Interaktywne książki Mizielińskich

Mają oko
Aleksandra i Daniel Mizielińscy
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Aleksandra i Daniel Mizielińscy

materiały prasowe

materiały prasowe

materiały prasowe

Oczywiście książki bez słów są idealne dla zachodniego wydawcy, czego autorzy są doskonale świadomi. A i zagraniczni edytorzy korzystają z tej okazji – seria ukazała się chociażby we Francji, Niemczech, Rosji czy Korei. Niedawno „Mamoko” rozrosło się do pięciu tomów, a dwa ostatnie – „Mam oko na liczby” i „Mam oko na litery” – polegają jeszcze na innym koncepcie. Tym razem chodzi o to, by na wypełnionych po brzegi rysunkami stronach odnaleźć wszystkie przedmioty występujące w określonej na paginacji liczbie lub w drugim przypadku – odszukać określoną liczbę wyrazów zaczynających się na daną literę.

„Mam oko na liczby” poza stroną tytułową nie wymaga żadnego dostosowania do zagranicznej edycji, a w „Mam oko na litery” autorzy zastosowali sprytny pomysł. Na przykład na rozkładówce z „b” trzeba znaleźć 21 elementów na tę literę, ale Mizielińscy narysowali takie rzeczy na ilustracjach, że bez problemu da się odnaleźć wiele słów na „b” również po angielsku i po francusku. Wystarczy zmienić wartość pod literą. W przypadku „b” angielskie dzieciaki znajdą 19 słów. – Na pewnym etapie zaczęliśmy po prostu konstruować nasze książki w taki sposób, żeby jak najbardziej ułatwić życie zachodnim wydawcom. Bo jeśli chcesz w Polsce żyć z tworzenia książek obrazkowych, musisz robić je od razu z tą myślą, że ukażą się za granicą – mówi Aleksandra Mizielińska. A oboje należą do nielicznych krajowych autorów, którzy z tworzenia książeczek dla dzieci się utrzymują.

Perfekcja, czyli Mapy

Ułatwiać życie zachodnim wydawcom oznacza także samodzielnie przygotować własne kroje pism do każdej książki. – Typografia dla nas jest bardzo ważna, dla zachodnich wydawców niekoniecznie. Nie mają problemu, by zastąpić ręczne pismo zupełnie innym krojem – mówi Daniel Mizieliński. Wraz z rozwojem popularności serwisu MyFonts okazało się, że na projektowaniu liter (czyli właśnie krojów pisma) można nieźle zarobić. W pewnym momencie dochody z fontów stanowiły jakąś jedną trzecią domowego budżetu Mizielińskich, a ich kroje kupowało zarówno BBC, jak i pismo dla miłośników kobiecych wdzięków, czyli „Twój Weekend”.

– Na Zachodzie zwykli ludzie, nie tylko graficy, kupują fonty tak, jakby kupowali ładny przedmiot. Kto chce zrobić oryginalne zaproszenie ślubne, wchodzi na MyFonts, ściąga za 10 dol. wybrany krój i sam może zostać projektantem – mówi o nowej modzie Aleksandra Mizielińska. Daniel żartuje, że gdyby przy okazji ich przedostatniej publikacji „Mapy” pisali wszystko ręcznie, a nie zaprojektowali imitujący ręczny krój pisma, to przepisywanie samych tekstów w różnych językach zajęłoby im z dziesięć lat. „Mapy” to jak dotąd najbardziej pracochłonny projekt. Podczas gdy narysowanie każdego tomu z serii „Mamoko” zajmowało kilka tygodni, praca nad „Mapami” trwała trzy lata. Ale ogrom pracy się opłacił – polska premiera odbyła się razem z francuską, po chwili pojawiło się wydanie brytyjskie, a za nimi następne. W ciągu roku „Mapy” ukazały się w ponad 10 krajach (m.in. w Rosji, USA, Chinach), a zapowiadane są już wydania w Gruzji, Finlandii, Szwecji czy Japonii. Edytorzy z Holandii, Wielkiej Brytanii czy USA zamówili dodruki. Jak dotąd łączny nakład książki wyniósł ponad 120 tys. egzemplarzy, co w wypadku książki obrazkowej, która nie została narysowana w disneypodobnym stylu, robi duże wrażenie. Zresztą wraz z sukcesem w księgarniach pojawiły się nagrody: Prix Sorcičres 2013 we Francji, Andersen 2013 we Włoszech.

– Inspiracją dla „Map” były kolorowe tablice w starych encyklopediach PWN, które oboje uwielbialiśmy oglądać – mówi Aleksandra Mizielińska. Podobnie jak przy „Mamoko” rozwinęli znany już pomysł. Tyle że doprowadzili go do perfekcji. Książka o formacie starych atlasów składa się z 51 map, na których znajduje się mnóstwo rysunków przedstawiających charakterystyczne cechy danego kraju: stroje ludowe, rośliny, zwierzęta, zabytki architektury, największe miasta, słynnych artystów, dawne wierzenia, przedmioty codziennego użytku, a nawet istoty – jak legendarny robak śmierci z pustyni Gobi. Młody czytelnik może studiować książkę godzinami i dosłownie utonąć w bogatym świecie wiedzy z różnych dziedzin. A ten starszy też się sporo z „Map” dowie.

Jako dodatek, choć niepowiązany z książką bezpośrednio, powstała gra internetowa, dostępna w sieci za darmo. Jej główna zaleta polega na tym, że będzie można uczyć się danego słowa jednocześnie w 9 językach. Mizielińscy w tym celu musieli narysować 1500 obrazków, a stypendium programu Młoda Polska, które otrzymali na „Mapy”, poszło głównie na grę. To zresztą nie pierwsza gra komputerowa czy aplikacja ich autorstwa. Zrobili także grę do książki „Co z Ciebie wyrośnie” czy hit internetu Bubole – zabawę w łapanie robali na ekranie monitora. Daniel Mizieliński twierdzi wręcz, że już wkrótce standardem będzie tworzenie aplikacji internetowych, a najbardziej zaniedbana nisza to edukacyjne historie na tablety. Rzeczy, które wykorzystują narrację, ale dostosowaną do przenośnych urządzeń, i zawierają w sobie nawigację czy elementy konstrukcyjne z gier.

– Dziś istnieje spora niezagospodarowana nisza – dodaje. – Z jednej strony mamy wiele gier wideo, które nie są nastawione na przekazywanie wiedzy, a z drugiej nudne programy edukacyjne i do tego kiepsko zaprojektowane graficznie. Chcielibyśmy tę niszę wypełnić.

Mizielińscy, choć uwielbiają papier, doskonale odnajdują się w świecie elektronicznym i najlepiej czują wtedy, gdy mogą się uczyć nowych rzeczy. Lubią tworzyć książki, przy których sami mogą się czegoś dowiedzieć. Przy okazji „Tu jesteśmy”, opowiadającej o badaniach kosmicznych, współpracowali nawet z naukowym konsultantem. Najnowsza ich książka nosi tytuł „Pora na potwora” – czytelnik z trzech elementów może tu złożyć własne monstrum i nadać mu imię. Choć sami Mizielińscy nie mają dzieci, twierdzą, że wiedzą, jak do nich trafić – wychodzą z założenia, że dziecko należy traktować jak dorosłego, który po prostu mniej wie. Kierują się maksymą Bernarda Shawa, która brzmi: „Nie powinieneś dawać dziecku książki, której sam nie chciałbyś przeczytać”. Jak dotąd kierowanie się tą zasadą przynosi efekty.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną