Społeczeństwo

Szkoła sp. z o.o.

Nauczyciele dbają o swój wizerunek

Szkoły, które przez wiele lat funkcjonowały według zasady, że nauczyciel ma zawsze rację, same wywracają ten porządek do góry nogami. Szkoły, które przez wiele lat funkcjonowały według zasady, że nauczyciel ma zawsze rację, same wywracają ten porządek do góry nogami. Zlatan Durakovic / PantherMedia
Stosunki między nauczycielami, uczniami i rodzicami ogromnie się zmieniły. Teraz, gdy nadszedł niż demograficzny, zaczęły się zwolnienia i strach przed likwidacją placówki, ponad wszystko liczy się wizerunek szkoły.
Julius Geertz, „Lekcja”.akg-images/EAST NEWS Julius Geertz, „Lekcja”.
Dariusz Chętkowski – nauczyciel, pisarz i publicysta.Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta Dariusz Chętkowski – nauczyciel, pisarz i publicysta.

Trzy minuty. Tyle czasu rozmawiał nauczyciel z rodzicami ucznia jeszcze w latach 90. Dyrektor szkoły pilnował, aby nauczyciele nie rozmawiali dłużej. Szkoła to nie konfesjonał. Rodzice nie przychodzili, aby się spowiadać ze swojego życia, ale by wysłuchać poleceń nauczyciela, np. „Piotr biega po korytarzu. Proszę coś z tym zrobić”. Albo „Karolina nie zna tabliczki mnożenia. Proszę dopilnować, aby się nauczyła”. Rodzic był do szkoły wzywany, nie przychodził sam z siebie, bo mu się coś nie podobało. Nauczyciel przyjmował go w biegu i tłoku, zwykle na korytarzu podczas przerwy, czasem w sali, w której za chwilę zaczynała się lekcja.

Niezadowolony był zawsze nauczyciel. Z uczniów, bo lenie. Z klasy, bo najgorsza w szkole. Z rodziców, bo nie potrafią wychować własnych dzieci. Poczucie dumy dawali wyłącznie finaliści i laureaci olimpiad, których w szkołach jest jak na lekarstwo. Niezadowoleniu towarzyszył krzyk; w szkołach wszyscy krzyczeli, a najbardziej nauczyciele. Najgłośniej krzyczało się słowo „Cisza!”.

Kiedy w latach 90. polskie szkoły zaczęły współpracować z placówkami z krajów zachodnich, obie strony przeżyły szok. Grażyna, nauczycielka języka niemieckiego w łódzkim liceum, tak to wspomina: „Bardzo bałam się o bezpieczeństwo moich uczniów w Niemczech. Miałam też nadzieję, że nie przyniosą wstydu. Pierwszego ranka dowiedziałam się od niemieckiego nauczyciela, że niektórzy Polacy do północy bawili się w jakimś pubie w centrum Freiburga, a potem, nie mogąc trafić do niemieckich rodzin, u których nocowali, dzwonili o pomoc. Do rana byli zwożeni do domów. Zebrałam więc grupkę winowajców i strasznie na nich nakrzyczałam. Ów niemiecki nauczyciel zasugerował, abym skorzystała z pomocy psychologa. Myślałam, że chodzi mu o moich łobuzów, tymczasem jemu chodziło o terapię dla mnie. Wydzieranie się na uczniów nie mieściło się w głowach nauczycieli z Niemiec. Chyba pomyśleli, że zwariowałam”.

W Polsce wizerunek krzyczącej nauczycielki był tak oczywisty, że nawet wykorzystano go w reklamie telefonu komórkowego. Kiedy więc niedawno Paweł, ojciec 7-letniego Filipa, przeczytał w zeszycie syna, że wychowawczyni prosi mamę lub tatę o spotkanie – opowiadał, że nogi się pod nim ugięły. Jakież było jego zdziwienie, gdy usłyszał, że Filip to bardzo mądry chłopiec, odpowiedzialny i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Jest uczciwy i sprawiedliwy, nie kłamie, z szacunkiem odnosi się do symboli narodowych i religijnych, potrafi dokonać samooceny i ocenić zachowania innych.

Dopiero po licznych pochwałach nauczycielka przeszła do meritum: Filip słabo integruje się z klasą, trzyma się na uboczu, czasem jest niemiły dla kolegów, zdarzyło się, że popchnął i uderzył. Wyjaśniła, iż sama nad tym pracuje, i prosi, aby popracowali razem. Zasugerowała, że chłopiec być może przeżywa rozstanie z dawnymi kolegami i warto z nim o tym porozmawiać. Paweł miał wrażenie, że wychowawczyni jest zadowolona z pracy z dziećmi, tryska optymizmem i radością życia.

Wychowawczyni Filipa zachowała się zgodnie z zasadami, z którymi nauczyciele mają dziś okazję się zapoznać na kursach i szkoleniach. Rozmowę należy zacząć od przekonania rodzica, że dobrze zna się jego dziecko. Nic tak nie szkodzi wzajemnym kontaktom jak podejrzenie, iż pedagog pomylił je z kimś innym, zapomniał imienia. Nauczyciele są szkoleni, aby zaczynać tak: „Pana syn to taki miły blondyn, Filip. Siedzi w drugiej ławce po mojej lewej stronie. Chce pan zobaczyć, jaką ma perspektywę z tego miejsca? Proszę usiąść, o właśnie tutaj siedzi Filip, często się zgłasza i zawsze ma coś mądrego do powiedzenia”.

Potem należy opowiedzieć, jakie postępy poczynił uczeń w ostatnim czasie, co cieszy nauczycieli, w czym jest szczególnie dobry. Tak rozpoczęta rozmowa przełamuje dystans i niweczy obawy rodzica, że jego dziecko doznaje w szkole krzywd czy niesprawiedliwości. Niedopuszczalne jest, by rozmowa odbywała się na korytarzu, na oczach innych osób czy wręcz w tłumie. W wielu szkołach pojawiły się wydzielone miejsca konsultacji, nieraz przytulnie urządzone.

Dyrektorzy, zdając sobie sprawę, że część kadry mogłaby swoim zachowaniem psuć wizerunek szkoły, opracowują szczegółowy harmonogram zebrania wychowawców z rodzicami i każą ściśle trzymać się wytycznych. Normą stało się protokołowanie spotkań (część wspólna nie powinna trwać krócej niż godzinę, potem odbywają się indywidualne konsultacje). Najważniejszym punktem protokołu są „Sprawy zgłaszane przez rodziców”. Należy je dokładnie opisać, by dyrekcja mogła się zorientować, czy wszyscy są zadowoleni ze szkoły dziecka. Protokolantem nie może być nauczyciel. Obecnie z duszą na ramieniu na zebrania chodzą nie rodzice, ale nauczyciele. Nigdy bowiem nie wiadomo, z jakimi pretensjami się spotkają i co trafi do protokołu jako dowód niekompetencji i kiepskiej pracy wychowawcy.

Szkoły, które przez wiele lat funkcjonowały według zasady, że nauczyciel ma zawsze rację, same wywracają ten porządek do góry nogami. Bez uczestnictwa rodziców niemożliwa jest organizacja wycieczek, imprez szkolnych, a nawet zaplanowanie i wykonanie programu wychowawczo-dydaktycznego. Nauczyciele nieustająco proszą rodziców i dzieci o ocenę ich pracy (ankiety do wypełnienia, ciągłe ewaluacje projektów). Zachęcają, by zgłaszali własne propozycje, a nawet współtworzyli ofertę wychowawczo-edukacyjną placówki. Nic o was bez was. Ma się wrażenie, że szkoły chcą się dostosować do potrzeb uczniów i rodziców, pragną wręcz spełniać ich zachcianki. Dyrekcja zaprasza uczniów, by negocjowali i prosili o więcej.

Strategia przymilania się do rodziców i ich dzieci ma ten skutek, że problemy przenoszą się za kulisy. Zofia, polonistka z ponad 30-letnim stażem, opowiada z żalem, jak straciła serce do tej pracy. Ostatniego dnia roku szkolnego przygotowała niespodziankę dla swojej klasy wychowawczej i zaproszonych rodziców – kawę, herbatę i skromny poczęstunek. Rozdanie świadectw, dyplomów i nagród dało jej wiele radości. Gdy już zaniosła bukiety kwiatów do samochodu, została wezwana do pani dyrektor. Bo dla niej też została przygotowana niespodzianka. Rodzice jej wychowanków poprosili dyrekcję o zmianę. Chcą, by ich dzieci uczył polskiego inny nauczyciel. Wychowawcą też przestałaby być.

Zofia była tak zaskoczona, że postanowiła przeprowadzić własne śledztwo. Myślała, iż skargę złożyło nieliczne grono rodziców, natomiast reszta stoi za nią murem. Świadczą o tym kwiaty i podziękowania. Po co mieliby się tak zachowywać, gdyby jej nie cenili? Okazało się, że zmiany chce wiekszość. Nie powiedzieli jej, gdyż zawsze była dla nich miła. Uważają jednak, że ich dzieci zasługują na lepszego nauczyciela. Jako człowiek jest bardzo fajna, ale do matury powinien przygotowywać ich ktoś inny, powinna zrozumieć.

Jak na dzisiejsze standardy rodzice zachowali się bardzo przyzwoicie. Nie udali się przecież wyżej; większość rodziców w razie problemów chwyta za słuchawkę i dzwoni co najmniej do kuratorium. Celem tak rozgrywanego konfliktu zwykle nie jest rozwiązanie problemu, np. nakłonienie nauczyciela do zmiany metod na lepsze i do wydajniejszej pracy, ale zepchnięcie go za burtę, wyrzucenie ze szkoły. Walka rozgrywana za kulisami powoduje, że nieświadomy niczego nauczyciel nie ma szans na zażegnanie konfliktu i oswojenie przeciwników ze swoimi racjami. Rozbrojony – musi odejść.

Specyficzna rola w tej grze przypada dyrektorom szkół. Dawniej dyrektor traktował rozmowy z rodzicami jako zło konieczne. Dziś usilnie zaprasza, przyjmuje z honorami i nie żałuje czasu. Nawet dla największych krzykaczy.

Dyrektorzy zdają się kierować dewizą Kazimierza Górskiego, że im dłużej my jesteśmy przy piłce, tym krócej oni. Pozostaje tylko przekonać rodziców, że powinni grać do wspólnej bramki z dyrekcją, a oni – przeciwnicy – to urzędnicy kuratorium, wydziału edukacji, MEN, wójt, burmistrz i każdy człowiek z zewnątrz, do którego można by pójść ze skargą i zepsuć szkole opinię.

Większość szefów szkół utrzymuje doskonałe relacje z rodzicami, toteż rodzice mają zwykle dobre zdanie o dyrektorach. Powstaje wrażenie, że prawie każda szkoła ma świetną kadrę zarządzającą, która musi się użerać z kiepskimi nauczycielami, bo nie może ich zwolnić. Pedagodzy popadają w przekonanie, że przełożeni spiskują z rodzicami przeciwko nim. Ale też wiedzą, że inaczej być nie może, gdyż rodzice stanowią zbyt wielką siłę, by dyrektor – jak za dawnych lat – jednych odesłał do wszystkich diabłów, a innych doił z pieniędzy dla dobra szkoły.

Trwa więc w gabinetach dyrektorów gra pozorów. Ale też podejmowanie decyzji, w jakim układzie wystawić drużynę nauczycieli do nowego roku szkolnego. Kogo pozbawić pozycji napastnika, bo się wypalił, kogo przesunąć na pole pomocy albo usadzić na ławce rezerwowych i zezwolić na grę w ograniczonym czasie. Gdy ambicją drużyny jest już tylko przetrwać, takie zabiegi nie wywołują sprzeciwu.

Kadra kierownicza najszybciej pojęła, że lepiej, by rodzice przychodzili z pretensjami, niżby mieli zabrać dzieci i nie pojawić się już nigdy więcej. Strach objął w końcu także pozostałych pracowników. Szkoły konkurują ze sobą, by przyciągnąć do siebie jak najwięcej uczniów. Nieomal wszędzie funkcjonują zespoły ds. promocji i wizerunku. Wiele rzeczy robi się na pokaz, by wywołać szum, ferment (np. wymyśla się nazwy klas, tworzy profile, które uczniów będą napawać dumą). Nauczyciele konkurują też między sobą – chodzi o widowiskowość, o bycie zauważonym, o przypodobanie się dyrekcji, rodzicom i uczniom. Okazuje się, że te zabiegi marketingowe działają.

Mamy obecnie do czynienia z paradoksalną sytuacją, że media totalnie krytykują oświatę, a rodzice i uczniowie są przekonani, że to nie dotyczy ich szkoły. Jak grzyby po deszczu rosną licea, gimnazja, podstawówki i przedszkola, które uznawane są za elitarne, inne niż reszta w tym edukacyjnym bezhołowiu. Sami nauczyciele nieraz się dziwią, jak po opublikowaniu rankingu szkół przez „Perspektywy” czy inne czasopismo, w którym nieoczekiwanie zajęli wysokie miejsce, rodzice walą do nich drzwiami i oknami.

Będąc rodzicem, trudno w kwestii edukacji potomstwa nie dać się ogłupić. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że dziś często miła, demokratyczna atmosfera to tylko element gry wizerunkowej – tak naprawdę ani rodzice, ani nauczyciele, ani szefowie szkół nie dążą do gruntownych zmian, koncentrują się raczej na ugrywaniu swoich małych interesów. Szkoły – niczym tonący – chwytają się brzytwy, byle w dobie niedoboru uczniów nie pójść na dno.

 

Dariusz Chętkowski – nauczyciel, pisarz i publicysta. Autor książek: „Z budy. Czy spuścić ucznia z łańcucha?”, „L.d.d.w. Osierocona generacja”, „Ostatni weekend” (napisana wspólnie z uczniami) oraz „Nauczycielskie perypetie. O wojnie wszystkich ze wszystkimi”. Prowadzi Belferblog (www.polityka.pl/blogi).

Polityka 44.2013 (2931) z dnia 28.10.2013; Kraj; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Szkoła sp. z o.o."
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Jak walczono o wolność Ameryki Łacińskiej

Wojny o niepodległość, narodziny państw narodowych Ameryki Łacińskiej i pierwsze ich stulecie.

Piotr Łaciński
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną