Społeczeństwo

Łączy nas chemia

Nowotworowe coming outy

Czy choroba zmienia? Nie ma jednej odpowiedzi. Czy choroba zmienia? Nie ma jednej odpowiedzi. Wong Sze Fei / PantherMedia
Co daje pisanie o raku choremu, a czytanie o nim – czytelnikom? Ludzie wystawieni na najcięższą próbę chcą innych ostrzec, poinformować i wesprzeć. Szukając sensu dla siebie, znajdują go także dla innych. I to się doskonale sprzedaje.
Jerzy StuhrJacek Bednarczyk/PAP Jerzy Stuhr
Krystyna KoftaMariusz Grzelak/Przegląd/Forum Krystyna Kofta
Kamil DurczokWojciech Druszcz/Polityka Kamil Durczok

Rak. Zmora współczesności, zabójca, który za kilkanaście lat – co do tego medycyna nie ma wątpliwości – wysforuje się na pierwsze miejsce przed zawały, udary, wylewy. Jego coraz intensywniejsza obecność w życiu współczesnych społeczeństw, również naszego (co roku objawia się u ponad 140 tys. Polaków, umiera 40 tys. kobiet i 52 tys. mężczyzn), znajduje coraz żywszy wyraz w kulturze: coming outy znanych postaci, zwierzenia, wywiady, w końcu książki. Z jednej strony to zjawisko, u nas ledwie 10-letnie, na Zachodzie znacznie starsze, wyzwala niesłabnące emocje: od niesmaku i zmieszania (no bo jakżeż tak obnażać swoją prywatność i intymność) po wściekłe ataki. W Internecie wciąż kipią jadem komentarze o Angelinie Jolie, „idiotce, która kazała sobie poucinać piersi” – idiotyczny efekt uboczny jej listu otwartego w „New York Timesie”.

Z drugiej strony dzienniki, pamiętniki, wywiady rzeki to przeważnie bestsellery – jak mówią wydawcy – również longsellery, bo i po latach ich sprzedaż nie słabnie. „Tak sobie myślę”, wydany przed rokiem dziennik Jerzego Stuhra, znalazł już 108 tys. (!) nabywców. „Chustka”, pamiętnik zmarłej wiosną Joanny Sałygi, znanej z fundacji Rak’n’roll, po dwóch tygodniach od ukazania się jest – jak to się określa w wydawniczym żargonie – w topce Merlina i Empiku.

Na czym polega ten fenomen? Co daje pisanie o raku choremu, co czytanie – czytelnikom? Co w logice tej choroby i terapii sprawia, że staje się ona szczególnym doświadczeniem psychicznym i społecznym?

Poziom pierwszy: wyjaśnić i ostrzec

Polscy comingoutowi pionierzy na pytanie, po co to zrobili, odpowiadają, że zamiar zrodził się na prozaicznym poziomie: poinformować, ostrzec, wyjaśnić. – Byłam już po operacji i pierwszych chemiach, kiedy przyszedł czas, by napisać mój stały felieton do „Twojego Stylu”. Pomyślałam, że mogę oczywiście pisać o sprawach damsko-męskich w dalszym ciągu, ale coś mi zakołatało, że takich jak ja jest dużo, że też nie chodzą się badać, że są głupie jak ja, sądzą, że jak nie boli, to wszystko jest OK. Nie miałam żadnych objawów. Tak myślałam, tak mówiłam i tak napisałam – opowiada Krystyna Kofta, pisarka, autorka pięciu, jak na 2003 r. szokujących, felietonów do „Twojego Stylu”.

Wkrótce potem, za namową wydawczyni Beaty Stasińskiej, opublikowała swój dziennik z okresu wielomiesięcznej terapii: „Lewa, wspomnienie prawej” (sprzedaż: 50 tys. egzemplarzy). – Dowiedziałam się, że mam raka, przypadkowo, gdy wyczułam guza, na szczęście dał się wyczuć, gdyby był głębiej, nie rozmawiałybyśmy dziś o tym. Nie badałam się, choć byłam sekretarzem Stowarzyszenia Różowej Wstążki. Lekarze powiedzieli, że hodowałam swojego raka minimum 8 lat.

Kamil Durczok, dziś szef „Faktów” TVN, przed 10 laty już sława dziennikarstwa telewizyjnego, zaczął jedno z głównych wydań „Wiadomości” TVP, które wtedy prowadził, od informacji, że zmaga się z nowotworem. – Jako człowiek na co dzień pracujący w informacji uważałem, że ludziom widzącym nagle faceta o radykalnie zmienionym wyglądzie należy się po prostu wyjaśnienie, o co chodzi. Podobnie postąpił wtedy jego przyjaciel i zawodowy sąsiad z TVN Marcin Pawłowski, którego ostatecznie rak pokonał w 2004 r. (pojawił się na wizji, gdy choroba poczyniła już widoczne spustoszenie w jego organizmie). Gdy jedna ze znanych felietonistek wykpiła ich (miała „dość łysych głów w telewizji”), wykupili ogłoszenie w prasie, by dać jej nokautującą swą rzeczowością odpowiedź.

Do Durczoka już po chorobie zgłosił się Znak. Zaufał „spowiednikowi” Piotrowi Mucharskiemu, że będzie potrafił – jak powiada – rozbroić tandetne, emocjonalne miny. „Wygrać życie”, wznowione po kilku latach, osiągnęło sprzedaż 80 tys. egzemplarzy.

Po dekadzie w poczuciu sensowności tamtego kroku i Krystynie Kofcie, i Kamilowi Durczokowi wystarczy przekonanie, że uratowali trochę ludzkich istnień. Jeśli nawet trzy osoby z powodu lektury poszły się przebadać, to warto było, nie ma się co zastanawiać. – Moją książkę czytały również takie kobiety, które nie czytają książek. Ona dawała im po prostu mnóstwo praktycznych informacji – mówi Krystyna Kofta. Kamil Durczok razem z Mucharskim odbyli podróż po 15 miastach Polski i przekonali się o skali niewiedzy, przerażającej, kosztującej życie tysięcy ludzi. Słyszeli na tych spotkaniach, że rak się boi noża, że trzeba go zagłodzić, dziesiątki podobnych ludowych „mądrości”. Onkolodzy doceniają wartość publicznych zwierzeń – to działa lepiej niż każda akcja profilaktyczna. A profilaktyka to nieomal obsesja tej dziedziny medycznej, bo w logice raka pierwszym punktem jest początkowa błahość dolegliwości albo i bezobjawowość. A w logice terapii – zasada, że im później wykryty, tym lawinowo spadają szanse na opanowanie jego inwazji, narastającej niekiedy z dnia na dzień. Sposób działania tej choroby – brak objawów i raptem nagła, przerażająca wszechobecność – wyróżnia ją ponuro z setek innych. W logice terapii trudna do zrozumienia dla niemedyka jest skala i siła podejmowanego kontrataku, radykalna i wyczerpująca nawet wtedy, gdy rak dopiero szykuje wojnę, gdy jest łatwym do zlokalizowania guzem.

To jest właśnie ta wiedza, ta edukacja, którą wyczytują ludzie ze stronic dzienników i pamiętników, którą chłoną na spotkaniach autorskich. Znajdują odpowiedzi na pytania, na które lekarze nie mają ani czasu, ani możliwości odpowiedzieć: ile to może potrwać? Jak będzie potem?

Krystyna Kofta: – Kobiety pytały: jak to jest bez piersi? O stanie wiedzy świadczy pytanie młodej fryzjerki, czy pierś odrasta. Bały się także seksu. Opowiadałam więc o specjalnych stanikach z szerokimi ramiączkami. A rekonstrukcja? Jakbym miała 30 lat, odpowiadałam, tobym zrobiła, ale po 50… Czy wy tak często pokazujecie te piersi? Jak ma pani seksrandkę, to proszę sobie kupić piękny gorsecik, pończochy, nie przejmować się TYM. Trzeba wiedzieć, z kim człowiek się zadaje. Jeśli ma porzucić, to lepiej wcześniej niż później.

Misja informacyjna wciąga mimochodem. Dzwonią znajomi znajomych, media. W dniu, w którym decyzja Angeliny Jolie stała się światowym newsem, Krystyna Kofta udzieliła siedmiu wywiadów (kilku już ze zmęczenia musiała odmówić). – Jesteśmy jednoosobowymi poradniami psychoonkologicznymi. To powinno dać do myślenia lekarzom – mówi Kamil Durczok.

Wielbicielem książki Kofty był Marek Edelman, lekarz, intelektualista. Twierdził, że ta książka powinna być podręcznikiem na medycynie.

Poziom drugi: wesprzeć

Kamil Durczok mówi, że przygotowując pamiętne telewizyjne oświadczenie, nie oczekiwał wsparcia. Reakcja widzów – jak opowiada – onieśmieliła go, wprawiła w osłupienie, szok. Esemesy zablokowały telefon, maile – w ciągu doby skrzynkę mailową, przyszło kilka worków listów. Podzieliłby tę korespondencję na serdeczną, bardzo serdeczną i taką, przy lekturze której twardy facet nie mógł nie płakać. Przykład? Zaproszenie na wypoczynek między chemiami w Bieszczady, luksusów nie ma, ale jakie powietrze. – Uświadomiło mi to, że człowiek dla iluś tysięcy ludzi może być istotniejszy, niż mu się wydaje.

Krystynie Kofcie przywożono stosy listów z „Twojego Stylu”: – Z takim rodzajem podziwu, jakbym była guru. Ze słowami „łączy nas chemia”. Po książce pisali do mnie mężowie, że wiedzieli, jak się zachować wobec chorej żony, bo mój mąż zachował się tak i tak. Nagle ci ludzie stali się mi bliscy jak nigdy.

Publiczne wyznania uruchamiają w ludziach postronnych gigantyczne rezerwy empatii, przemożną potrzebę jej wyrażenia. W chorych – cokolwiek by na ten temat mówili – istnieje gigantyczna potrzeba wsparcia. Tyle że obie potrzeby na co dzień są zablokowane, zabetonowane. Rak – to też jego logika – pozostaje społecznym tabu.

Chorzy przeważnie do nikogo nie dzwonią: cóż będą absorbować innych, dojrzały człowiek mierzy się z nieszczęściem sam. Do nich też tak znowu masowo się nie wydzwania. Zakłopotani i bezradni zastanawiamy się, jak wleźć człowiekowi w jego nieszczęście.

Dr Mariola Kosowicz, szefowa poradni psychoonkologicznej w warszawskim Centrum Onkologii, mówi, że ta wstrzemięźliwość, pozorna dyskrecja, nieumiejętność podjęcia rozmowy to tragedia naszych czasów. – Chory potrzebuje otwartej rozmowy. Przychodzi taki czas, że już niczego nie udaje, nie ucieka przed prawdą, a inni nie są na tę prawdę gotowi. Nawet najbliżsi przed nią uciekają, biegają jak w ukropie, szukają nowych sposobów leczenia. A chory potrzebuje prostych pytań: Czy jadłaś? Czy piłeś? Jak śpisz? Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? Zdawkowe pocieszanie zamyka rozmowę. To już lepszy jest esemes: jestem z tobą.

Krystyna Kofta zauważyła, że publiczne wyznanie ośmieliło przyjaciół. – Janusz Głowacki po miesiącu zadzwonił z pytaniem, jak się z tym czuję. Mówię: zapytaj, jak ja się czuję bez tego. Zaczęliśmy się śmiać. Wiedział, że odzyskałam siebie. Codziennie ktoś telefonował z pytaniem o to, jak się czuję, ale też co robić, bo guzek, bo matka, siostra, znajoma… Zagubione chore odsyłałam do Amazonek, tam dają niesamowite wsparcie, nikt nie odchodzi z niczym.

Durczok pamięta, kiedy poproszono go o telefon do przyjaciela, który z powodu zaawansowanego raka krtani już nie mówił. Miał wrażenie, że tokuje i tokuje, bez sensu. Ale potem dostał esemesa: dobrze, że zadzwoniłeś.

Poziom trzeci: usensownić

Filozofka Barbara Czerska mówi, że ludzie dokonują publicznych wyznań, by usensownić wredny wyrok losu. Durczok wyznaje, że komunikat, na jakim mu szczególnie zależało, brzmiał: rak to cholernie demokratyczna sprawa. Może dopaść dziecko, pana Henia z sąsiedztwa i faceta z telewizji. Równie demokratyczne są pytania, mówi, które człowiek sobie wtedy zadaje, takie same trapią i czternastolatkę, i profesora medycyny. A jako pierwsze przychodzą na myśl te najgłupsze. Dlaczego ja? Po świecie chodzi tylu gnojków i bandytów, za co ja?

Więc komunikat brzmi: nie jesteś sam z tymi nielogicznymi pytaniami wobec logiki raka. Jego specyfika polega też na tym, że zwykle rozpędza emocjonalną i intelektualną huśtawkę: od rozpaczy do nadziei, od bezsilności do poczucia tytanicznej siły. Pisze Kofta: „Czuję, że zmieniła mi się osobowość, mam nadzieję, że to chwilowe, zrobiłam się sentymentalna do mdłości. Potrzebuję twardości. Sentymentalna ze mnie dupa w różowy rzucik w kwiatki, dupa, dupa… Teraz rozumiem duszę kibica”. Ale też ileś stron dalej: „Chociaż czasami mam wrażenie, że im jestem słabsza, tym ból mniejszy. To nieprawda, taka słabość powoduje tylko senność, zapaść w inny byt, a ja chcę być obecna nawet w cierpieniu”.

Dr Kosowicz mówi, że nasz intelektualny kłopot z rakiem polega na specyfice współczesnej kultury Zachodu, która wmówiła ludziom, że ich zadaniem jest dostarczanie sobie wyłącznie przyjemności. – Ledwie cokolwiek zaczyna nas boleć, biegniemy po tabletkę. Nie chcemy mieć dyskomfortu. To się przełożyło na nasze życie psychiczne. Wmawiamy ludziom, że z rakiem można świetnie żyć, że z SM można świetnie żyć, że po rozwodzie można świetnie żyć. Przecież to nieprawda. Na świecie jest też cierpienie. Możesz je zwalczać nadzieją. Ale ono jest.

Poziom czwarty: opowiedzieć prawdę

Beata Stasińska, wydawczyni, która namówiła Krystynę Koftę na opublikowanie „Lewej…”, zauważa, że „relacje na żywo” z choroby w Polsce od początku cieszyły się większym powodzeniem niż tłumaczenia znakomitych poradników (wydawniczym niepowodzeniem okazał się np. w 2004 r. słynny poradnik Ruth Grotstein, oparty na blogach amerykańskich chorych na raka piersi).

Krystynie Kofcie w czasie choroby zaproponowano najpierw, by napisała na ten temat powieść. – Ale fikcja mnie odrzucała. Jeszcze przed operacją zaczęłam pisać powieść, nie mogłam do niej wrócić. Wydawało mi się to idiotyczne, że będę wymyślać teraz jakąś postać, jakąś kobietę. To będzie puste, czułam. Znajome, przyjaciółki, pisarki, poetki mówiły: odsłoniłaś się, obnażyłaś. – Pytałam je tylko, czy moja książka broni się literacko. A ponadto ja się nie odsłoniłam. Po prostu tak było. Po latach wiele przyznało mi rację, zwłaszcza po przejściach, własnych czy rodzinnych. Ta choroba wyzwoliła mnie z literackich zależności, poczułam się wolna.

Być może są czytelnicy, którzy po tę specyficzną literaturę faktu sięgają ze zwykłej ciekawości, wścibstwa, z schadenfreude – w końcu nie mnie to dotyka. Ale też wielu sięga tam po prawdę. Rak – kolejna jego specyfika – podaje w wątpliwość rozmaite chętnie powtarzane nieprawdy. Jak na przykład to, że co nie zabije, to wzmacnia. Są takie cierpienia, powiada Mariola Kosowicz, które nigdy się nie kończą. Na przykład śmierć dziecka. – Nie miałabym odwagi powiedzieć człowiekowi, że to go wzmocni.

Albo to, że cierpienie uszlachetnia. Przeciwnie, powiada Kamil Durczok, sama choroba upokarza. – Człowiek w ogóle nie czuje się szlachetny, gdy jest oplątany wenflonami, nie może iść sam do łazienki albo musi ciągnąć za sobą całe to ustrojstwo. Cierpienie, choroba stwarza raczej pokusę, mówi, by funkcjonować dalej na specjalnych prawach, otrzymywać wsparcie, opiekę.

Durczok jest przekonany, że o powodzeniu „Wygrać życie” zadecydował autentyzm: – Tam nie ma cienia kreacji, fałszu – ludzie będący w podobnej sytuacji intuicyjnie takie rzeczy wyczuwają.

Beata Stasińska mówi, że wyznania te stają się literacko cenne, kiedy ich autor próbuje zrozumieć siebie. Kiedy choroba czyni go jeszcze bardziej ludzkim, jeszcze ciekawszym człowiekiem. Za bardzo ważne uważa świadectwo Jerzego Stuhra. Również dlatego, że tam nie ma jednej odpowiedzi: czy choroba niszczy, czy uszlachetnia.

Poziom piąty: zmienić

Czy choroba zmienia? Też nie ma jednej odpowiedzi. Kamil Durczok powiada, że jego w najmniejszym stopniu nie zmieniła. Pracował przed chorobą, w czasie choroby i teraz. Bezgranicznie zaufał lekarzom, zamknął za sobą bramę kliniki i dalej jest Durczokiem z większością tych samych wad i zalet.

Krystyna Kofta znajduje tych zmian w sobie całe mnóstwo. Od zbliżenia się do kobiet, spostrzeżenia, jak bardzo przedmiotowo traktuje je kultura, po głód, by zrozumieć swoje człowieczeństwo: – Po tym wszystkim, co się stało, człowiek zyskał poczucie wartości własnego życia, własnej pracy. Zobaczył, że to, co w środku, nie zgadza się z tym, co na zewnątrz. „Jak mało trzeba, żeby poczuć się wolnym: trzy dni zamknięcia w szpitalu, jedna operacja, utrata świadomości w narkozie, przebudzenie bez piersi, ale i uwolnienie od bestii, która zżarłaby mnie od środka. To jedna z piękniejszych wolności, pooperacyjna, poszpitalna wolność” – pisała.

To nie jest tak, że każdy ozdrowieniec zostaje mędrcem, wtajemniczonym, wybrańcem. Choroba nowotworowa – jak mówi dr Kosowicz – powoduje taki stan, jakby człowiek włożył okulary i wykrzyknął: Boże, ja widzę świat! Siebie też, włącznie z prawdziwym poczuciem wartości, nadrabianym żałosnym wyścigiem, by istnieć, by zdobywać, by wykazywać się w każdej życiowej roli na sto procent. Nie można w tej sytuacji choćby na chwilkę nie ujrzeć kruchości ludzkiego życia. Wielu musi zauważyć, jak pogoń za dostatkiem, pozycją, władzą, sławą spłyciła relacje z innymi, nawet najbliższymi, jak zabrała im czas na ich własne życie, jak je przegapiają. Mimo pozorów bycia wśród przyjaciół człowiek okazuje się przerażająco samotny. Wielu, może nawet większość, te okulary natychmiast zrzuca: nie wytrzymam, nie dam rady widzieć. Jednak powszechność tego doświadczenia (skoro jest ono w jakimś stopniu udziałem bliskich chorego, to znaczy, że w naszym kraju dotyczy nawet ćwierci miliona osób rocznie) na pewno oddziałuje na powszechnie obowiązujący sposób myślenia o świecie, na postawy, na pomiarkowanie się w szaleństwie współczesności.

Poniżej i powyżej poziomu

Choć to szaleństwo – pogoń za zyskiem i sensacją, spłycanie i trywializacja – dopadło również chorobowe coming outy.

Rak celebryty jest atrakcyjniejszy dla mediów niż np. rak Aliny Pieńkowskiej, wielkiej postaci z okresu strajków sierpniowych, czy rak dziecka zwykłej kobiety – stwierdza Beata Stasińska.

Dziś w czasach kryzysu poluje się na sezonowe gwiazdki, by zarobić na ich aktualnej wartości rynkowej, na ich nieszczęściu również. Alkoholizm celebrytki lepiej się sprzeda od alkoholizmu bezrobotnego ojca rodziny.

Wydawcy chodzą po linie. Kupują celebrytów, by dobrze mówili o książkach celebrytów. Kupują „niezależne” recenzje. A czytelnicy albo to biorą za dobrą monetę, albo własnymi drogami docierają do oszlifowanej literacko prawdy.

Choroba, podobnie jak wielka katastrofa (huragan w Nowym Orleanie zainspirował już kilku autorów), jest doświadczeniem zmieniającym ludzkie ścieżki i często bezwzględnym lustrem dla społeczeństwa, czego dowodzili wielcy pisarze, od Daniela Defoe po Alberta Camusa – mówi Beata Stasińska. Teraz w kolejce czekają nieuleczalne udręki, które odmieniają tak – łudzimy się – fantastycznie wydłużone ludzkie życie: stwardnienie rozsiane, alzheimer, parkinson

„Bractwo tak się trzęsie, że raczej się skupia, niż rozprasza; raczej zapada w sobie, niż ekstrawertyzuje; raczej uważa, by od zbytecznego – zawsze przecież jakimiś ruchami wzmaganego – gadania przed samym wejściem do gabinetu nie rozlecieć się do reszty. Nawet jak są między nami jacyś bajeranci, nawijacze czy inni urodzeni gawędziarze, to artykulacja przeszła im w gestykulację. Obecna moja wspólnota wspólnotowością mnie nie kusi. Jest to jedyne – nie zawsze, ale wystarczająco często – miejsce, w którym bywam najmłodszy” – relacjonuje z poczekalni u neurologa Jerzy Pilch w „Dzienniku”. Sprzedaż 22 tys. egzemplarzy, pozycja typowana przez wydawcę na longseller.

Polityka 25.2013 (2912) z dnia 18.06.2013; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Łączy nas chemia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną