Społeczeństwo

Ostatni dzwonek

Jak ożywić polską edukację?

Dzieci przy jednym z eksponatów w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Dzieci przy jednym z eksponatów w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Bogdan Krezel/Przekrój/visavis.pl / Forum
Dzisiejsza szkoła produkuje świetnie wykształcone społeczne kaleki, słabo przygotowane do współczesnej rzeczywistości. Winne są nadmierne ambicje klasy średniej i tyrania dobrych intencji. Skoro to wiemy, dlaczego tego nie zmieniamy?
Żeby uczyć, trzeba zaciekawić. Na fot. At Bristol, brytyjski odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik.VisitBritain/Pawel Libera/Getty Images/FPM Żeby uczyć, trzeba zaciekawić. Na fot. At Bristol, brytyjski odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik.
Indywidualne konkursy uczniowskie organizowane są dziesiątkami przez każdą gminę, powiat i kuratorium, byle tylko była okazja do wręczenia kolejnego pucharu i dyplomu.mik Krakow/Flickr CC by SA Indywidualne konkursy uczniowskie organizowane są dziesiątkami przez każdą gminę, powiat i kuratorium, byle tylko była okazja do wręczenia kolejnego pucharu i dyplomu.

Artykuł w wersji audio

Największe dotychczas wydarzenie na Stadionie Narodowym: mecz? koncert? mityng polityczny? Nie, Piknik Naukowy. Uczestniczyło w nim ponad 140 tys. osób, które cisnęły się w długich kolejkach, by obejrzeć choć kilka spośród tysiąca eksperymentów pokazywanych podczas Pikniku. Młodzi ludzie pokazali, co jest dla nich ważne i co ich interesuje.

Najnowsze, ogłoszone właśnie opracowanie „Konkurencyjna Polska. Jak awansować w światowej lidze gospodarczej?” pod redakcją prof. Jerzego Hausnera podkreśla, że warunkiem dalszego rozwoju kraju jest jakość kapitału ludzkiego, czyli to, co Polacy będą mieli w głowach. A to zależy nie tylko od ich indywidualnego zapału i dążenia do wiedzy, lecz również od jakości systemu edukacyjnego, który ów zapał powinien przekształcać w umiejętności przyszłych pracowników. Podczas prezentacji tego dokumentu w Pałacu Prezydenckim rozgorzał spór o ocenę polskiej edukacji. Marek Darecki, prezes WSK Rzeszów i lider podkarpackiej Doliny Lotniczej (tzw. klastra skupiającego dziesiątki firm lotniczych), stwierdził, że w ciągu dwóch dekad reformowania polska szkoła osiągnęła dno i jest gorsza niż za komuny. Odparowała mu Agnieszka Chłoń-Domińczak z Instytutu Badań Edukacyjnych, przekonując, że system edukacyjny systematycznie się poprawia, co można udowodnić na konkretnych danych. Ktoś kłamie? Niekoniecznie.

Niektóre statystyki rzeczywiście dają powód do dumy. Najbardziej znane międzynarodowe porównanie osiągnięć edukacyjnych 15-latków PISA, organizowane przez OECD, czyli klub najbogatszych państw świata, pokazuje, że Polska dokonała wielkiego skoku edukacyjnego w ostatniej dekadzie. Tymczasem prof. Jan Hartman, filozof, wzięty publicysta, felietonista POLITYKI oraz wykładowca pracujący z młodzieżą napływającą na uniwersytet wprost z tych szkół, w ostrym pamflecie na łamach „Gazety Wyborczej” stwierdził w maju tego roku, że polskiej szkoły nie da się zreformować i należy ją po prostu w tej postaci zlikwidować.

Zjawisko odroczonej dorosłości

Dlaczego prawda statystyk tak odbiega od odczuć rodziców, uczniów, wykładowców i pracodawców? Wielu odpowiedzi dostarczył Drugi Kongres Polskiej Edukacji zorganizowany przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE). W tym samym czasie, kiedy na Stadionie Narodowym tłoczyli się zaproszeni przez Polskie Radio i Centrum Nauki Kopernik entuzjaści wiedzy, na Kongresie spotkali się nauczyciele, badacze i administratorzy systemu szkolnego. Prof. Michał Federowicz, szef IBE, wpadł na prosty pomysł ustawienia debaty – rozmawiajmy o faktach, zostawmy w szatni prywatne odczucia i incydentalne doświadczenia. Popatrzmy na polską szkołę przez okulary badań naukowych szukających odpowiedzi na liczne dręczące nieustannie pytania: czy system edukacyjny wyrównuje szanse, czy przeciwnie – grozi spójności społecznej? Czy rzeczywiście produkuje bezrobotnych, bo kształci w sposób niedostosowany do potrzeb rynku pracy? Czy nauczyciele obijają się, siedząc nieustannie na wakacjach i feriach, a gdy już się zmęczą odpoczynkiem, stają do pracy na kilkanaście tylko godzin w tygodniu?

Pomysł prof. Federowicza sprawdził się znakomicie i bardzo uporządkował naszą rozmowę o systemie edukacyjnym. Jeden z kluczy do zrozumienia sytuacji młodych ludzi odnalazła psycholog prof. Anna Brzezińska, opisując zjawisko odroczonej dorosłości. Nie tylko w Polsce dostrzegamy, że młodzi coraz później wchodzą w dorosłe życie. Przedłużają pobyt w rodzinnym domu, odkładają decyzje o założeniu rodziny i samodzielności. Wygodnictwo? Trudna sytuacja na rynku pracy? Sprawa jest bardziej złożona. Wszyscy odczuwamy przyspieszenie technologiczne związane z cyfrową rewolucją, a wraz z nim przemiany w każdej sferze życia, od kultury po gospodarkę. W rezultacie, lata spędzone w szkole i na uczelni nie wyposażają młodzieży we wszystkie kompetencje, by po zakończeniu edukacji samodzielnie stawić czoła rzeczywistości. Potrzebuje ona czegoś w rodzaju moratorium, dodatkowego czasu na dokończenie procesu tworzenia własnej tożsamości, zintegrowanej osobowości zdolnej do życia społecznego. Nie powinniśmy się tym zjawiskiem niepokoić, przekonuje prof. Brzezińska, nie ujawniają się w nim deficyty dzisiejszych młodych, lecz raczej niedostosowanie reszty systemu – świata edukacji i pracy, które atakują sprzecznymi oczekiwaniami i jednocześnie nie zapewniają odpowiedniego wsparcia.

W cenie kompetencje miękkie

Czego bowiem oczekują pracodawcy? Głównie zdolności do samoorganizacji i kompetencji międzyludzkich. Pracownik powinien być samodzielny i zdolny do zarządzania swoim stanowiskiem, skłonny do współpracy, otwarty na klienta, gotowy i zdolny do ciągłego uczenia się oraz adaptacji do zmieniających się warunków. Nie zaszkodzi oczywiście, żeby posiadał wiedzę zawodową – tej jednak najłatwiej nauczyć. Najtrudniej zaś wyposażyć pracownika w tzw. kompetencje miękkie, które budować trzeba od dziecka. Prof. Brzezińska wymienia cztery: ciekawość świata, twórcze podejście do rzeczywistości, umiejętność współpracy i zaufanie, rekomendując, by położyć nacisk na ich kształtowanie od pierwszych dni pobytu dziecka w przedszkolu i nie ustawać w wysiłku aż do ostatniego dnia studiów.

Rekomendacje prof. Brzezińskiej są także niestety diagnozą – tych akurat kompetencji polska szkoła nie kształtuje, czego nie wychwytują statystyki, jakimi zachwycają się obserwatorzy z OECD. Przeciwnie, ciągle jeszcze, choć następują już powolne zmiany, systemowo nasze szkoły nastawione są – zdaniem psychologa społecznego prof. Janusza Czapińskiego – na hodowlę patologicznego indywidualizmu. Premiują indywidualne osiągnięcia, podkręcane przez testowy system oceny oraz przemysł wyścigu szczurów. Indywidualne konkursy uczniowskie organizowane są dziesiątkami przez każdą gminę, powiat i kuratorium, byle tylko była okazja do wręczenia kolejnego pucharu i dyplomu.

Cały ten ruch bez większego sensu spina „ideologia inwestowania w kapitał ludzki”, uczeń jest produktem, w który systematycznie pompuje się elementy wiedzy mającej zapewnić sukces na rynku pracy. I tu zaczynają się kłopoty – im większa bowiem presja na indywidualne osiągnięcia w szkole i poza szkołą, tym mniej czasu i uwagi na kształtowanie wspomnianych kluczowych miękkich kompetencji. Szanse na dobre zatrudnienie zamiast rosnąć, maleją, a zagubieni młodzi wychodzą z systemu jako produkty mocno niedokończone i potrzebują jeszcze więcej czasu, by się odnaleźć.

Uwolnić uczniów od testomanii

Skoro to wszystko już wiemy, dlaczego tak trudno przestawić system? Bo systematycznie pada on ofiarą tyranii dobrych intencji. Tego określenia użyli Amerykanie, gdy odkryli, że dobry z założenia pomysł, by zacząć porównywać osiągnięcia uczniów i szkół za pomocą standardowych egzaminów, doprowadził do odwrotnych skutków: egzaminy przekształciły się w testomanię, nauka w uczenie pod testowy klucz, wyniki testowych osiągnięć stały się dla polityków instrumentem do dyscyplinowania nauczycieli i kierowników szkół. Pomiar stał się celem samym w sobie, uczeń zamienił się w wiązkę mierzonych parametrów, podobnie jak samochód produkowany w fabryce Forda.

Brzmi znajomo? Niestety, w Polsce nie uniknęliśmy tej pułapki. Teraz próbujemy się z niej wydostać, mozolnie zmieniając konstrukcję egzaminów wieńczących poszczególne etapy edukacji, tak by uwolnić się od testomanii. W istocie jednak jest ona jedynie aspektem polskiej tyranii dobrych intencji. Problem kluczowy zdefiniował precyzyjnie podczas Kongresu Edukacji Mirosław Sielatycki, do niedawna wiceminister edukacji, dziś wicedyrektor Biura Edukacji Warszawy. System szkolny jest po prostu zakładnikiem wyścigu z aspiracjami klasy średniej.

Skutki tego wyścigu widać w dużych polskich miastach, gdzie – jak pokazują badania prof. Romana Dolaty – w ciągu dekady nastąpiło rozwarstwienie publicznych gimnazjów. Różnice między szkołami, mierzone osiągnięciami uczniów, mogą sięgać nawet ponad 40 proc. Różnic tych jeszcze nie widać w szkołach podstawowych, te są do siebie podobne. Po ich zakończeniu następuje jednak proces selekcji, rodzice z klasy średniej starają się o to, by ich dziecko trafiło do dobrego gimnazjum. Mniej zapobiegliwi i zasobni rodzice z klas niższych wysyłają dzieci do najbliższej, rejonowej szkoły. Koniem trojańskim klasy średniej umożliwiającym, zdaniem prof. Dolaty, podporządkowanie systemu własnemu interesowi jest idea publicznego gimnazjum dwujęzycznego. Test kompetencji językowych na starcie czyści szkołę z niechcianego elementu, z jakim muszą mierzyć się zwykłe gimnazja zobowiązane do przyjmowania dzieci z rejonu. Dobra intencja towarzysząca reformie z 1999 r., by moment selekcji przesunąć w czasie do 16 roku życia, w wielkomiejskiej praktyce obniżyła selekcyjny próg, ustawiając go po szóstej klasie szkoły podstawowej.

Prosty mechanizm, groźny jednak dla wszystkich, również dla klasy średniej i jej dzieci. Groźny, bo szkoła publiczna zamiast wyrównywać szanse, zaczyna aktywnie uczestniczyć w odtwarzaniu i utrzymaniu struktury klasowej. Zagrożona jest nie tylko spójność społeczna, lecz również interesy najbardziej biegłej w tym wyścigu klasy średniej. Bo wyścig wcale nie musi zakończyć się sukcesem, skoro produkuje świetnie wykształcone aspołeczne kaleki pozbawione kompetencji niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania we współczesnej rzeczywistości.

Na tym jednak rządy tyranii dobrych intencji się nie kończą. Kolejny problem to samorząd lokalny, odpowiedzialny za edukację na terenie gmin. Idea samorządności w tym obszarze sprawdzała się doskonale, gdy Polska nie narzekała na brak dzieci. Kłopoty zaczynają się wówczas, gdy dzieci zaczyna brakować, a na plecach czuć chłód finansowego kryzysu. Im mniej dzieci, tym mniejsza waga edukacji w lokalnej polityce. W sumie, po co wydawać na szkoły ponad niezbędne minimum, zwłaszcza w gminach najbiedniejszych i peryferyjnych, skoro lepsze wykształcenie oznacza większe ryzyko ucieczki młodzieży do większych ośrodków?

Lista problemów, z jakimi zmierzyć się musi polska szkoła, jest o wiele dłuższa. Potrzebna jest jednak odważna wizja, polityczna wola i społeczny entuzjazm, by znaleźć dobre rozwiązania. To ostatni dzwonek: dzięki środkom z kolejnej perspektywy finansowej UE możemy nadrobić zaległości i wyposażyć szkoły w nowoczesne laboratoria, a nauczycieli w wiedzę i kompetencje potrzebne, by poradzić sobie z potrzebami dzisiejszego ucznia. To ostatni dzwonek, żeby otworzyć szkołę na świat, by wykorzystać energię, jaką ujawnił Piknik Naukowy. Armia młodych, głodnych wiedzy ludzi pokazała, że są ciekawi świata...

Polityka 26.2013 (2913) z dnia 25.06.2013; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Ostatni dzwonek"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną