Społeczeństwo

Dłużnicy mimo woli

E-sąd sądzi po cichu

E-sąd nie bada, czy roszczenie jest zasadne, klepie wszystko, jak leci, i wydaje nakazy zapłaty. E-sąd nie bada, czy roszczenie jest zasadne, klepie wszystko, jak leci, i wydaje nakazy zapłaty. Łukasz Rayski / Polityka
Oprócz konta na Facebooku dobrze jest założyć sobie konto w e-sądzie. I regularnie sprawdzać, czy ktoś nie wystąpił przeciw nam o zwrot jakiejś wydumanej należności. Zanim komornik ściągnie nam ją z pensji, jak już tysiącom Polaków.
Główni beneficjenci e-sądów to kilka dużych firm windykacyjnych skupujących wierzytelności.Mirosław Gryń/Polityka Główni beneficjenci e-sądów to kilka dużych firm windykacyjnych skupujących wierzytelności.

Artykuł w wersji audio

Pani Marzena jest stateczną urzędniczką pracującą w instytucji podległej MSW, matką trójki dzieci. W kwietniu 2013 r. w skrzynce pocztowej znalazła list: „wezwanie do zapłaty”. Jakaś firma napisała, że „w nawiązaniu do toczącego się postępowania windykacyjnego informujemy, że na koncie (tu numer) nadal widnieje zadłużenie wynikające z niezrealizowanych płatności wobec telewizji sprzedanych do ich firmy”. I dalej: „Zadaniem firmy jest windykacja poniższej kwoty za pomocą wszelkich przewidzianych prawem możliwości”. Niżej wyliczenie: należność główna 600 zł, odsetki 352, razem 952,02 zł. I żadnego wytłumaczenia, kiedy i z jakiego powodu zadłużenie powstało. Pani Marzena, ostatni kontakt z telewizją miała w 2008 r., kiedy zdawała dekoder i o żadnym długu nic nie wiedziała. Mąż poradził, żeby machnęła ręką, bo i tak zobowiązania są wymagalne tylko przez trzy lata od ich powstania, więc nawet nie ma o czym mówić. Do tego list był zwykły, nie polecony, a podpis „Koordynatora Grup Windykacyjnych” wyglądał na skserowany.

Aż 3 grudnia ubiegłego roku w jednej kopercie przyszło komornicze „zawiadomienie o wszczęciu egzekucji i wezwanie dłużnika do zapłaty” i „zajęcie wierzytelności i prawa”. Dopiero z tych dokumentów dowiedziała się, że e-sąd wydał 13 sierpnia wobec niej nakaz zapłaty, który się uprawomocnił, a 30 września nadano mu klauzulę wykonalności. Kwota roszczenia wzrosła o ponad 500 zł – o koszty procesu i opłatę egzekucyjną. Komornik zaznaczył w piśmie, że koszty egzekucyjne mogą jeszcze wzrosnąć, w zależności od dokonywanych dalszych czynności. Kobieta od razu w grudniu złożyła sprzeciw wobec nakazu zapłaty oraz wniosek „o przywrócenie terminu” – żeby jej sprawa, formalnie już zamknięta, została rozpatrzona jeszcze raz. Do dziś nie otrzymała z sądu odpowiedzi, za to 15 stycznia do jej działu kadr przyszło pismo komornicze o zajęcie jej wynagrodzenia za pracę. – Taki wstyd, taki wstyd! Żebym jeszcze była czemuś winna... A ja przecież nawet nie wiem, o co chodzi – prawie płacze kobieta.

Intencje były dobre...

To dziś częsty scenariusz. W przypadku pani Moniki z Poznania chodziło aż o 14 tys. zł. Pewnego dnia została wezwana do kadrowej w firmie, od której dowiedziała się, że jest nakaz komorniczy, tak więc połowa jej pensji będzie zajmowana. – Myślałam, że się przewrócę i dostanę zawału, zwłaszcza że nie mam żadnych długów! – opowiadała.

To wszystko wyroki e-sądu. Który nie bada, czy roszczenie jest zasadne, klepie wszystko, jak leci, i wydaje nakazy zapłaty – jeśli tylko nie ma sprzeciwu strony pozwanej. A zwykle jej nie ma, jeśli pozwany nic o sprawie nie wie.

Zgodnie z intencją Ministerstwa Sprawiedliwości, podaną w uzasadnieniu projektu ustawy powołującej e-sąd, miał on objąć sprawy o roszczenia finansowe, których stan faktyczny nie jest skomplikowany i nie zachodzi potrzeba wszczynania postępowania wyjaśniającego. Mówiono o bacie na zalegających z drobnymi opłatami za prąd, telefon czy kablówkę. Zwracano przy tym uwagę na szybkość jako najważniejszą cechę sądu elektronicznego. Sprawy do prowadzenia w e-sądzie dano referendarzom sądowym. To także w miarę nowa, istniejąca od 1997 r., funkcja w wymiarze sprawiedliwości – ze skromnymi uprawnieniami głównie do prowadzenia ksiąg i rejestrów sądowych. Pomysł budził pewne kontrowersje, dlatego zadano w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu. „To, że polski system prawa przyznaje mu pozycję organu sądowego, nie oznacza, że jest on organem wymiaru sprawiedliwości i rozstrzyga o czyichś prawach podmiotowych” – odpowiedzieli sędziowie, tłumacząc, że wydawanie nakazów zapłaty nie należy do wymierzania sprawiedliwości, gdyż referendarz nie podejmuje decyzji o istocie sporu. E-sąd zaczął działać.

W praktyce wygląda to tak: pozew wpływa przez internet, formularz jest do pobrania na stronie www.e-sad.gov.pl. W pozwie pisze się w kilku zdaniach, że jakaś osoba jest składającemu pozew winna pieniądze. Nie trzeba, a nawet nie można, załączać żadnych na to dowodów, bo system informatyczny, na którym działa e-sąd, wyklucza wysyłanie załączników. Rola referendarza sprowadza się do wysłania takiego pozwu osobie wskazanej jako dłużnik na podany w pozwie adres. Referendarz dołącza jeszcze kartkę ze specjalnym numerem i hasłem, dzięki któremu pozwany może obejrzeć na stronie akta i np. wnieść sprzeciw, że nie uznaje długu. Gdy tylko pojawi się sprzeciw, referendarz automatycznie przesyła sprawę do normalnego sądu, gdzie rusza normalna sądowa procedura, zaczynająca się od tego, że sędziowie żądają od wierzyciela uzupełnienia akt o materiał dowodowy. Jeśli jednak sprzeciw nie wpływa lub gdy list z pozwem został wysłany i awizowany dwa razy (co uznaje się u nas za list doręczony), referendarz wydaje nakaz zapłaty. Komornik rozpoczyna egzekucję.

Internet kontra real

E-sąd ruszył w styczniu 2010 r., w pierwszym roku wpłynęło ponad milion spraw, w następnym prawie dwa razy więcej, liczba wpływających wniosków z każdym rokiem rosła. Jeden referendarz sądowy w rok załatwił 25 tys. spraw, prawie 70 dziennie, z niedzielami włącznie. „To pokazuje, jak skutecznym narzędziem do egzekwowania należności okazał się e-sąd” – przekonywał w 2013 r. minister sprawiedliwości, zaznaczając jednocześnie, że spośród 4,6 mln spraw, które do tego czasu wpłynęły, tylko w około 3 proc. został wniesiony sprzeciw od nakazu zapłaty. Według danych na 31 grudnia 2012 r. było ich dokładnie 168 tys.

Szybko okazało się jednak, że główni beneficjenci e-sądów to kilka dużych firm windykacyjnych skupujących wierzytelności. – Wcześniej firmy już skupowały stare długi. Wiadomo, że jedna firma kupiła portfel 100150 tys. wierzytelności banku. Ale nie było odpowiednio szybkich, tanich i skutecznych trybów dochodzenia tych wierzytelności na drodze sądowej, więc to leżało, leżało, aż w 2010 r. pojawił się e-sąd – opowiada prawnik. – Niedawno inna firma kupiła od Providenta cały pakiet długów za lata 200309, czyli już w momencie zakupu w większości przedawnione – opowiada prawnik z branży wierzytelności. I dodaje: – To była maszynka, szablony pozwów, firma windykacyjna była w stanie w ciągu 15 minut wysłać 500 pozwów do e-sądu z danymi adresowymi z roku np. 2004 r., ponieważ nikt tego nie weryfikował, bo to dla firmy niepotrzebne koszty. Zresztą zweryfikuje je na końcu komornik po uzyskaniu nakazu zapłaty, bo musi znaleźć dłużnika, żeby swoje zarobić.

Mecenas Lech Obara, który walczy z nieprawidłowościami firm windykacyjnych, dodaje, że w pozwach były zwykle stare nieaktualne adresy, pochodzące pewnie z czasów, gdy klient kiedyś podpisywał jakąś umowę kupioną jako wierzytelność. A to dawało szansę, że pozew nie trafi do rąk pozwanego, nie będzie więc sprzeciwu, nikt nie będzie dochodził, skąd roszczenie. I od razu wyjaśnia: – To były oszustwa sądowe, wykorzystywanie sądu do czerpania korzyści. Staraliśmy się, aby zajęła się tym prokuratura.

Prokuratury w całym kraju prowadziły w sumie 26 śledztw o oszustwo z wykorzystaniem e-sądu, głównie dotyczące właśnie firm windykacyjnych, ale praktycznie wszystkie zostały umorzone, głównie z powodu braku znamion przestępstwa. We wrześniu 2012 r. „Interpelację do ministra sprawiedliwości w sprawie bulwersujących praktyk stosowanych przez firmy windykacyjne polegających na wykupowaniu przedawnionych długów i ściąganiu ich od obywateli” napisał poseł Jacek Szmit (PiS) z Olsztyna. Otrzymał odpowiedź, że „każdy dłużnik może przecież zgłosić sprzeciw”.

Że jakiś problem jednak jest, dostrzeżono dopiero w maju 2013 r. Minister Kwiatkowski wystąpił na forum Sejmu z propozycjami naprawy sytuacji. Ujawnił, że wpłynęło ok. 200 tys. skarg na nieuprawnione żądanie pieniędzy z tytułu nieistniejących lub przeterminowanych roszczeń. Że zdarzały się także przypadki kilkukrotnego dochodzenia tej samej należności od dłużnika przez tego samego wierzyciela, żądania zapłaty roszczeń wymagalnych, ale już przedawnionych, czy też świadomego lub lekkomyślnego podawania w pozwie nieprawidłowego lub nieaktualnego adresu pozwanego.

W efekcie ustalono, że komornik ma obowiązek poinformować dłużnika, że może wnieść protest w ciągu 7 dni. Oraz że od 7 lipca 2013 r. nie można już m.in. składać w e-sądzie pozwów w sprawie długów starszych niż trzy lata. Wydawało się, że sprawa została załatwiona. Ale nic bardziej mylnego.

Majowa lawina pozwów

Problem został, ponieważ w maju lawina pozwów ruszyła już pełną parą. W pierwszym półroczu 2013 r. wpłynęło 1,7 mln spraw, z czego większość tuż przed wejściem w życie zmian. – Śpieszyli się, żeby zdążyć przed nowelizacją – tłumaczy Mateusz Płudowski, prawnik z Wrocławia, który prowadzi sprawy przeciwko firmom windykacyjnym i portal Skutecznysprzeciw.pl. W sumie zarejestrowano w e-sądzie ok. 4,5 mln spraw z datą sprzed nowelizacji, a sprawa już zarejestrowana z nakazem zapłaty może wrócić przez 10 lat. Tak więc jeszcze przez dekadę każdy może obudzić się bez części pensji.

Dlatego Mateusz Płudowski radzi wszystkim, aby sami zakładali sobie konta na stronie e-sądu i pilnowali, czy ktoś nie wystąpił wobec nich z jakimś roszczeniem: – Lepiej wiedzieć i przeciwdziałać, choćby składając sprzeciw, niż być zaskoczonym wizytą komornika. Jeden z jego klientów, który przyszedł z jednym nakazem zapłaty, otworzywszy konto w e-sądzie, zorientował się, że zarejestrowane są jeszcze cztery sprawy, o których nic nie wiedział. – Najważniejsze to móc złożyć sprzeciw, bo wtedy sprawa trafia do normalnego sądu, gdzie żądają dowodów na istnienie wierzytelności.

A z tym w praktyce bywa krucho. Firmy windykacyjne zwykle ich nie dostarczają. – Prawdopodobną przyczyną jest to, że od początku wiedzieli, że sprawa jest przedawniona i dlatego dalej się w nią nie angażują, lub też szli do e-sądu na tzw. strzał, z bardzo słabymi dokumentami potwierdzającymi istnienie wierzytelności lub w ogóle bez żadnych dokumentów, może się uda – konstatuje Mateusz Płudowski. W praktyce nawet te dowody, które do sądu trafiają, okazują się dość pobieżne. W jednej sprawie jako dowód przedstawiono wyciąg z ksiąg rachunkowych firmy windykacyjnej z wpisem, że klientka jest jej winna określoną kwotę. Do tego dołączona była jej umowa z bankiem z 2007 r. Nie było żadnego dokumentu, z którego by wynikało, że moja klientka nie wywiązała się z tej umowy, że w ogóle powstało jakieś zadłużenie, kiedy, w jakiej wysokości ani na jakiej podstawie naliczono odsetki i od jakiej daty – opowiada radca prawny Tomasz Bagiński, który prowadził sprawę. – Co więcej, sama firma windykacyjna nie była w stanie udowodnić faktu nabycia przez siebie domniemanej wierzytelności! – opowiada Bagiński. – „Umowa sprzedaży wierzytelności” stanowiła tak naprawdę niewypełniony blankiet, który nie dotyczył mojej klientki ani żadnej z jej należności. „Aneks” do tej umowy to niepodpisany przez nikogo wydruk komputerowy. Oznacza to, że nie wykazano nabycia jakiejkolwiek wierzytelności PKO BP SA wymaganej od mojej klientki, abstrahując od faktu, że wierzytelność taka nigdy nie istniała. Zresztą, tuż przed rozprawą firma wycofała pozew. Sprawę udało się odkręcić i wstrzymać egzekucję. Warto wspomnieć, że do czasu wizyty komornika moja klientka nic o sprawie nie wiedziała, bo w pozwie do e-sądu podano niewłaściwy adres do niej.

Nie wiadomo też, co zrobić z wyrokami, których odwrócić już nie można. W sumie do e-sądu wpłynęło ponad 7 mln spraw i wydano ponad 6,5 mln nakazów zapłaty. Dziesiątków, a może setek tysięcy z nich nie powinno w ogóle być. A teraz komornicy stukają do drzwi. Fora prawnicze puchną od rozpaczliwych próśb o poradę: „Firma przez komornika po 15 latach (dług z ubezpieczenia OC 200 zł z 1998 r.) zabrała mi z konta 1300 zł... co można z tym zrobić?”. Albo: „Rozmawiałam z e-sądem: sprawa z 2002 r., adres sprzed 15 lat, a w ogóle to wierzyciel pierwotny Sigma Bank, z którym nigdy nie miałam nic wspólnego!!! Problem to tylko, co zrobić z komornikiem, który ma się zjawić lada dzień?”.

Na razie są sami z problemem. Jak pani Marzena poszukują prawników i łatają budżety ograbione przez zajęcia komornicze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną