy uchu, gazeta, papieros, a dzieciaki w oknie. Przy dzieciach trzeba rano wstać, zrobić jedzenie, wyszykować. Czy ona myślała, że wróbelki to zrobią?

O Danielu, choć siedział w kryminale, ludzie źle nie mówią: przy dzieciach zrobił, uprał, ugotował. Zawsze jakąś pracę lewą czy prawą skombinował. Problem zaczął się, gdy wylądował za kratami. Młoda kobieta została sama z piątką drobiazgu. Wtedy Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej przydzielił Hannie asystentkę rodziny. Gdyby nie asystentka, to kto wie, co byłoby z małym Krzysiem, gdy zachorował. Na szczepienia dzieci Hanna też nie miała czasu.

Nastawienie wioski się zmieniało. Gdy dzieci zabrano do Pucka, raczej przeważało przekonanie, że będzie im tam lepiej. Hanna zniknęła wtedy z rodzinnej wsi. Widziano ją w Krokowie i na pobliskich działkach ogrodniczych, w towarzystwie. W maju 2012 r. przyszła na pogrzeb babci. Jednak w lipcu, po śmierci Kacperka, chyba nie było człowieka, który by jej nie współczuł. Sprowadziła się do dziadka. Urodziła szóste dziecko. Ale mieszkańcy mieli wątpliwości: – Czy to normalne, żeby do młodej kobiety z jednym dzieckiem przyjeżdżała pani z opieki? Śmieci do pojemnika wysypywała, sprzątała?

Potem był drugi pogrzeb, szok jeszcze większy. Lecz zaraz Hanna porzuciła żałobę i rozpoczęła – nazwijmy to – ożywione życie towarzyskie. Nawet dziadek obrócił się przeciwko niej.

Ludzie we wsi słyszeli, że Hanna mieszka teraz w mieście i liczy na duże odszkodowanie za śmierć dzieci. Że kupią sobie z Danielem domek pod Gdańskiem, że mają adwokata.

 

Pokój Marii Żebrowskiej, kierowniczki GOPS w Krokowie, zdobi okazały bukiet. Żegna się z pracą, wita z emeryturą. – Robiliśmy wszystko, co możliwe – broni wcześniejszych decyzji. Pokazuje na ekranie komputera zdjęcia innej tutejszej rodziny, aż z czternaściorgiem dzieci. Mieszkali w ruderze, otrzymali budynek po komisariacie policji. Stół, przy którym mogą wszyscy usiąść, jest od gminy. Ich też odwiedza asystent. – Ale ta rodzina współpracowała z nami. A Hanna E. – nie. Asystentka rodziny uczyła ją czynności gospodarczych, ale to działało chyba tylko wtedy, kiedy przy niej była – dodaje Żebrowska.

Asystentka odwiedzała Hannę najpierw 2–3 razy w tygodniu. A po nastaniu chłodów codziennie: – Żeby chociaż było ciepło w domu, żeby dzieci dostały ciepły posiłek. W końcu GOPS zwrócił się do sądu rodzinnego. Do akcji wkroczyli kuratorzy. Dzieci trafiły do Pucka. Wydawało się – ubrane, zadbane, czyściutkie.

Po tragedii GOPS znalazł się pod ostrzałem. Tabloidy snuły opowieść o złych urzędnikach, którzy wydarli dzieci biologicznej matce tylko dlatego, że była biedna.

– Zarzucano nam, że nie potrafiliśmy pracować z tą rodziną. Ale już po tragedii Hanna E. przez trzy miesiące przebywała w Centrum Interwencji Kryzysowej w Gdańsku. Jak my mieliśmy mieć na nią wpływ, skoro tamtejsi wybitni specjaliści nie mieli? Gazety tylko wołają: oddajcie dzieci. Proszę, ale niech rodzice je chcą.

Nowa przystań

Nad morzem niełatwo o chętnych na rodziny zastępcze. Ci, którzy mają domy, wolą przyjmować letników. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Pucku, które szkoli, kwalifikuje kandydatów na rodziców zastępczych i umieszcza tam dzieci, nie ma dużego wyboru. Ale to nie tłumaczy mnóstwa błędów, które popełnili jego pracownicy. Od weryfikacji rodziny Cz. po brak reakcji na niepokojące sygnały. Najważniejszy, z 22 maja 2012 r., pochodził od Jolanty D., przyrodniej siostry Anny Cz. Jolanta też tworzy rodzinę zastępczą. Nad notatką z rozmowy telefonicznej pochylono się w PCPR dopiero 31 lipca 2012 r., blisko miesiąc po śmierci Kacpra. Po rozmowie z małżonkami Cz. sygnał zinterpretowano jako przejaw konfliktów rodzinnych. Prokuratura w Gdyni prowadzi śledztwo w sprawie tych wszystkich błędów. Nie wiadomo, czy postawi komuś zarzuty.

Następstwa puckiej tragedii dotknęły wielu osób. Ówczesna dyrektorka PCPR, została zwolniona dyscyplinarnie. Odwołała się do sądu pracy. Kierowniczka zespołu do spraw pieczy zastępczej została przeniesiona na stanowisko koordynatora, pracuje z rodzinami, które ją zaakceptowały w tej roli. PCPR ogłosiło już trzeci nabór na powstały wakat kierownika – nie ma chętnych.

W gruzach legła kariera asesora puckiej prokuratury rejonowej, który prowadził śledztwo w sprawie śmierci dzieci. Jego oraz zastępcę prokuratora rejonowego, który to śledztwo ­nadzorował, czeka sąd dyscyplinarny. W sprawie sędzi sądu rodzinnego, która podjęła decyzję o umieszczeniu dzieci w rodzinie zastępczej, postępowania dyscyplinarnego nie będzie.

 

Gabriela Konarzewska, nowa dyrektorka puckiego PCPR (z konkursu), opowiada, że kiedy poszukują teraz miejsc dla dzieci w innych powiatach, często słyszą zastrzeżenie: tylko, żeby to nie były „te” dzieci, ani E., ani Cz. Ciągle korzystają z pomocy terapeutów i psychologów. Okazało się to potrzebne także dzieciom z innych, znajomych rodzin zastępczych. – Ludzie z rodzin zastępczych razem jeździli na praktyki, szkolenia, ich dzieci się znały z tych wyjazdów, ze szkoły. One interpretują wydarzenia po swojemu: też jestem w rodzinie zastępczej, to znaczy, że rodzice mogą mnie zabić – opowiada Konarzewska.

Dzieci małżonków E. znalazły przystań w Kartuzach. Rodzina zastępcza ma superwizora. Po konsultacji z psychologami opiekunowie dwukrotnie zawieźli je do Odargowa oraz na cmentarz, gdzie pochowano ich rodzeństwo. Przy tej okazji zobaczyła się z nimi Hanna E. Opowiedziała o tym tabloidowi. Wyszła na troskliwą, czułą matkę. Od połowy października 2012 r. nie kontaktowała się z dziećmi. Nawet na Boże Narodzenie. Ojciec z więzienia też do nich nie dzwonił, choć telefonował do żony. Babcia odwiedziła wnuki raz. Z telewizją.

– Zastanawiamy się wraz z PCPR w Kartuzach nad wnioskiem o pozbawienie państwa E. władzy rodzicielskiej, żeby dzieci miały szansę na ułożenie sobie życia, żeby nie były traktowane przedmiotowo – mówi Konarzewska. Z opracowań naukowych wie, że po zabraniu dzieci z rodziny biologicznej jest około 8 miesięcy na pracę nad jej ponownym scaleniem. W przypadku rodziny E. ten okres minął.

Od kilku miesięcy pełnomocnikiem prawnym małżonków E. jest radca prawny Piotr Pawłowski. Działa społecznie w zarządzie fundacji Pomorskie Centrum Psychotrauma­tologii, wspiera ofiary przemocy domowej. Gdy Pawłowski pojechał pierwszy raz do Odargowa, Hannę E. zapamiętał jako zaszczute zwierzątko. Pawłowski zadzwonił wtedy do Krzysztofa Sarzały, szefa Centrum Interwencji Kryzysowej – to placówka specjalistyczna, reagująca w różnych trudnych sytuacjach. ­Kobieta znalazła się pod jej opieką. – Pani E. – opowiada ­prawnik – zyskała na pewności siebie, zaczęła mieć własne zdanie, jakby się z klatki wyrwała. Wciąż jestem zdumiony jej przemianą.

Krzysztof Sarzała, psycholog, jest daleki od zachwytów. Uważa, że w Hannie została rozbudzona postawa roszczeniowa, jakieś miraże. Nie ma jej już w Centrum. Według radcy Pawłowskiego, zakolegowała się tam z jakąś kobietą. Razem zamieszkały w Gdyni, w wynajętym pokoju. Z czego żyje wraz z najmłodszym dzieckiem? – Pomińmy temat – proponuje.

O Piotrze Pawłowskim urzędnicy mówią: chce się wypromować na rodzinie E. On sam reaguje na to określenie spokojnie: jeśli zostanie zauważony, to jako rzecznik dobrej sprawy. – Uważam, że powiat jest rodzinie E. coś winien. Decyzja, czy wystąpimy z roszczeniem, jeszcze nie zapadła. Ale gdybyśmy mieli się zastanawiać, czy rodzinie E. należy się odszkodowanie, bo nie byli kryształowymi ludźmi, to byłoby to nieetyczne. Oni zasługują na drugą szansę – mówi o swoich klientach.

Tyle że na razie nic tego nie potwierdza. Z wyjątkiem składanych w mediach deklaracji, bo państwo E. objęci są przychylnym, medialnym patronatem. Jedna z telewizji przywiozła Daniela E. zaraz po wyjściu z więzienia do GOPS w Krokowie. By zacząć nowe życie – małżonkowie E. zamierzają tam osiąść.

Znamienne, że wszyscy w tej sprawie swoje intencje tłumaczą duchem nowej ustawy o pieczy zastępczej: odbudować rodzinę naturalną. W tej ponurej historii krachem okazała się i rodzina naturalna, i zastępcza. Co pokazuje, jak piekielnie trudno jest przygotować i powiązać w niezawodną całość wszystkie ogniwa łańcucha nowego systemu. Pucka tragedia to wyjątkowa sytuacja wymagająca namysłu. Zwłaszcza nad życiem zaplątanych w nią dzieci. Nie sposób powiedzieć, którą traumę trudniej udźwignąć – utratę rodzeństwa czy świadomość, że rodzice są mordercami.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną