Społeczeństwo

Z poligonu do Trzeciej Rzeczpospolitej

Borne Sulinowo - miasto odzyskane

Polskie władze usuwały ślady radzieckiej obecności-ostały się dwie armaty na głównym skwerze miasta. Polskie władze usuwały ślady radzieckiej obecności-ostały się dwie armaty na głównym skwerze miasta. Wojciech Śmieja / Polityka
W ciągu tych 20 lat pomysłów na Borne Sulinowo – kiedyś poligon niemiecki, a potem sowiecki – było wiele: uzdrowisko, miasto spokojnej starości, baza NATO, elitarny kampus uniwersytecki, skansen prezentujący historię zimnej wojny i całe mnóstwo innych. A powstało po prostu miasto.
Dom Oficera trafił w polskie ręce w dobrym stanie. Nie znalazł się na liście priorytetów młodego miasta.Wojciech Śmieja/Polityka Dom Oficera trafił w polskie ręce w dobrym stanie. Nie znalazł się na liście priorytetów młodego miasta.
W sowieckim garnizonie stacjonowało 20 tys. ludzi, dziś w Bornem mieszka 4 tys. osób. Wiele obiektów wojskowej infrastruktury czeka na nowy przydział.Wojciech Śmieja/Polityka W sowieckim garnizonie stacjonowało 20 tys. ludzi, dziś w Bornem mieszka 4 tys. osób. Wiele obiektów wojskowej infrastruktury czeka na nowy przydział.
Dariusz Czerniawski, radny z archiwistyczną pasją, zgromadził kilkadziesiąt teczek dokumentów obrazujących niemiecką historię Bornego.Wojciech Śmieja/Polityka Dariusz Czerniawski, radny z archiwistyczną pasją, zgromadził kilkadziesiąt teczek dokumentów obrazujących niemiecką historię Bornego.

Ostatni sowieccy (wówczas już rosyjscy) żołnierze opuścili teren Polski 20 lat temu – 17 września 1993 r. Dwa dni wcześniej, na mocy rozporządzenia Rady Ministrów, Borne Sulinowo, dotychczasowa sowiecka baza, uzyskało prawa miejskie. O nowym mieście mówiły wówczas wszystkie media, zachęcały potencjalnych zainteresowanych do zamieszkania w nim; gmina Silnowo, do której Borne należało, sprzedawała mieszkania w preferencyjnej cenie 20 mln starych zł (przy średniej pensji wynoszącej niemal 4 mln zł). Otwarcie miasta opisywał nawet reporter „Los Angeles Times”.

Dzisiaj mieszkańcy przychodzą do mnie z takimi problemami, jak zapchana studzienka kanalizacyjna – mówi Dariusz Czerniawski, miejski radny, w Bornem niemal od początku. – Wtedy się uśmiecham: na początku o takich prozaicznych problemach, z jakimi dzisiaj się borykamy, nawet nie mieliśmy śmiałości marzyć.

W szczycie sezonu wakacyjnego AD 2013 pan Waldek zwany Komandosem (w Bornem od końca lat 90.), właściciel wypożyczalni kajaków i rowerów, narzekał, że sezon kiepski i ludzi mało, mniej niż w latach poprzednich. Faktycznie, Borne, mimo olbrzymiego potencjału, turystycznym Klondike się nie stało. Co prawda byli jak co roku profesorostwo Kłosińscy (– To, że nic się tu nie dzieje, najbardziej się nam podoba – mówi prof. Krzysztof Kłosiński, literaturoznawca z Uniwersytetu Śląskiego) i państwo Goikowie z wnukami (prof. Henryk Goik był pełnomocnikiem rządu ds. zagospodarowania mienia przejętego od wojsk Federacji Rosyjskiej i z racji funkcji przejmował Borne Sulinowo od Rosjan), ale grupa zakochanych w Bornem jest stosunkowo nieliczna i dość jednak elitarna – na pewno nie mogą zająć wszystkich kajaków i zajeździć wszystkich rowerów pana Waldka.

Nie ma Lipy

Borne Sulinowo leży na południowo-wschodnim krańcu województwa zachodniopomorskiego; przed wojną tereny te stanowiły pogranicze III Rzeszy. Polska była tuż, tuż. Rzadko zaludnione i nieurodzajne okolice pełne jezior, wzgórz morenowych i lasów przez lata żyły spokojnym rytmem przyrody – na brzegu jeziora Pile istniała maleńka rybacka wioska Linde, z której ocalało niewiele więcej niż parę fotografii przedstawiających wąsatych rybaków i ich puszyste frauen z wymyślnymi kokami na głowach. Gdy jednak w latach 30. Niemcy wznieśli umocnienia Wału Pomorskiego, jednym z największych przedsięwzięć w ramach tych prac był garnizon i poligon na miejscu wysadzonych w powietrze wsi Linde, Plitnitz, Knacksee, Doderlage i Steinforth. Tak powstał Truppenlager Gross Born.

Dariusz Czerniawski nie ma za sobą studiów historycznych, ale kilkanaście lat pracy w Muzeum Polskim w Rapperswilu dało mu muzealniczą pasję i archiwistyczną kindersztubę, wystarczające do prowadzenia od 17 lat dokumentacji historii Bornego z czasów niemieckich. Zebrała się tego pełnowymiarowa szafa. Wyjaśnia: – Garnizon w Gross Born powstał jako wygodny punkt wyjścia natarcia Wehrmachtu na Polskę. I tak też został wykorzystany. Później ćwiczyli tu żołnierze niemal wszystkich frontów drugiej wojny. Piaszczyste wrzosowiska nadawały się do tego idealnie. Na południowym krańcu poligonu w okolicy dzisiejszego Kłomina, a wówczas Westfalendorfu, powstały dwa oflagi i stalag, gdzie przetrzymywano jeńców polskich, francuskich, jugosłowiańskich, radzieckich. W 1944 r. trafiali tu powstańcy warszawscy.

Marzeniem Czerniawskiego jest poważna historyczna monografia garnizonu – szafa to materiały do niej (często dokumenty unikatowe, np. listy francuskich oficerów, jeńców tutejszego oflagu). Na razie spełnił inne swoje marzenie – jest twórcą Izby Muzealnej w Bornem i jako kierownik Budynku Kulturalno-Oświatowego buduje nowoczesną tożsamość miasta.

Baza tajna, ale fajna

Niemcy oddali potężny garnizon bez jednego wystrzału. Rosjanie przejęli zabudowania w doskonałym stanie i zaczęli swoje rządy. Teren wyłączono spod polskiej jurysdykcji, na mapach figurował jako lasy, w pobliskiej Brzeźnicy-Kolonii do dziś można oglądać resztki magazynów, w których przechowywano broń jądrową, której oficjalnie na terenie PRL nie było.

Ukrainiec Aleksander Piwen był garnizonowym fotografem w drugiej połowie lat 80. Dziś wraz z żoną Wierą, podobnie jak kilkanaście innych gwardyjskich rodzin, wrócili do Bornego Sulinowa. Sasza prowadzi rosyjską restaurację i sklep z rosyjskimi towarami, które przywozi – zimnowojenni stratedzy przewracają się w grobach – z niemieckich hurtowni. Można u niego kupić żiguliewskie piwo, suszoną rybę, chałwę słonecznikową, prawdziwą tuszonkę... W restauracji wystawia swoje zdjęcia z czasów garnizonu: pochody pierwszomajowe i defilady, ćwiczenia poligonowe i codzienne życie bazy – jako dodatkowy wabik i smaczek dla klientów.

Do czasów uwiecznionych przez Piwena sięgają wspomnienia mieszkańców okolicznych wsi. Waldemar Zabuski pochodzi z Silnowa, gdzie jego ojciec przejął poniemiecką kuźnię. W 1992 r. był zastępcą wójta gminy i jedną z kluczowych osób przejmujących Borne. – Z Rosjanami handlował mój ojciec, a mojego syna wojskowy neurochirurg, kapitan Zasypkin, uratował od kalectwa. Do Domu Oficera, dziś to ruina, chodziło się do dyskoteki. Zdarzało się, że do szewca w Silnowie po oficerki przylatywali przez jezioro helikopterem.

Borne było bazą 6 Witebsko-Nowogródzkiej Gwardyjskiej Dywizji Zmechanizowanej – wraz z obsługą zamieszkiwało w garnizonie ponad 20 tys. ludzi (dziś miasto liczy nieco ponad 4 tys.). Żołnierze służby zasadniczej stacjonowali tu dwa lata, oficerowie i cywile przebywali na kontraktach pięcioletnich, ale w wielu przypadkach były one przedłużane. W skład dywizji wchodziły jednostki, które miały swoje ogrodzone rewiry – wyjście do miasta było nagrodą i umożliwiała je jedynie przepustka. Opuszczenie jednostki i wyjazd np. do Szczecinka były już przywilejem oficerskim – ale właściwie po co było ją opuszczać, skoro sklepy były świetnie zaopatrzone, działały kina i teatry, istniała garnizonowa telewizja, a terenów zielonych było bez liku? Chyba że na handel – w kryzysowej i kartkowej Polsce lat 80. szło właściwie wszystko, a szczególnie już sprzedawane na beczki paliwo.

Kiedy na początku lat 90. pojawiła się perspektywa opuszczenia Bornego, wielu nie chciało w to wierzyć, nie chciało rezygnować z wygodnego życia. Opornym w pakowaniu manatek pomagały specjalne komanda, które fundowały błyskawiczną usługę przeprowadzkową – meble i dobytek leciały przez okno. Potem te wybebeszone sterty meblościanek, tapczanów, krzeseł ochoczo filmowały polskie ekipy telewizyjne, by pokazywać „ruską dzicz”. 12 października 1992 r. było już po wszystkim. Rosyjskie obiekty, na prośbę władz gminy Silnowo, przejęło Wojsko Polskie – ktoś musiał chronić Borne przed szabrem, który rozkręcał się na dużą skalę.

Na całych jeziorach ty

Waldemar Zabuski prowadzi dziś w Silnowie gospodarstwo agroturystyczne i restaurację. – I nastała na jeziorze cisza – wspomina. – Przez całe lata słyszało się warkot silników, na niebie latały helikoptery, dudniły armaty, snuły się dymy. I nagle cisza. Taka grobowa. Dopiero wtedy zrozumiałem, że to się stało, że się nie odstanie.

O przyłączenie Bornego do gminy Silnowo walczyła ówczesna pani wójt Teresa Knopik. Gmina była wiejska i biedna, właśnie padały, jeden po drugim, wszystkie gminne pegeery, pojawiło się bezrobocie i słynne wino Arizona – przejęcie Bornego miało być impulsem rozwojowym. Uchwała Rady Gminy precyzowała, że Borne ma się rozwijać jako ośrodek turystyki ekologicznej. Atutów upatrywano w nieskażonej – mimo dziennikarskich kaczek o świecących borowikach i dwugłowych lisach – przyrodzie otaczającej odcięte od świata miasto. W numerze specjalnym „Wiadomości Borneńskich”, wydanym z okazji 10 rocznicy powstania miasta (2003 r.), pani wójt wspominała: „W miarę uruchamiania miasta, po jego przejęciu, rodziło się coraz więcej problemów, tym bardziej że gmina nie dysponowała wystarczającymi środkami finansowymi. Czyniliśmy starania, aby przydzielono nam pieniądze na zagospodarowanie mienia poradzieckiego, ale pieniądze na ten cel wpłynęły do kasy gminy dopiero w 1995 r.”.

Mimo organizacyjnych niedostatków akcja osiedleńcza ruszyła: ludzie zaliczkowali mieszkania, a potem odbywało się losowanie lokali. Do Bornego trafiali alimenciarze, nierzetelni dłużnicy, nieuczciwi biznesmeni – liczący, że w odgrodzonym puszczą od świata miasteczku będą mogli się łatwo zaszyć. Ale policja miała ich tu podanych na talerzu. Życiową przystań znaleźli za to i ton miastu zaczęli nadawać ludzie innego pokroju – jak śląski dziennikarz Janusz Karkoszka, który wydawał miejską gazetę „Moreny”, zanim w ogóle pojawili się czytelnicy, czy Mirosława Łuczak, autorka dwóch tomików wspomnień o Bornem. Niektóre budynki zostały sprzedane szemranym inwestorom – w ten sposób pozbyto się pięknego Domu Oficera, który dziś jest smutną ruiną z wybebeszonymi kablami, o losie Kłomina (niem. Westfalendorf, ros. Gorodok) nie warto wspominać – rozkradziono wszystko, winnych nie ma (patrz „Widmo zony”, Na własne oczy, POLITYKA 45/07). Specjalnie wynajęty przez panią wójt traktor wyrwał z posad pomnik Lenina, znikł pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej, słynna, wzniesiona jeszcze przez Niemców, brama wjazdowa od strony Szczecinka została rozebrana. Miasto szybko nabierało cywilnego charakteru…

Andrzej Michalak (w Bornem od drugiej połowy lat 90.), właściciel prywatnego muzeum, pomysłodawca corocznych zlotów pojazdów militarnych i przewodnik po okolicy, rozumie, że po odzyskaniu miasta emocjonalnie odreagowywano przeszłość, burząc jej pamiątki. – Ale nie mogę zrozumieć współczesnych władz – nie dawniej niż dwa lata temu zburzono ostatnią honorową trybunę. Z niej generałowie, taki Dubynin na przykład, odbierali defilady i pochody. Mam wrażenie, że władze Bornego nie rozumieją, ile mogłyby zarobić na historii. Przyrodę mamy piękną, ale historię to mamy wyjątkową!

Niewielką pociechą jest dla Michalaka 21 tablic tworzących miejską ścieżkę spacerowo-turystyczną. I tak np. na murach dawnego szpitala znajdowała się socrealistyczna mozaika (sowiecka Madonna z Dzieciątkiem); gdy w 2011 r. przeprowadzano termoizolację budynku, w którym mieści się dziś m.in. biblioteka publiczna, mozaikę pokryła warstwa styropianu i tynk akrylowy w neutralnym bladożółtym kolorze. Na osłodę została tablica z czarno-białym zdjęciem mozaiki i stosownym opisem. Trochę mało, jakby nie było...

Mimo różnic w wielu kwestiach w tej sprawie Michalaka wspiera Czerniawski, dzięki któremu w Bornem Sulinowie odbyły się międzynarodowe warsztaty w ramach projektu partnerskiego Grundtvig („Creating a Fundament for Teaching the History of Cold War”). Uczestniczyło w nich 20 osób z Estonii, Norwegii, Danii i Niemiec. – To Norwegowie uświadomili mi, jakim niezwykłym miejscem jest Borne. Oni patrzą na Borne, na Kłomino, na Brzeźnicę jak na wielki skansen zimnej wojny. Czegoś takiego nie ma nigdzie indziej.

Polska w miniaturze

Pod koniec lat 90. górnicy restrukturyzujących się śląskich kopalń brali sute odprawy. Chciano widzieć w nich nowy impuls rozwojowy dla miasta, które otworzyło nawet na Śląsku punkt rekrutacyjny. Z zadymionych Siemianowic, z rozfedrowanego Chorzowa, z przygnębiającego Bytomia mieli przyjechać i zasiedlić Borne. Poprzez pochodzącą ze Śląska panią wójt, poprzez prof. Goika związanego z Uniwersytetem Śląskim, miasto miało przyciągać także intelektualną elitę regionu – swój, dziś upadły, ośrodek wypoczynkowy otworzył UŚ, mieszkania kupowali uczeni, artyści, biznesmeni.

Mimo że gwarantowane w ówczesnych folderach eldorado z rozlewnią coca-coli, fabrykami kooperującymi z Ikeą itd. nie powstało, ok. 20 proc. mieszkańców Bornego ma swe korzenie na Śląsku. Można w Bornem usłyszeć śląską godkę, a 4 grudnia obchodzona jest Barbórka. I na tym anegdotycznym wymiarze się skończyło – w Bornem pozostali górniczy emeryci. Gwarantowane świadczenia pozwalają im cieszyć się świeżym powietrzem, ale raczej nie stanowią impulsu rozwojowego dla miasta.

W Bornem pięknie się mieszka, ale trudno się żyje – twierdzi Dariusz Czerniawski. W tym roku padł największy pracodawca w okolicy – firma Matex. Ponad 600 osób znalazło się bez pracy. Odczuwa to od razu rynek nieruchomości – młodzi uciekają z Bornego, sprzedają mieszkania. Za nimi idą właściciele punktów usługowych i sklepów – brak klientów oznacza często konieczność zwijania działalności.

Borne Sulinowo chwali się, że jest miastem ludzi młodych – niebezpodstawnie, taka jest statystyka. Ale w odczuciach mieszkańców jest inaczej – Borne jest miastem emerytów. Skąd ta rozbieżność? Młodzi pojawiają się i znikają (ostatnio bardziej chyba to drugie), tworzą społeczny przeciąg, ale w mieście pozostają ludzie starsi, tacy, którzy już nie muszą rozglądać się za pracą, której w okolicy i tak nie ma.

Waldemara Zabuskiego martwi, że miasto, które współtworzył, straciło entuzjazm, że zaginął gdzieś pionierski duch. Sporządzony przez niego bilans jest niejednoznaczny: Borne Sulinowo to pierwsze miasto Trzeciej Rzeczpospolitej, ze wszystkimi jej osiągnięciami i zaniedbaniami, z sukcesami i porażkami. Swego czasu Towarzystwo Rozwoju Bornego Sulinowa postulowało, by w mieście pojawiły się trójjęzyczne tablice z nazwami ulic, przypominające kolejne jego epoki: niemiecką, rosyjską i polską. Wówczas np. tablica prezentująca pomnik Lenina stałaby przy Adolf Hitler Strasse vel ulicy Niepodległości.

Rzeczywiście, Borne Sulinowo wytworzyło tyle symboliki, że nie potrafi jej unieść. Stało się prowincjonalnym, trochę sennym miasteczkiem i trochę polskim piekiełkiem. Kolejne koszarowce okładane są styropianem i akrylowym, często pstrokatym tynkiem. Te, w których zamieszkali pierwsi mieszkańcy, wyglądają skromnie i schludnie, pod oknami na wąskich rabatkach rosną niewymagające emeryckie kwiatki: gerbery czy bratki. Inne budynki zamieniono na apartamentowce i ośrodki wypoczynkowe z wymyślnymi tarasami i różnymi dekoracyjnymi esami-floresami, o których w najdzikszych snach nie marzyli radzieccy rekruci z Tuwy czy Ałma Aty. Jeszcze inne dzielą los Domu Oficera: niedyskretnie osuwają się w niebyt.

Na placu przed dawnym warsztatem mechanicznym gwardyjskiego batalionu czołgowego 6 Dywizji rozpełzło się miejskie targowisko z niemieckim second handem w roli głównej. Obrazek stamtąd przypomina złote lata 90. polskich bazarów: są łóżka polowe, koce, kartonowe pudła i wieczna prowizorka drewnianych straganów. Ale już niedługo – władze miasta kończą właśnie budowę eleganckiego obiektu handlowego, gdzie kupujących powita nowy wspaniały świat kostki bau, schludnej pleksi i eleganckiego aluminium.

Tą inwestycją (funduje Unia Europejska) zaczyna Borne Sulinowo kolejne 20 lat swego istnienia.

Polityka 37.2013 (2924) z dnia 10.09.2013; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Z poligonu do Trzeciej Rzeczpospolitej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną