„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Czarna jesień sportu

Dlaczego polscy sportowcy tak często przegrywają?

Jeśli chodzi o drużynę narodową, z definicji elitę, potrzeba innej motywacji niż popularność, zarobki, sukces sportowy. Jeśli chodzi o drużynę narodową, z definicji elitę, potrzeba innej motywacji niż popularność, zarobki, sukces sportowy. Tony Gentile/Reuters / Forum
Pokutuje u nas myślenie charakterystyczne dla XIX-wiecznych kapitalistów, że ludzie są z zasady leniwi i najlepiej stać nad nimi z batem. Przekładając to na sport – nasi zawodnicy nie odnoszą sukcesów, bo im nie zależy. Tymczasem oni chcą, ale nie potrafią - mówi psycholog biznesu Leszek Mellibruda.
Leszek Mellibruda – psycholog biznesu, prowadzi szkolenia m.in. dla kadry menedżerskiej, handlowców, urzędników państwowych.Paweł Kiszkiel/Agencja Gazeta Leszek Mellibruda – psycholog biznesu, prowadzi szkolenia m.in. dla kadry menedżerskiej, handlowców, urzędników państwowych.

Marcin Piątek: – Zamiast złotej jesieni mamy w sporcie czarną. Na mistrzostwach Europy zawiedli siatkarki oraz siatkarze, a koszykarze się na Eurobaskecie skompromitowali. Piłkarze przegrali jak zwykle, choć według niektórych grali jak nigdy. Wyobraźmy sobie, że wszyscy przychodzą do pana na warsztaty grupowe. Od czego zacząć?
Leszek Mellibruda: – Przede wszystkim chciałbym się dowiedzieć, co ich motywuje, nakręca. Z oficjalnych wypowiedzi zawodników przeważnie bije patos. Że liczy się dla nich orzełek, że podczas hymnu mają ciarki na plecach, że grają dla kibiców. Wiadomo, że takie deklaracje u nas zyskują poklask, stawiają mówiącego w dobrym świetle. Bo patriota. Pytanie, jakie to ma znaczenie na boisku.

Lepiej, żeby motywację narodową zastąpiła osobista?
Gdy kilka lat temu byłem konsultantem w Górniku Zabrze, zwróciłem uwagę, że grających w nim Ślązaków nie nakręcał bynajmniej lokalny patriotyzm. Liczyły się konkrety: popularność, zarobki, sukces sportowy. Na poziomie klubowym to może wystarczać. Ale jeśli chodzi o drużynę narodową, z definicji elitę, potrzeba czegoś więcej. Bardzo lubię angielskie określenie drive, czyli taki wewnętrzny napęd, chęć dążenia do doskonałości. Do bycia lepszym, niż się faktycznie jest.

Czyli te wzniosłe słowa o godle i hymnie to pusta gadanina?
Mówiąc, że reprezentanci kraju bezrefleksyjnie recytują formułki o honorze i ojczyźnie, skrzywdziłbym tych, dla których to rzeczywiście jest ważne. Z tym że po wynikach widać, że albo to w ogóle nie wpływa na motywację, albo paraliżuje – w obawie przed reakcją kibiców, mediów, ekspertów. Typowo polskie chochoły.

Skoro już jesteśmy przy chochołach, istnieje teoria, zgodnie z którą Polacy nie nadają się do sportów zespołowych, bo są kłótliwi, brak im zdolności przywódczych, a jeśli efektywnie współpracują, to raczej w międzynarodowym towarzystwie. Wypisz wymaluj nasi piłkarze, którzy w zachodnich klubach się odnaleźli, a w reprezentacji grają, jakby ogłosili włoski strajk.
Dla mnie sport to soczewka, w której skupia się polskość. Dość typową reakcją na porażkę jest budowanie trójkąta dramatycznego. Jego pierwsze ramię to ofiary, skrzywdzone sportowym niepowodzeniem. Drugie – ratownicy, podsuwający cudowne koncepcje, jak wyjść z kryzysu. Trzecie – prześladowcy, szukający kozła ofiarnego. Może nim być trener, prezes związku, coś bardziej abstrakcyjnego, jak np. niebotyczne zarobki w futbolu, demoralizujące piłkarzy. W takim klimacie pożywkę mają paranoicy, których u nas nie brak.

W obliczu klęski ujawnia się też inna nasza narodowa specjalność: debaty.
Ale one są jałowe. Toczą się w kręgach ludzi, których wpływ na rzeczywistość jest znikomy. Sportowe władze takich debat nie organizują, bo wiedzą wszystko lepiej. Co też jest zresztą bardzo polskie.

Na konferencji prasowej zorganizowanej po zdymisjonowaniu Waldemara Fornalika prezes PZPN Zbigniew Boniek dał do zrozumienia, że nowy selekcjoner będzie wyłącznie jego dziełem. A rok temu wygrywał wybory z hasłem korporacyjnego zarządzania. W korporacjach kadry kierowniczej szuka się poprzez konkursy.
Faktycznie, ze strategicznym myśleniem, typowym dla wielkiego biznesu, ma to niewiele wspólnego. Przydałoby się u nas w sporcie więcej nieszablonowego myślenia, wyjrzenia poza opłotki. Gdy NASA rozpoczyna prace nad nowym projektem, organizuje spotkania z udziałem liderów z różnych dziedzin, również zupełnie niezwiązanych z podbojami kosmosu. Bo taka burza mózgów pozwala wyjść poza schematy, otwiera oczy.

Tymczasem u nas dyskusja o przyszłym selekcjonerze sprowadzała się do problemu: obcokrajowiec czy Polak?
Błędem jest ignorowanie społecznych i psychologicznych kompetencji przyszłego trenera. Za najważniejsze kryterium wyboru przeważnie uznaje się doświadczenie, co w moim przekonaniu nie jest aż takie istotne, bo, po pierwsze, rewersem doświadczenia jest rutyna, a po drugie – od detali są współpracownicy. Poza tym pokutuje u nas myślenie charakterystyczne dla XIX-wiecznych kapitalistów, że ludzie są z zasady leniwi i najlepiej stać nad nimi z batem. Przekładając to na sport – nasi zawodnicy nie odnoszą sukcesów, bo im nie zależy. Tymczasem oni chcą, ale nie potrafią. Nie wiedzą, jak tę chęć przekuć w czyny.

Dlatego Robert Lewandowski w kadrze nie strzela bramek?
Jako kibic też zadaję sobie pytanie, dlaczego w Borussii Dortmund trafia, a w kadrze mu nie idzie? Bywa w związku z tym posądzany o złą wolę, ale mnie nasuwa się inne wytłumaczenie: zły klimat w drużynie paraliżuje go na poziomie podświadomym, pogarsza jego czas reakcji, orientację, koncentrację, precyzję. Te cechy składają się na osobowość zawodnika, ich suma na osobowość drużyny. Wielu trenerów wychodzi z założenia, że da się ją zbudować samym treningiem, poprzez wielokrotne powtórzenia. Ale tworzenie odpowiedniego nastawienia, umiejętność natchnienia zawodników też mają niebagatelne znaczenie.

Trener Fornalik raczej nie sprawiał wrażenia, że potrafi natchnąć.
Wytknąłem mu kiedyś podczas telewizyjnej audycji, że nie wie, jak pociągnąć za sobą ludzi. Zwłaszcza w takim tyglu, jakim jest drużyna narodowa, gdzie stykają się różne charaktery, ambicje, doświadczenia. Znajomi, którzy byli świadkami jego reakcji, mówili, że trochę się na to obruszył.

Może mu z tym natchnieniem nie wyszło, bo piłkarze nie słuchali?
To go nie tłumaczy. Dlatego się płaci specjalistom, żeby przekonali do swoich pomysłów nawet opornych. Zresztą w definicję sportowca jest wpisane podporządkowanie się trenerowi, a nawet poddanie się pewnemu formowaniu osobowości.

Często przegrywamy, często dyskutujemy, co by tu w polskich drużynach poprawić. Czego w tych rozmowach najbardziej panu brakuje?
Umiejętności przetrawienia porażki. Jej następstwem musi być rachunek sumienia: co zrobiłem dobrze, co źle oraz co powinienem zrobić nowego poza tym, co umiem. W psychologii nazywa się to trójnogiem sukcesu. Zamiast tego słyszę Waldemara Fornalika, który mówi: mam ważny kontrakt i zamierzam go wypełnić. Albo Andreę Anastasiego, selekcjonera siatkarzy, przekonującego, że mimo pasma klęsk nie ma sobie nic do zarzucenia i gdyby mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłby tak samo.

Może taki rachunek sumienia jest dokonywany tylko w zaciszu gabinetów?
Gdyby faktycznie miał miejsce, byłby dowodem strategicznego myślenia, czyli czegoś, czym warto się pochwalić publicznie. Ten trójnóg sukcesu ma kolosalne znaczenie. Również w życiu. W niektórych stanach USA sądy rodzinne wysyłają małżonków rozwodzących się bez orzekania o winie na trening kompetencji społecznych. Żeby przyczynić się do większego szczęścia ich przyszłych związków. U nas brak refleksji po porażce jest niestety dość powszechny.

Co podpowiedziałby pan w takim razie działaczom, którzy szukają dla reprezentacji nowych szkoleniowców?
Z mojego punktu widzenia najbardziej interesujące są motywacje stojące za selekcjonerem. Dlaczego chce nim być? Gdy Tony Blair został premierem Wielkiej Brytanii, dla kandydatów na urzędników zarządził testy opracowane przez psychologów. Wymuszały one bardzo konkretne odpowiedzi, często nawet intymne wyznania świadczące o pewnych słabościach, kompleksach, obawach. Ale też pozwalały dać odpowiedź na pytanie o wizję i motywację kandydatów, o ich umiejętność rozwiązywania kryzysów, strategicznego myślenia. Wracając na poletko sportowe – każdy trener deklaruje parcie na sukces. Ale jeden chce do niego dojść, nastawiając się na zwycięstwa. A drugi na unikanie porażek.

Ta druga metoda kandydata dyskwalifikuje?
Nie, jeśli świadomość własnych ograniczeń powoduje, że dobiera do sztabu ludzi, którzy wzmacniają dążenia do sukcesu. U nas jednak najczęściej współpracowników szuka się wśród kolegów. To wyraz konwencjonalnego i anachronicznego myślenia. Bardzo często prezentują taki styl trenerzy starszej daty. Zresztą badania pokazują, że większość 40-letnich mężczyzn przestaje nad sobą pracować, już nie są ciekawi świata ani ludzi, mają odpowiedź na każde pytanie. Kobiety częściej się dziwią, fascynują, ciekawią. Są dłużej młode mentalnie.

Kobiety na selekcjonerów?
Pewien przykład dała pani minister sportu Joanna Mucha. Nie bała się wkroczyć w męski świat. I coraz lepiej sobie radzi, podejmuje odważne decyzje, choć na pewno nie jest jej łatwo, bo otacza ją pewna pobłażliwość, a nawet niechęć. Jednak obserwacje z sektora bankowego wskazują, że większość kobiet wycofuje się ze stanowisk kierowniczych, bo jest zmęczona walką o władzę z mężczyznami. Przesłania im ona efektywne zarządzanie, rozwiązywanie codziennych problemów.

Nie pan pierwszy sugeruje, że strategiczne zarządzanie to w polskim sporcie pobożne życzenie. A może nie ma się dla kogo starać, bo większość kibiców po porażce i tak krzyknie: Polacy, nic się nie stało!
Mam wrażenie, że przybywa kibiców, którzy patrzą na mecz jak na spektakl, oczekują od sportu nawet pewnych bodźców i inspiracji do myślenia. Chcą, by traktować ich poważnie. Stawiają pytania i domagają się odpowiedzi. Skoro ich nie uzyskują, a porażki stają się codziennością, mogą się w końcu od sportu odwrócić. Wtedy zostaną na trybunach ci bezmyślnie euforyczni, dla których mecz jest przede wszystkim okazją, żeby pomachać flagą, założyć czapkę z rogami, napić się wódki ze szwagrem i strzelać misie z kim popadnie.

A ten oksymoron: zwycięski remis? Szkodzi?
To dowód myślenia magicznego, polegającego na pewnych skrótach myślowych, zaprzeczającego logice. Podobnie jak popularny zwrot, że w sporcie nie zawsze dwa plus dwa równa się cztery. Ale większość kibiców wciąż ma potrzebę nakarmienia swojej magicznej duszy.

Na zbolałą duszę kibica jest jednak niezawodny balsam. Upuszczany kropelkowo co rok podczas obchodów cudu na Wembley.
Wracamy do polskich cech narodowych: zanurzenia w przeszłości, sentymentalizmu, umiłowania symboli, zwłaszcza mających wymiar boskiej interwencji. Tak się ucieka od teraźniejszości.

Leszek Mellibruda – psycholog biznesu, prowadzi szkolenia m.in. dla kadry menedżerskiej, handlowców, urzędników państwowych. W latach 2007–09 współpracował z działaczami oraz piłkarzami Górnika Zabrze.

Polityka 43.2013 (2930) z dnia 22.10.2013; Ludzie i style; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Czarna jesień sportu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną