Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Proces

Oskarżony o zabójstwo od 18 lat szuka w sądach sprawiedliwości

Waldemar Tyburski - od 18 lat oskarżany i uniewinniany z zarzutu zabójstwa. Waldemar Tyburski - od 18 lat oskarżany i uniewinniany z zarzutu zabójstwa. Tadeusz Późniak / Polityka
Już od 18 lat Waldemar Tyburski jest oskarżany o zabójstwo. Wymiar ­sprawiedliwości popełnił w tej sprawie chyba wszystkie możliwe błędy, ale nie poczuwa się do winy.
Łukasz Rayski/Polityka

Ulica Palisadowa w Warszawie, za hutą, koło cmentarza, miała złą sławę, zsyłano tam „eksmitowanych z dysfunkcją”. Wśród setki rodzin były i zwykłe, po prostu biedne, ale w barakach największą grupę stanowili dawni więźniowie, którzy nie mieli gdzie się podziać, narkomani, alkoholicy. Wszędzie pełno śmieci, potłuczonego szkła, plamy krwi. Biedzie towarzyszyły nieszczęścia i agresja. Ktoś podpalił się w barakach, kogoś zabito, ktoś utonął w podejrzanych okolicznościach – pisał kiedyś w POLITYCE Wojciech Markiewicz.

W październiku 1995 r., po południu, pod sklep alkoholowy po wódkę podjeżdżają z warsztatu samochodowego właściciel Sz. i późniejsza ofiara 19-letni Paweł Piekut. Po kłótni w sklepie – w obecności kilku osób – wracają na libację do warsztatu. Tam pada strzał: Piekut dostaje w plecy. Ale wszyscy musieli już być nieźle pijani, bo nikt nie zauważa, że postrzelony wymaga pomocy. Nikt nie wzywa policji, może bagatelizując ranę, może kryjąc sprawcę? W każdym razie libacja trwa. Dopiero po wielu godzinach ktoś zauważa kałużę krwi. Ofiara trafia do szpitala, gdzie umiera.

Policja wszczyna śledztwo. Na Palisadowej ludzie wiedzą, kto strzelał, ale boją się powiedzieć. Żeby się tu uchować, lepiej nic nie widzieć, nie słyszeć, nie wiedzieć – powtarzają mieszkańcy ulicy.

Sprawę prowadzi młody prokurator, może nie wie, co robić, w każdym razie chętnie korzysta z nowej wówczas instytucji świadka incognito: ktoś zgadza się mówić w zamian za gwarancję zachowania w tajemnicy jego tożsamości. Prokurator nadaje więc świadkowi – nazwijmy go L.W. – odpowiedni status i jego zeznania utajnia. Świadek incognito jako zabójcę wskazuje Waldemara Tyburskiego. Nie tylko on. Sz. – właściciel warsztatu i uczestnik libacji – nie pamięta dobrze zajścia, ale na przedstawianych mu potem fotografiach jako sprawcę strzału wskazuje Tyburskiego, choć ma tylko „60 proc. pewności”.

W marcu 1996 r. Tyburski zostaje aresztowany. Nie przyznaje się do winy, twierdzi, że nawet nie był w miejscu zdarzenia, podaje alibi, nazwiska świadków, którym prokurator nie daje wiary. Los Tyburskiego wydaje się przesądzony, bo świadek incognito żadnych wątpliwości nie ma.

Wątpliwość

Ale ma je młody aplikant adwokacki, obrońca z urzędu. Tyburski nie bardzo mu pasuje do milieu Palisadowej. To obcy, były student Wyższej Szkoły Morskiej, który się pogubił w życiu, zajął pustostan, pewnie kradł, ale dlaczego miałby strzelać? I skąd miał broń? Gdzie ona jest? Obrońca chce wiedzieć więcej, ale dostaje do ręki tylko kilka wyciętych z protokołu zdań. Zeznania świadka incognito zostają całkowicie utajnione. Więc obrońca sam chce postawić świadkowi incognito pytania. Prawo na to zezwala, trzeba tylko zachować anonimowość, czyli przesłuchać za kotarą, przy zniekształceniu głosu świadka, albo tylko na piśmie. Sąd się jednak nie zgadza. Po trzech latach śledztwa aresztowany Tyburski zostaje skazany na 15 lat więzienia. „Zeznania świadka incognito potwierdzają, że świadek Sz. rozpoznał właściwego sprawcę i w świetle powyższych ustaleń wina oskarżonego nie budzi wątpliwości” – konkluduje sąd.

W apelacji wyrok uchylają. Sędziowie apelacyjni zgadzają się z obroną, że proces był dla oskarżonego niesprawiedliwy, bo nie mógł poznać treści zeznań świadka anonimowego. Nakazują sprawę ponownie rozpoznać i przesłuchać świadka incognito. W drugim procesie sąd znów nie przesłuchuje świadka, ale za to uniewinnia Tyburskiego, który po czterech latach wychodzi z więzienia. Prokuratura jednak zaskarża wyrok, apelacja uchyla uniewinnienie z powodów proceduralnych. W kolejnym procesie obrona znów nie może się doprosić o przesłuchanie świadka incognito.

Podwójny świadek

I przez kolejne 11 lat sąd okręgowy, wydając cztery wyroki w sprawie – trzy wyroki uniewinniające też były uchylane – albo nie dopuszcza do przesłuchania świadka incognito, albo nie może go odnaleźć, bo nie ma jego jawnych danych. Sprawa wciąż wraca do sądu pierwszej instancji – gdzie tłumaczą się brakiem warunków technicznych do przesłuchania świadka incognito, ale i uniewinniają Tyburskiego, bo dają wiarę innym świadkom, którzy potwierdzają alibi oskarżonego. Tyle że prokuratura uparcie zaskarża, a sądy apelacyjne uchylają te wyroki.

A między sprawami w poszczególnych sądach mija co najmniej rok lub półtora. Raz – w nowym składzie sądzącym – ławnik, po prawie dwóch latach procesu, przypomina sobie, że przecież już raz sądził tę sprawę! A ten sam sędzia (więc i ławnik) nie może sądzić dwa razy tego samego czynu. Trzeba postępowanie prowadzić od nowa.

Innym razem sąd – przy tzw. zaliczaniu do materiału dowodowego, to znaczy dyktowaniu do protokołu numerów stronic akt, na których oprze swoje rozumowanie (a może to trwać godzinami) – zalicza to, co oglądał w nieprzepisowym składzie. Sąd wyższej instancji uchyla więc ten wyrok. I wszystko zaczyna się od nowa. Mija 11 czy 12 rok procesu, a Tyburski, wprawdzie na wolności, ciągle jest oskarżony o zabójstwo!

Na Palisadowej ludzie wiedzą, że świadkiem anonimowym jest L.W. Obrońca też, domyślając się, o kogo chodzi, powołuje L.W. jako normalnego świadka. I dochodzi do paranoi: ten sam mężczyzna jako świadek incognito potajemnie obciąża oskarżonego, a jako świadek normalny, pod nazwiskiem L.W., mówi: „mnie tam w ogóle nie było”. Obrońca żąda więc, by zdekonspirować świadka incognito i odtajnić jego zeznania. Prokurator nie ma nic przeciwko temu. Na to z kolei nie chce się zgodzić sąd.

Dla miejscowych zabójstwo na Palisadowej nie było szczególnym wstrząsem. W przeddzień zabójstwa Piekuta niejaki A., na oczach świadków, zastrzelił z rewolweru psa. (Był też zamieszany w sprawę innego zabójstwa – tego samego dnia, gdy zabił psa, widziano go jak w Puszczy Kampinoskiej zakopywał zwłoki). Obrońca Tyburskiego wnosi więc, by wyjąć z psa kule i je porównać ze znalezionymi w ciele Piekuta. Może to ten sam rewolwer? Sąd wniosek oddala. Nie dziwi też sądu, że – jak się okazuje na rozprawie – prokurator w ogóle nie włącza do akt zeznań konkubiny oskarżonego, która wskazuje innych sprawców.

Nieprzeczytane akta

Tak mija 18 lat procesu, w którym Tyburski jest ciągle oskarżony o zabójstwo. Kolejny sąd wreszcie kończy z fikcją i odtajnia zeznania świadka incognito. Z kancelarii tajnej wędrują do akt, gdzie zostają wszyte do ostatniego tomu sprawy. Tu dopiero sensacja! Okazuje się, że L.W. był na początku sprawy, 18 lat wcześniej, zatrzymany pod zarzutem zabójstwa Piekuta. Dlaczego prokurator z podejrzanego o zabójstwo zrobił świadka incognito, i to obciążającego inną osobę? Mało tego. Wspomniany Sz. rozpoznał L.W. jako zabójcę. Mimo że Sz. był świadkiem jawnym, najistotniejszą część jego zeznań w śledztwie – tam gdzie Tyburskiego w istocie uniewinniał – prokurator dołączył do tajnych akt, razem z zeznaniami świadka incognito (widocznie po to, by nie kwestionować całej misternej i nieuczciwej operacji prokuratora).

Stół sędziowski zasłano tomami akt. – Stare powiedzenie policyjne głosi, że sprawca jest zawsze w pierwszym tomie akt. Jak miałem go szukać, skoro był schowany w ostatnim tomie? – pyta z oburzeniem adwokat Andrzej Pęczkowski, który jako obrońca z urzędu od początku bił się o niewinność swego klienta. I na koniec jeszcze złożył wniosek, by ujawnić listę sędziów, którzy chodzili do tajnej kancelarii, by się zapoznać z tajnymi aktami.

Nie ma na niej nikogo, kto wydał wyrok skazujący Tyburskiego za zabójstwo!

Na sali sądowej Tyburski pyta łamiącym się głosem: „Czy to prawda, że sąd mnie skazał za zabójstwo, nie wiedząc, że świadek incognito sam został rozpoznany jako sprawca tego zabójstwa?”. Rzeczywiście wygląda na to, że sędziowie w ciemno uwierzyli prokuratorowi, nie czytając najistotniejszej części akt! Obrońca próbował jeszcze wezwać na rozprawę prokuratora, tego sprzed 18 lat, który wykazał się tak szokującym brakiem odpowiedzialności. Bo chyba nie złą wolą?

Ale oznaczałoby to dalszą zwłokę w procesie. Zresztą prokurator, który tymczasem wysoko awansował, zapewne zasłoniłby się niepamięcią. Kto pamięta zagmatwane sprawy sprzed 18 lat?

18 lat procesu

W styczniu 2013 r. sprawa – rozpatrywana już po raz szósty – trafiła w ręce sędziego Igora Tulei, który wcześniej wsławił się porównaniem rozpracowywania dr. Mirosława G. przez CBA i prokuraturę do metod stalinowskich. Świadek incognito (nieobecny) złożył zażalenie na postanowienie o odtajnieniu jego osoby. Więc akta sprawy przekazano sądowi apelacyjnemu. Wszyscy się rozeszli po 12 minutach. Kolejne posiedzenie za siedem tygodni w nadziei, że do tego czasu sąd apelacyjny zażalenie świadka rozpozna. Potem jeszcze sprawa spadała z powodów proceduralnych, czekano na zapasowego ławnika, potem były wakacje, ktoś nadesłał zwolnienie lekarskie. Nie ma w tym winy sędziego Tulei – tylko procedura, formalny porządek i rygor. I absurd w aktach.

Sędzia Tuleya uniewinnił Tyburskiego – po raz kolejny. „W demokratycznym państwie prawnym nie powinno zdarzyć się tak, że przez 18 lat ciąży na kimś zarzut zabójstwa, bo proces trwa tak długo. Niezrozumiałe działania sądu budzą wątpliwości nawet prawników” – mówił sędzia w uzasadnieniu.

To niewątpliwa porażka wymiaru sprawiedliwości. Nie tylko dlatego, że proces ciągnął się tak długo i zniszczył oskarżonemu życie. Był przecież trup, a winnego nie ma. Klucz do rozwiązania sprawy ukryty jest w przeszłości ofiary: Piekut był sprawcą 20 włamań i kradzieży, jego wspólnicy mieli zapewne motyw. Po przeszło 18 latach nie da się innych dowodów przeprowadzić – przyznał sędzia. Szukać tego zastrzelonego psa, o co kiedyś wnosił obrońca? Wtedy może pasowałaby kula. Byłby jakiś konkretniejszy ślad.

Te błędy nie tłumaczą 18 lat procesu i pracy sześciu zespołów sędziowskich, które sprawą się zajmowały. Cały wymiar sprawiedliwości – organy ścigania, sądy I i II instancji – powinny przy tej sprawie uderzyć się w pierś – ocenił Tuleya.

W sprawie Tyburskiego zawiniła jednak przede wszystkim prokuratura. A ta po 18 latach wciąż się upiera, że Tyburski jest winny, i złożyła już wniosek o uzasadnienie wyroku uniewinniającego. Widocznie wkroczymy w 19 rok procesu i siódmy skład sędziowski. Uderzające, jak bardzo wszystkie dyskusje o reformie prokuratury, spory o to, kto komu będzie podlegać, kto ma mianować zastępców prokuratora generalnego, mają nikły związek z taką sprawą jak ta z Palisadowej.

Polityka 5.2014 (2943) z dnia 28.01.2014; Społeczeństwo; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Proces"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną