Jak (w niecałe 7 min) uciec z więzienia i ośmieszyć system więziennictwa

Wielka ucieszka
Można ciąć na chrapanie. Czyli z długimi przerwami i krótkimi pociągnięciami pilnika w czasie udawanego chrapnięcia.
Keystone-France/Getty Images/FPM

Można ciąć na chrapanie. Czyli z długimi przerwami i krótkimi pociągnięciami pilnika w czasie udawanego chrapnięcia.

Budynek, w którym siedział Jerzy Ł., ma 210 lat.
Tomasz Przechlewski/Flickr CC by 2.0

Budynek, w którym siedział Jerzy Ł., ma 210 lat.

J. Chan/Flickr CC by 2.0

Ł. pracował sumiennie. Sekundowała mu cała cela, wraz z nim siedziało pięciu innych skazanych. Część, tak jak on, z dużymi wyrokami. Tacy niechętnie dzielą się informacjami z klawiszami, bo to dyshonor. Ci, którzy mieli krótsze wyroki, woleli nie ryzykować. To w Płocku powiesił się Robert Pazik, pseudonim Pedro, który był oskarżony o zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Kto wie, czy i u nich nie pojawiłyby się myśli samobójcze.

Ł. miał 54 lata. Prawie dwa metry wzrostu, ponad sto kilo wagi i wyrok dożywocia, który w jego wieku właściwie gwarantował mu śmierć za kratami. A na zewnątrz miał jeszcze jedną sprawę, a właściwie osobę, do załatwienia.

Ręka z tatuażem

Policjant, który przyjmował to zdarzenie, był szczególarzem. No i na swój sposób estetą. Znalezioną 14 czerwca 2004 r. ludzką rękę (sztuk jeden) opisał z dużą dokładnością. Zwłaszcza tatuaż przedstawiający „atrakcyjną kobietę w stroju kąpielowym, z długimi obfitymi włosami zarzuconymi na plecy, podciągniętym kolanem do wysokości brzucha i założonymi na nie rękoma”. Dodał również, że tatuaż wykonany był niebieskim tuszem, co sugerowało, że ręka i pozostała część ciała najprawdopodobniej odsiadywała jakiś wyrok. Ręka była precyzyjnie oddzielona od reszty ciała, co z kolei mówiło o gwałtowności zdarzenia. Za to rany po utraconych palcach były szarpane, co z kolei wskazywało na małych drapieżników. No i była wyschnięta i zabrązowiona, czyli dosyć długo leżała na słońcu.

W czasie śledztwa okazało się, że sama historia znalezionej ręki to materiał na małą analizę społeczną. Z pobliskiego stawu hodowlanego najprawdopodobniej wyłowili ją siecią kłusownicy. Łowili w nocy. Ryby wyciągali po omacku, kiedy trafili na rękę, musieli być przerażeni. Pewnie odruchowo odrzucili ją w krzaki koło ścieżki. Tam zdradziła ją woń. Znalazło ją później co najmniej kilka osób, ale nikt nie zgłosił tego na policję. Ten jeden sumienny o ręce leżącej nad jeziorkiem dowiedział się w czasie lekcji od kolegi. Ludzie przychodzili ją sobie pooglądać, to i on poszedł. A zaraz później na komendę. I skończył się teatrzyk.

Mając rękę, policja musiała znaleźć jeszcze jej właściciela. Tą samą metodą co kłusownicy następnego dnia z jeziorka wyłowiono jeszcze głowę. Ryby zrobiły swoje, ale bez wątpienia należała ona do Józefa W.

Józef W. prowadził tryb życia cykliczny. Ożywiał się co miesiąc w dniu odebrania renty. Pił wtedy więcej. Więcej się awanturował. Więcej mówił. Za to ostatnie zresztą zginął. Od siekiery. Ale nie można uprzedzać wypadków.

W. mieszkał sam w domu po matce. Żona od niego odeszła. Dzieci kontaktu nie utrzymywały. Trudno powiedzieć, czy mieszkający w drugiej połowie domu brat bardziej się go bał, czy też nienawidził. Brat miał sprawę za awanturę z Józefem. Pierwsze podejrzenie śledczych skierowano więc na niego. Gdy w czasie przeszukania znaleziono worek z wnętrznościami i zakrwawiony nóż, wydawało się, że pętla wokół mordercy się zaciska. Brat zamordowanego też czuł, że się zaciska i to wokół niego. Rozkręcił nawet zamek w drzwiach, bo w telewizji widział, że policja założyła tam podsłuch jednemu z podejrzanych. Podsłuchu nie było, a zamek po złożeniu przestał działać. Analiza znalezionych wnętrzności wskazała jednak na dobrze odżywioną świnię; brat Józefa W. po cichu dorabiał ubojem. Policja musiała znaleźć innego podejrzanego.

Jacek M. sam zgłosił się na komendę i zeznał, kto zabił i pokroił na kawałki Józefa W.: to był sąsiad zabitego i jego były kolega z celi – Jerzy Ł. Koło domu Ł. znaleziono rower zabitego, jego ubranie poplamione było krwią zmarłego. Ale kluczowe były zeznania M.

Jacek M. był wyraźnie przerażony podczas procesu, ale mówił. Spłacał dług – Jerzy Ł. najprawdopodobniej zabił też jego ojca, czego mu nie udowodniono. Oficjalnie ciała nigdy nie znaleziono. Ale gdy podczas jednej z libacji Józef W. – ten od ręki – zaczął gadać, gdzie leży ciało, Jerzy Ł. wyprowadził go na dwór i zabił na oczach gości. Nikt z nich nie zgłosił tego na policję. Ludzie bali się. Od momentu gdy Ł. sprowadził się w ich okolicę, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęło siedem osób.

Ł. skazano za zabójstwo tylko jednej z tego grona. Po wyroku krzyczał, że go wrobiono i że dopiero teraz zabije. I będzie to Jacek M., którego zeznania go pogrążyły. Z więzienia pisał pisma do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, że jest ofiarą systemu wymiaru sprawiedliwości, a jednocześnie cały czas wygrażał śmiercią świadkowi.

Pas śmiechu

O 2.45 w nocy z 9 na 10 września dyżurny Komendy Miejskiej Policji w Płocku odebrał telefon od funkcjonariuszy miejscowego więzienia. Prosili o jak najszybsze skierowanie patrolu na tyły więzienia, bo właśnie ucieka im jeden z osadzonych. Sami nie bardzo mieli jak go gonić, bo byłby kłopot z upilnowaniem pozostałych 680 niebezpiecznych. W tamtym czasie w zakładzie było kilkunastu strażników. Nocne zmiany od wielu miesięcy mają minimalną obsadę. Prawie 90 tys. osadzonych w Polsce, w nocy pilnuje zaledwie 1,7 tys. funkcjonariuszy. To nowatorski pomysł na likwidację nawisu nadgodzin. Akcja do tej pory szła sprawnie, bo nawis w skali kraju udało się zmniejszyć z prawie dwóch do miliona nadgodzin. Po ucieczce Ł. pewnie i z tym będzie problem.

Ł. z racji swojej postury musiał przepiłować kratę w co najmniej czterech miejscach. Odgiąć ją, a następnie za pomocą sznura skręconego z prześcieradeł zjechać z drugiego piętra na dół. Ponieważ prześcieradła od wieków wykorzystywane są przez więźniów w tym celu, powinny być ewidencjonowane. Tutaj również ktoś zawiódł, bo Ł. miał dwa prześcieradła. O ubrania cywilne nie musiał się martwić. Pomimo że więzienie ma status ciężkiego, to prawie wszyscy skazani mieli zgodę na używanie własnych ubrań. Dyrektorzy w całej Polsce chętnie je wydają, bo to oznacza oszczędności w budżecie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj