Społeczeństwo

Wojna świąt

Jak świętują Polacy

11 listopada,  Warszawa. 11 listopada, Warszawa. Krystian Maj / Reporter
Dla „Naszego Dziennika” 4 czerwca nie jest żadnym świętem. Dla mnie świętem nie jest 6 stycznia. I tak już zostanie. W końcu jesteśmy Polakami.
14 lipca, Paryż.Miguel Medina/AFP/EAST NEWS 14 lipca, Paryż.
4 lipca, Takoma Park, Maryland, USA.Jim Bourg/Reuters/Forum 4 lipca, Takoma Park, Maryland, USA.

Wiecie Państwo, co 11 listopada 2013 r. będzie się działo w Warszawie? Ja to sobie z grubsza wyobrażam. Na Stadionie Narodowym i na placu Defilad będzie się odbywała COPA, czyli gigantyczna globalna konferencja klimatyczna z udziałem tysięcy gości reprezentujących rządy, biznes, organizacje i ruchy społeczne, instytucje międzynarodowe. Będą amazońscy Indianie w pióropuszach, Afrykańczycy w strojach ludowych z bębnami, Eskimosi (może z reniferami?), ministrowie i prezesi korporacji w pancernych limuzynach, ekolodzy wszelkiej możliwej maści, lobbyści wszystkich najbardziej śmierdzących i śmiecących branż oraz sprzedawcy bezliku genialnych patentów na zieloną przyszłość.

Wszyscy oni będą w tę i nazad krążyli ze wschodniego na zachodni brzeg Wisły, przecinając najważniejsze arterie stolicy biegnące z południa na północ. A tymi arteriami – Marszałkowską i Nowym Światem – będą maszerowały zwarte szyki polskich patriotów wszystkich odcieni i nurtów. Od faszyzujących rasistów, przez nacjonalistów i konserwatystów, po tradycjonalistycznych i otwartych katolików, proeuropejskie centrum i alternatywną lewicę z Kolorowej Niepodległej. Naziole będą tradycyjnie ganiali się po ulicach z Antifą, Kolorowa będzie puszczała balony, a kibole – race, rasiści będą się mieszali z konserwatystami, monarchistami i katolikami przedsoborowymi, żeby na ich konto coś stłuc i podpalić albo komuś dołożyć.

Cała Polska skrzyżuje się z całym światem w okolicach palmy na rondzie de Gaulle’a i przy Pałacu Kultury. Cały świat dzięki niezliczonym medialnym przekazom będzie na to patrzył z otwartymi ustami i będzie próbował zrozumieć to, czego my sami zrozumieć nie umiemy, czyli fenomen autodestrukcyjnego polskiego patriotyzmu, który nie łączy, lecz dzieli, i nie buduje, lecz niszczy wspólnotę. Nie sądzę, by jakikolwiek inny naród budował tożsamość opartą nie na tym, co łączy, lecz na tym, co dzieli.

Jakoś tak się dziwnie porobiło, że Polska ma jedyny w swoim rodzaju patent na celebrowanie siebie. Wszystkie narodowe święta, które gdzie indziej są wielkimi manifestacjami jedności, wspólnoty i lojalności, w Polsce są manifestacją różnic, podziałów i wrogości. Cokolwiek zmieniające się władze robią, jakiekolwiek święta wymyślają, jakkolwiek je legitymizują i organizują, zawsze kończy się na wzajemnych dąsach, awanturze lub burdzie.

Znak sprzeciwu

Z zazdrością patrzymy na amerykańskie parady z okazji 4 lipca. Z zachwytem oglądamy marsz wielobarwnych kepi pod Łukiem Triumfalnym. Z podziwem obserwujemy gigantyczne defilady w Moskwie i kostiumowe obchody urodzin królowej w Londynie. Chciałaby polska dusza mieć takie święta i obchody w Warszawie. Na pozór nic jej się tak nie marzy, jak wielkie zjednoczenie, stopienie się w jednym polskim bycie. Ale nigdy jeszcze do tego nie dopuściła i nic nie wskazuje, by miała prędko dopuścić. Bo tym, co nas na tle innych europejskich narodów wyróżnia, jest połączenie wielkiej siły jednościowego marzenia z jeszcze większą siłą emocji i tendencji wykluczających.

W debacie publicznej zarzut „dzielenia Polaków” ma z grubsza taki ciężar, jak wysługiwanie się obcym, a większy niż zwykłe złodziejstwo, korupcja czy nieudacznictwo. Wielkie narodowe marzenie jest takie, żebyśmy wszyscy zebrali się pod jednym sztandarem i w braterstwie pokazali naszą wielkość światu, a zwłaszcza sąsiadom, z którymi łączą nas odwieczne lęki. Sęk w tym, że to nasze marzenie jest przeciw naszej naturze. Jak w filmie o „Nemo” marzenie rekina, żeby nie zjadać sympatycznych rybek. Rekin mógł sobie dowolnie długo, żarliwie i bezskutecznie wraz z grupą wsparcia powtarzać „ryba – kumpel, nie żarcie!”, a my sobie przy różnych podniosłych okazjach żarliwie i bezskutecznie powtarzamy „Rodak – kumpel, nie wróg”. Na dłuższą metę nic jednak z tego nie wynika. Jeśli nawet na krótką metę się opanujemy (jak po śmierci papieża czy katastrofie smoleńskiej), i tak niebawem musimy okres spokoju nadrobić wzmożoną wrogością.

W naszej zbiorowej pamięci szczególne miejsce mają krótkie chwile powszechnej jedności (a zwłaszcza ich mit). Jak Sierpień ’80 czy papieskie pielgrzymki. Nieliczne momenty, kiedy niemal wszyscy (mitycznie) byliśmy po jednej stronie, wywołują łezkę w polskich oczach i tęsknotę w sercach. Ale ich obraz jest wyidealizowany, a czas trwania krótki.

 

Nie sądzę, żeby jakiekolwiek wysiłki mogły tę sytuację zmienić. Przeciwnie. Im bardziej ktoś próbuje, tym gorszy jest skutek. Ostatnie prezydenckie obchody Dnia Flagi (między 1 a 3 maja) były doskonałym przykładem. Od kilkuset do dwóch tysięcy osób przyszło na Krakowskie Przedmieście demonstrować marzenie o wyluzowanej patriotycznej jedności w obliczu czekoladowego orła, a trzydzieści kilka milionów się z nich obelżywie lub złośliwie śmiało. To nie był skutek żadnego piarowskiego błędu ani groteskowości i niestosowności pomysłu z kosmicznie drogim czekoladowym orłem w kraju, w którym tysiące dzieci nie znają smaku czekolady. To był efekt niezrozumienia, czym dla Polaków jest flaga. A nie jest ona tym samym, czym są ich flagi dla Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów czy Niemców.

Dla Amerykanów ich flaga jest symbolem jedności, krwawo wywalczonej w wojnie secesyjnej. Kto wiesza „gwiazdki i paski”, ten mówi „nasza duma i siła w jedności”. Dla Niemców jest symbolem wspólnej odpowiedzialności za niemiecką tożsamość. Dla Brytyjczyków flaga to wyraz obśmianej w kulturze masowej imperialnej dumy. Dlatego tak chętnie widzą ją na majtkach. Dla Francuzów trójkolorowa to wyraz wspólnoty klas i wartości. Dla Polaka biało-czerwona jest głównie znakiem sprzeciwu.

Dla mojego pokolenia, które dziś trzyma w Polsce władzę, flaga wywieszona czy niesiona „za” to dość pusty rytuał, spełniany pod administracyjnym przymusem. Natomiast flaga niesiona czy wywieszona „przeciw” to ładunek potężnych emocji zakorzenionych w doświadczeniu Października ’56, Grudnia ’70, Sierpnia ’80 i stanu wojennego. Tak się w Polsce utarło, że flagi nosili ci, którzy się sprzeciwiali. Milicja, która broniła status quo, nie używała flagi. Ta reguła przetrwała w III RP.

Konflikt aksjologiczny

W wielu krajach demonstranci mają dziwny dla nas zwyczaj palenia narodowych flag. Bo flagi symbolizują tam porządek narzucony przez państwo, przeciw któremu ludzie protestują. Nam takie pomysły nie przychodzą do głowy, bo w naszych zbiorowych emocjach biało-czerwona symbolizuje wzniosłą ideę Polski, a nie jej realne, państwowe wcielenie, które żadnemu ideałowi do pięt nie dostaje. Gdy więc ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli bierze polską flagę do ręki, to po to, by w imię ideału chłostać nią rzeczywistość.

Problem polega na tym, że ów wzniosły ideał Polski naszych marzeń i wyobrażeń, w imię którego flaga chłoszcze rzeczywistość, nigdy nie został jasno zdefiniowany w sposób, który Polacy by powszechnie zaakceptowali. W XX w. Polska dwa razy się odradzała, zaskakując Polaków swoim nagłym pojawieniem. W obu przypadkach (w 1918 i w 1989 r.) dla zdecydowanej większości z nas było dalece niejasne, co to ma być za Polska. Dopiero kiedy się stawała, w panice szukaliśmy odpowiedzi na zasadnicze pytanie, czym właściwie ma być cudownie odzyskana ojczyzna. Mechanizm był podobny. Ci, którzy zbiegiem okoliczności pierwsi zdobywali władzę, tworzyli fakty dokonane wedle swoich intuicyjnych, ideologicznych, niedookreślonych wyobrażeń Polski, a ci, którzy przypadkiem znaleźli się poza obozem władzy, chcąc ją zdobyć, krytykowali nowy porządek w czambuł.

W obu przypadkach obie strony zdawały sobie z tych okoliczności sprawę. Obóz rządzący czuł słabość swojego mandatu i wynikające z niej ograniczenia, a obóz aspirujący widział to doskonale i robił z tego użytek. W obu przypadkach obóz władzy był więc powściągliwy w stosowaniu podniosłej retoryki i symboliki narodowej, a opozycja tę nieśmiałość wykorzystywała i od samego początku chłostała władzę flagą. Ponieważ zaś obie zaskoczone przez historię strony były słabo przygotowane do budowania państwa, spór polityczny uciekał od konkretu i szybował ku abstrakcyjnym wartościom. Zamieniał się w konflikt aksjologiczny, w którym obie strony wykluczały przeciwników z uznanej przez siebie wspólnoty i nawzajem zarzucały sobie zdradę.

Zarzuty „antypolskich” decyzji, zdrady, świadomego szkodnictwa, agenturalności, nepotyzmu, korupcji, kolesiostwa, zaprzaństwa, sprzedawczykostwa, oszołomstwa zastępują w polskiej kulturze politycznej merytoryczne spory, których toczenie przekracza możliwości zdecydowanej większości klasy politycznej. Z tym zaś, kogo się wykluczyło, czyje argumenty zbywa się epitetem i kogo postawiło się poza wspólnotą, trudno jest poważnie dyskutować i szukać lepszej przyszłości. Trudno też wspólnie cokolwiek przeżywać. A szczególnie trudno dzielić z nim radość. Radość jednej strony to automatycznie powód do smutku drugiej, a każdy polski sukces staje się dla dużej części społeczeństwa kolejną polską porażką.

W takim kontekście wspólne świętowanie, a nawet celebrowanie czegokolwiek, po prostu nie jest możliwe. Chyba że kardynałowie znów wybraliby polskiego papieża albo biało-czerwoni znów zostali mistrzami futbolu. Wszystkie inne okazje mogą być co najwyżej świętami jakiejś części, ale nigdy całości, a nawet zdecydowanej większości społeczeństwa. I tego się prędko nie zmieni. Ale coś można zmienić, gdyby choć jedno z polskich świąt upamiętniało – jak zdobycie Bastylii dla Francuzów czy zwycięstwo w drugiej wojnie światowej dla Rosjan – coś, co było sukcesem dużej grupy Polaków.

 

W grobowej atmosferze

Na razie polskie święta są świętami elit. I to zwykle nielicznych. Odnoszą się do gabinetowych zdarzeń, w których uczestniczyło niewielu i o których nawet w oficjalnej historycznej legendzie niewielu wiedziało. Wyznaczając święta, elity rządzące w Polsce czczą swoje własne dokonania lub sukcesy wyrastające z tradycji, którą reprezentują.

3 maja to upamiętnienie sukcesu grupki postępowej szlachty skupionej wokół króla. 11 listopada to rocznica przekazania Piłsudskiemu władzy przez Radę Regencyjną. 22 lipca symbolizował powstanie Rządu Lubelskiego. W każdym przypadku chodziło o zdarzenie ważne, ale kameralne, w którym zdecydowana większość społeczeństwa nie brała żadnego udziału i o którym dowiadywała się z dużym opóźnieniem. Trudno się dziwić, że skoro elity same sobie wymyślały święta, upamiętniające ich własne sukcesy, to z zasady same je sobie we własnym towarzystwie obchodzą.

Patrząc na święta państwowe, można mieć wrażenie, że Polska jest dziełem cieniutkiej elitki otoczonej morzem jakiejś bezkształtnej i bezwolnej masy, która przez tysiąc lat nie dokonała niczego specjalnego, a nawet w niczym istotnym nie brała udziału. Tylko była. Żaden wielki, zbiorowy sukces społeczeństwa nie jest w tradycji polskich świąt specjalnie fetowany. Ani Sierpień ’80, który był dziełem większości żyjących wówczas Polaków – strajkujących, wspierających, kibicujących, negocjujących po obu stronach politycznego sporu. Ani Październik ’56, kiedy rękami milionów prostych ludzi definitywnie obalono stalinizm i uratowano częściową niepodległość, na którą pozwalała nam Jałta. Ani powstanie kościuszkowskie, które było aktem założycielskim narodu rozumianego szerzej niż tylko szlachta. Ani powstanie warszawskie, które samo w sobie nie było zbyt mądre, ale zmobilizowało dużo pięknej energii warszawiaków.

Dobór świąt oddaje z grubsza postszlachecką, typową dla krajów, które nie przeszły rewolucji mieszczańskiej, niezmienną od paruset lat wyobraźnię społeczną i polityczną elit. Podpowiada ona, opisaną już w „Lalce”, sprzeczną z demokracją wizję, wedle której szlachetne elity ciągną polski wóz przez wertepy dziejów, zaś niewdzięczna reszta ciąży, hamuje, przeszkadza, nie docenia, stawia bezrozumny opór, do sensownego działania musi być przymuszana albo poganiana, a w najlepszym razie czasem zgadza się pomóc lub niezbyt świadomie daje się za pomocą obietnic czy miraży zwabić do pomocy. W tej wizji elita to mądrzy i dobrzy rodzice, zaś społeczeństwo to dzieci, które lenią się i dokazują, a powinny okazywać starszym posłuszeństwo i wdzięczność. Polskie święta państwowe są właśnie wyrazem wymuszonej przez starszych wdzięczności dzieci wobec rodziców. Jak pomnik na grobie, który zapobiegliwy staruszek stawia sobie za życia. Dlatego przebiegają w grobowej atmosferze.

Fakty nie potwierdzają takiej wizji polskiej historii. Nasza przeszłość to raczej pasmo tragicznych, popełnianych przez elity błędów. Od upadku I RP, przez powstanie warszawskie, po zaczadzenie komunizmem i rynkiem. To nie znaczy, że dorobek tych elit mamy wyrzucić na śmietnik, ale też nie mają one specjalnego powodu, by się puszyć i nie powinny zbyt łatwo przechodzić nad swoimi błędami do porządku, maskując je parawanem celebry mniemanych triumfów. A jeśli chcą, żeby duża część społeczeństwa wraz z nimi coś świętowała, muszą znaleźć okazję symbolizującą zbiorowy – nie tylko elitarny – sukces znaczącej części społeczeństwa. Taki, o którym jakaś istotna część obywateli będzie mogła powiedzieć swoim dzieciom i wnukom: była/em tam, brała/em w tym udział, zrobiła/em to dla ciebie. I o którym za kilkadziesiąt lat miliony rodziców będą mówiły dzieciom: twoja prababcia tam była, twój pradziadek tam był. Jakie to ma znaczenie, najlepiej pokazuje rocznica powstania warszawskiego: od pół wieku masowo świętowana rodzinnie i społecznie – bez względu na to, jak odnoszą się do niej rządzące akurat elity.

Niewątpliwy sukces

Przynajmniej dwa takie święta mamy na podorędziu. Wieńczące strajk powszechny porozumienie 31 sierpnia 1980 r. i wybory 4 czerwca 1989 r. Oba są żywe w pamięci. W obu brały udział miliony Polaków. W obu społeczeństwo przekroczyło horyzont aspiracji elit oraz ich politycznej rachuby. Oba istotnie przyczyniły się do odrodzenia niepodległej Polski. Oba (co też ma znaczenie) przypadają w okresie, kiedy łatwo i przyjemnie jest wspólnie, masowo, radośnie świętować na świeżym powietrzu.

Schodzące już pokolenie ma sporo za uszami, co pokazują kryzysy wielu systemów społecznych, ale też dokonało rzeczy niespotykanej – zepsutą zupę rybną peerelowskiego realsocjalizmu przerobiło na pełne życia demokratyczno-rynkowe akwarium III Rzeczpospolitej. Dokonaliśmy tego wysiłkiem, zasługą i kosztem nas wszystkich, choć nie wszystkim podoba się efekt i nie każdy uważa, że mamy co świętować. Ale – przynajmniej na tle wcześniejszych historycznych doświadczeń – sukces jest niewątpliwy. Zasługuje na to, by go uczcić dużo bardziej niż dziś urzędowo obchodzone zdarzenia. Jako społeczeństwo jesteśmy to sobie winni.

Polityka 22.2013 (2909) z dnia 27.05.2013; Temat tygodnia; s. 10
Oryginalny tytuł tekstu: "Wojna świąt"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną