Społeczeństwo

Przeciętny żonobójca

Mężowie, którzy potrafią zabić

Z ochroną ofiar przemocy w rodzinie nigdy nie było w Polsce najlepiej, ale po wprowadzeniu nowych przepisów w 2010 i 2011 r. jest tragicznie. Z ochroną ofiar przemocy w rodzinie nigdy nie było w Polsce najlepiej, ale po wprowadzeniu nowych przepisów w 2010 i 2011 r. jest tragicznie. Mirosław Gryń / Polityka
Żaden bandzior, raczej zwykły facet. W Polsce około 150 kobiet rocznie ginie z rąk mężów lub partnerów. System ochrony ofiar rodzinnej przemocy nie działa.
W większości przypadków, gdy mężczyzna zabija bliską sobie kobietę, granica między życiem a śmiercią jest cienka. Decyduje impuls, trudne do przewidzenia okoliczności, powikłane, niewidoczne na zewnątrz emocje.Mirosław Gryń/Polityka W większości przypadków, gdy mężczyzna zabija bliską sobie kobietę, granica między życiem a śmiercią jest cienka. Decyduje impuls, trudne do przewidzenia okoliczności, powikłane, niewidoczne na zewnątrz emocje.
Ze zwierzeń zabójców żon wynika, że przekraczali punkt krytyczny, gdy podczas awantury kobieta, która chce odejść, wykrzyczała im w twarz: „zdradzałam cię, to nie jest twoje dziecko”.Mirosław Gryń/Polityka Ze zwierzeń zabójców żon wynika, że przekraczali punkt krytyczny, gdy podczas awantury kobieta, która chce odejść, wykrzyczała im w twarz: „zdradzałam cię, to nie jest twoje dziecko”.

Artykuł w wersji audio

Nikt dokładnie nie wie, co się stało za zamkniętymi drzwiami. On – znany warszawski prawnik, ona – pracowała w dużym domu mediowym. Żyli w separacji, ale widywali się często ze względu na 5-letnią córeczkę. Sąsiedzi mówili o nich: spokojna kulturalna para. Podczas jednej z wizyt on wbił jej nóż w szyję, a sam rzucił się z czwartego piętra.

Wielu podczas awantury potrafi wykrzyczeć: ja cię zabiję! Ale są tacy, którzy naprawdę to robią. Przez lata nie zdają sobie sprawy, że drzemie w nich potencjał zabójcy. Aż w końcu coś pęka. Najczęściej podczas kłótni, ale już po rozstaniu. W parę miesięcy po tym, jak ona odeszła i zaczyna do nich docierać, że nie wróci. Większość twierdzi, że działała w afekcie. Moment zabójstwa pamiętają słabo albo wcale.

Bo dziwnie spojrzała

Orzeczenie o rozwodzie 54-letniego Cezarego S. i jego 40-letniej żony uprawomocniło się w grudniu. On nie mógł pogodzić się z tym, że został porzucony dla innego mężczyzny. Nękał byłą żonę obraźliwymi esemesami, nachodził ją w salonie kosmetycznym, którego była właścicielką. Pewnego dnia pod koniec stycznia przechodził przejściem dla pieszych i zobaczył ją w samochodzie. Jakoś tak dziwnie na niego spojrzała, że go to wytrąciło z równowagi. W emocjach wrócił do domu, zostawił zakupy, wziął nóż i pojechał do jej salonu. Był w strasznym stresie, dalej nie pamięta. Śledztwo wykazało, że zadał 20 ciosów nożem.

Gdyby spróbować nakreślić statystyczny portret żonobójcy, jedną z głównych jego cech byłaby zaborczość. W początkach związku, gdy on jeszcze nie jest pewien, że kobieta w 100 procentach należy do niego, może to być odbierane jako opiekuńczość. Gdy ona jest poza domem, dzwoni co chwilę: czy jej nie zimno, czy wzięła parasol, czy przypadkiem nie jest zmęczona i nie powinna już wracać? Rysuje jej mapę, według której ma chodzić do osiedlowego sklepu, by droga była całkowicie bezpieczna. Potem zabrania jej utrzymywać relacje z osobami z zewnątrz, ogranicza pozadomowe aktywności, wszędzie obsesyjnie węszy zdradę.

To, co początkowo wyglądało na opiekuńczość, zmienia się w patologiczną potrzebę kontroli. Kobietę traktuje jak swoją własność i posłuszeństwo zaczyna wymuszać przemocą. Rzadko, ale zdarza się, że mężczyzna, który zabija, nigdy wcześniej nie uderzył swojej partnerki. Zarazem przypadki, gdy zabija znęcający się latami przemocowiec, to także margines. Najczęściej jest tak, że były jakieś głośne awantury, szarpaniny, ale na tyle niegroźne, że gdy interweniowała policja, partnerzy byli już pogodzeni.

Według specjalistów zajmujących się przemocą domową, gdy podczas takich awantur dochodzi do próby duszenia, jest to sygnał, że sytuacja stała się dla kobiety niebezpieczna. Ale poza tym żonobójstwo to nie jest przestępstwo, które łatwo przewidzieć.

Gdy prof. Rebecca Dobash ogłosiła wyniki wieloletnich badań nad zabójcami bliskich kobiet w Wielkiej Brytanii, wniosek brzmiał: to przeciętni faceci. Nie przypominają innych zabójców. To nie są uzależnieni od alkoholu, bezrobotni menele. Polskie badania, prowadzone przez Centrum Praw Kobiet, wiodą do podobnych konkluzji. Zabójca żony to zazwyczaj mieszkaniec małego miasta; wykształcenie średnie lub zawodowe; kierowca, robotnik budowlany, ogrodnik, piekarz.

To, co mnie zaskoczyło, to poziom kultury i inteligencji wyższy, niż wskazywałoby ich wykształcenie. Bardzo poprawny język, bogate słownictwo – opowiada psycholog Andrzej Dominiczak, który dla Centrum Praw Kobiet przeprowadza w więzieniach wywiady z zabójcami bliskich kobiet. – Za wcześnie na wnioski, ale można przypuszczać, że to mężczyźni, którzy mieli wyższe aspiracje życiowe niż praca fizyczna i stąd wyższy niż przeciętny poziom frustracji.

Jeden z rozmówców Andrzeja Dominiczaka, właściciel punktu ksero, wielokrotnie w rozmowie powtarzał, że dużo pracuje ze studentami; tak jakby chciał podkreślić, że też jest z tego kręgu.

Bo była zazdrosna

O małżeństwie wójta Sanoka Mariusza S. mówiono w sąsiedztwie: „to taka sympatyczna rodzina”. Wyglądali na ludzi szczęśliwych. Właśnie wrócili z wycieczki po południowej Europie. Oboje uwielbiali podróże. Wieczorem wójt był na uroczystości upamiętniającej bitwę z Niemcami w 1939 r., wrócił późno. Może to stało się przyczyną awantury? Znajomi mówili później, że żona była zazdrosna o to, że on przyjmuje do pracy młode atrakcyjne dziewczyny. Rano w domu prawdopodobnie doszło do kłótni. Potem sąsiedzi usłyszeli cztery strzały. Dwie kule trafiły kobietę w klatkę piersiową, trzecia w twarz, a czwartą wójt wystrzelił sobie w skroń.

Mariusz S. należał do koła łowieckiego i miał pozwolenie na broń myśliwską. Miał także pistolet. W zachodniej literaturze przedmiotu, zwłaszcza amerykańskiej, posiadanie broni uznawane jest za jeden z czynników ryzyka. Jednak w Polsce zbrodnie domowe przy użyciu broni palnej to rzadkość. Raczej nóż, siekiera, pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

Żeby sprawca chwycił za broń, musi zadziałać jakiś wyzwalacz. Prof. Isabele Marcus, amerykańska prawniczka, która od wielu lat zajmuje się problematyką ochrony kobiet przed przemocą, rozmawiając z zabójcami partnerek na różnych kontynentach, słyszała podobne tłumaczenia. Bez względu na to, czy była to Europa, Stany Zjednoczone czy Indie, mówili, że nie byli w stanie znieść kobiecego zrzędzenia; tego, że ona krzyczy, on próbuje coś tłumaczyć, a ona krzyczy jeszcze głośniej. Wtedy im się coś robi w głowie i puszczają hamulce.

Są także słowa wyzwalacze. Ze zwierzeń zabójców żon wynika, że przekraczali punkt krytyczny, gdy podczas awantury kobieta, która chce odejść, wykrzyczała im w twarz: „zdradzałam cię, to nie jest twoje dziecko”.

W zbiorowej pracy „Intimate Partners Violence. Prevention and Intervention” (Przemoc między bliskimi. Zapobieganie i interwencja) specjaliści zajmujący się przemocą wobec kobiet starają się opisać czynniki ryzyka, których wychwycenie pozwalałoby zapobiegać tragediom. Jeśli chodzi o charakterystykę sprawców, może to być fakt, że ktoś z nich był w dzieciństwie świadkiem przemocy w rodzinie czy nawet jej ofiarą. Miał wcześniej wiele nieudanych związków z kobietami i zdarzało mu się już przedtem stosować przemoc.

Inny czynnik ryzyka to zaburzenia osobowości, problemy psychiczne, takie jak depresja, bezsenność, myśli czy próby samobójcze. Zaborczy charakter, który sprawia, że traktuje on kobietę jak swoją własność. Gdy ona odchodzi, nie jest w stanie się z tym pogodzić. Gdy w takiej sytuacji zaczyna uprawiać stalking, gnębi ją telefonami, mailami, nachodzi (jak w przypadku Cezarego S.), jest to bardzo niebezpieczny sygnał. Wreszcie alkohol; nawet nie nałóg, ale nadużywanie. Spora część sprawców w momencie zabójstwa była pod jego wpływem. Ale – co zaskakujące – często pod jego wpływem były także ofiary.

Według badań publikowanych w „Intimate Partners Violence”, ok. 30 proc. kobiet, które padły ofiarą zabójstwa z rąk bliskiego mężczyzny, miało kłopoty związane z nadużywaniem alkoholu, a jedna czwarta była pod jego wpływem w chwili morderstwa. – To nie zabrzmi poprawnie politycznie, ale z naszych badań płyną podobne wnioski. W przypadkach, które zbadaliśmy, większość ofiar była pod wpływem alkoholu – mówi Andrzej Dominiczak. – Może działa tu czynnik kulturowy, który sprawia, że nawet pijany mężczyzna może odczuwać odrazę do pijanej kobiety; że taka kobieta łatwiej budzi w nim agresję. Może także mieć znaczenie to, że kobiecie pod wpływem alkoholu łatwiej zlekceważyć ryzyko, źle ocenić zagrożenie.

Część zabójców ankietowanych przez Centrum Praw Kobiet pracowała poza domem; jako jeżdżący w długie trasy kierowcy albo pracownicy budowlani zatrudniani dorywczo za granicą. To rzadko wpływa dobrze na związek. Gdy wracają do domu, często zastają rozbawione towarzystwo i coraz trudniej im to znieść. Mnożą się awantury i podczas kolejnej coś w nich pęka i tracą nad sobą kontrolę. Jeden z nich opowiada, że gdy po dłuższej nieobecności wrócił do domu, zastał tam tylko swoje dwuletnie dziecko. Poszedł z kolegą szukać żony po dyskotekach. Kiedy ją znalazł i kazał wracać, odmówiła. Kolega go podjudzał, żeby się nie ośmieszał i jak mu baba podskakuje, powinien z nią zrobić porządek. Poszli się z kolegą napić, najpierw na murku, potem w domu. I kiedy ona wróciła, doszło do kolejnej awantury. Wydaje mu się, że zabił kolega, a nie on. Obaj byli bardzo pijani. Wziął winę na siebie, w końcu to była jego żona.

Te kobiety już nic nie powiedzą. Trudno stwierdzić, czy relacje ich zabójców są zgodne z prawdą. Na pewno fakt, że kobieta była pijana, wulgarna, raniąca, traktują jako rodzaj usprawiedliwienia, które ma złagodzić poczucie winy – twierdzi Andrzej Dominiczak. – Ale tej winy się nie wypierają. Nawet ten, który nie jest pewny, czy to on zabił.

Bo chciała rozwodu

Małżeństwo Stanisława W. uchodziło za wzorowe. Mieli czwórkę dzieci. On był animatorem Radia Maryja w Bobowej. Razem z żoną przystrajali kościoły i sale na uroczystości komunijne, chrzciny i święta. Ale za zamkniętymi drzwiami Stanisław W. był potworem. Znęcał się nad dziećmi. Kazał im ustami zbierać śmieci z podłogi, lizać podłogę w ubikacji, klęczeć z podniesionymi rękami, spać na klatce schodowej, bił pasem i pokrzywami. Żonę ciągle podejrzewał o zdradę. Ją także bił i znęcał się nad nią psychicznie. W końcu nie wytrzymała. Zgłosiła sprawę na policję i uciekła z dziećmi do ośrodka interwencyjnego. Mąż zaczaił się na nią, gdy wracała z mszy, i zadał kilkanaście ciosów nożem. Zmarła na miejscu. On tłumaczył potem, że chciała rozwodu, a jego katolicki światopogląd na to nie pozwala.

To jedna z tych tragedii, którym można było zapobiec, i ilustracja niewydolności polskiego systemu pomocy ofiarom przemocy domowej.

Jeszcze bardziej jaskrawym przykładem jest historia małżeństwa z Chodla. Przemoc trwała w tym domu latami. Marek pił, Dorota stale chodziła posiniaczona. Wiele razy przy ludziach groził, że ją zabije. Policja interweniowała kilka razy w miesiącu. Robili notatkę, pouczali, czasem zabierali go do izby wytrzeźwień.

Gdy ona złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad rodziną, sąd aresztował go na trzy miesiące. Pisał odwołanie bez większego przekonania, że to coś da, ale po miesiącu sąd uchylił areszt. Uzasadniał, że do przestępstwa znęcania prawdopodobnie doszło (gruba teczka z obdukcjami i notatkami policyjnymi), ale chociaż Marek wcześniej groził, że zabije żonę, to przecież jej nie zabił. Doroty nie poinformowano, że mąż jest na wolności. A on najpierw poszedł się upić, potem coś zjadł, aż w końcu poszedł do domu i ją zabił (opisywaliśmy tę sprawę w POLITYCE 6/11).

Z ochroną ofiar przemocy w rodzinie nigdy nie było w Polsce najlepiej, ale po wprowadzeniu nowych przepisów w 2010 i 2011 r. jest tragicznie. Przerzucono to zadanie na samorządy, które powołują Zespoły Interdyscyplinarne, składające się m.in. z pracowników pomocy społecznej, ludzi z gminnych komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, policjantów, pracowników oświaty, służby zdrowia, kuratorów sądowych, przedstawicieli organizacji pozarządowych. Mają dobierać się w grupy robocze, które zajmują się indywidualnymi przypadkami.

Problem w tym, że zespołom nie przyznano właściwych uprawnień ani żadnych dodatkowych środków finansowych. Dodatkowe zajęcia mają wykonywać w ramach obowiązków służbowych. Tegoroczny raport NIK nie pozostawił na nowym systemie suchej nitki. Nadmierne zbiurokratyzowanie struktur, zwiększenie ilości tworzonej dokumentacji, wręcz jej dublowanie, przewlekły tryb postępowania (bywa, że od zgłoszenia do podjęcia działań mijają miesiące).

Nie jest to także system przyjazny dla ofiar, które czasem muszą opowiadać o swojej sytuacji w obecności nawet kilkunastoosobowej grupy roboczej. Efekt – spadek ujawnionych przypadków przemocy w rodzinie o 40 proc. Wniosek NIK – nowe przepisy w zasadzie wykluczają udzielenie ofierze szybkiej i fachowej pomocy.

W większości przypadków, gdy mężczyzna zabija bliską sobie kobietę, granica między życiem a śmiercią jest cienka. Decyduje impuls, trudne do przewidzenia okoliczności, powikłane, niewidoczne na zewnątrz emocje. Trzeba próbować przeciwdziałać takim przypadkom, ale nie jest to łatwe. Sprawcą jest człowiek, którego na pozór trudno o to podejrzewać. Ale państwo lekceważy nawet tak ewidentne przypadki, gdy przemoc trwa latami, kobieta wielokrotnie próbuje uzyskać pomoc, a do tragedii i tak dochodzi. Raport NIK został opublikowany trzy miesiące temu. I nic. Cisza. Ministerstwo szuka pieniędzy na szkolenia dla Zespołów Interdyscyplinarnych, ale nietrudno przewidzieć, że będą to stracone fundusze. Ten system jest po prostu niewydolny. Przemoc wobec kobiet będzie, jak dotychczas, wewnętrzną sprawą rodziny.

Polityka 43.2013 (2930) z dnia 22.10.2013; Kraj; s. 29
Oryginalny tytuł tekstu: "Przeciętny żonobójca"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną