Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Kain i Małgosia

Dlaczego warto mieć rodzeństwo?

Na blisko 350 tys. rodzących się co roku dzieci ok. 200 tys. ma lub będzie miało rodzeństwo. Na blisko 350 tys. rodzących się co roku dzieci ok. 200 tys. ma lub będzie miało rodzeństwo. qwasyx / PantherMedia
Na to, kim jesteśmy, olbrzymi wpływ ma nasze rodzeństwo. To twarde dane z badań. Ale co to oznacza dziś, w czasach zszywanych rodzin, dzieci z poprzednich małżeństw, przyrodnich braci i sióstr?
Mitem jest, że wszystkie dzieci kocha się tak samo – i warto, żeby rodzice to sobie uświadomili.Kevin Dodge/Masterfile/EAST NEWS Mitem jest, że wszystkie dzieci kocha się tak samo – i warto, żeby rodzice to sobie uświadomili.
Jeszcze pokolenie temu z faktu bycia pierwszym wynikało dziedziczenie i autorytet u młodszego rodzeństwa.David Laurens/EAST NEWS Jeszcze pokolenie temu z faktu bycia pierwszym wynikało dziedziczenie i autorytet u młodszego rodzeństwa.

Temat został przez psychologów przebadany na wskroś. A wyniki są dość jednoznaczne. Posiadanie rodzeństwa ma olbrzymi wpływ na to, jakimi będziemy partnerami, rodzicami, przyjaciółmi, pracownikami. Z badań wynika, że kluczowa dla przyszłych strategii na życie jest kolejność narodzin, płeć, a dopiero w tym kontekście – cechy, które wylosowaliśmy w genetycznej loterii, przychodząc na świat.

Na blisko 350 tys. rodzących się co roku dzieci ok. 200 tys. ma lub będzie miało rodzeństwo. To pierwszy poligon doświadczalny ludzkich słabości i instynktów. Mamy też w Polsce 100 tys. tak zwanych rodzin rekonstruowanych, w których żyje ponad 220 tys. dzieci – w większości z poprzednich związków. Niemal połowa z nich ma przyrodnie rodzeństwo pod tym samym dachem.

Ale badacze tematu dodają też, że niezależnie od zmian modeli rodzinnych – każde z rodzeństwa przychodzi na świat w innej rodzinie, nawet będąc dzieckiem tego samego ojca i matki. Bo dzieci rodzą się na różnych etapach związku, na różnych etapach kariery rodzica. Bo inaczej rozwija się to, którego rodzice się kochają, inaczej, gdy łączy ich już tylko wspólny kredyt.

Pilotem w łeb

Jeszcze pokolenie temu z faktu bycia pierwszym wynikało dziedziczenie i autorytet u młodszego rodzeństwa. To był przywilej, ale i obowiązki, bo najstarsze pomagało w opiece nad młodszymi. Tak bywa i dziś, szczególnie w rodzinach wielodzietnych i niepełnych.

Szymon, 43-letni przedsiębiorca z Warszawy, został po rozwodzie weekendowym tatą. Część jego obowiązków spadła na najstarszą, wówczas 13-letnią, Karolinę. 8-letni Łukasz i 4-letni Maniek stali się dla siostry bracio-dziećmi. Szymon zauważył to podczas pierwszych wspólnych wakacji we czworo. Karolina pilnowała, żeby się przebrali po basenie, dojedli obiad, nie oglądali za długo telewizji.

Ciężko było przełączyć ją na tryb dziecka i zdjąć z niej te obowiązki. Spytałem więc, czy dobrze się z tym czuje. Rozpłakała się i powiedziała, że ma tego już dość, że jest zmęczona – wspomina ojciec. Problem w tym, że obowiązki przerzuciła na nią matka, przy której została cała trójka. Karolina troszczy się więc tak, jak umie. – Nie chcesz wykonywać poleceń, to w łeb. Tak niestety wygląda dziś opieka Karoliny – martwi się Szymon, który interweniował ostatnio, gdy córka rzuciła się na brata, bo nie chciał oddać jej pilota od telewizora. Zauważył też, że dzieciaki nauczyły się manipulować i zwykle dwójka, w różnej konfiguracji, staje przeciwko jednemu. – Najczęściej wkręcają tego środkowego, podpuszczając go, więc łatwo zostaje kozłem ofiarnym – żali się Szymon.

Ronald W. Richardson i Loisa A. Richardson, autorzy książki „Najstarsze, średnie, najmłodsze. Jak kolejność narodzin wpływa na twój charakter”, udowadniają, że najstarsze dzieci są zwykle nadodpowiedzialne, nadopiekuńcze. Szybko przejmują kontrolę, mają skłonność do przepracowywania się, są zadaniowe. Bywa, że nie wierzą w kompetencje innych. Co ma wady – ale i zalety. Bo z badań wynika, że to oni najczęściej zostają liderami, szefami, kierownikami.

Szczególnie kobiety mają tendencję do „brania wszystkiego na siebie”, bo taki jest też przekaz kulturowy, a już zwłaszcza gdy mają młodszych braci. Partnerstwo przychodzi im z trudem – bo szybko stają się pełne żalu i każdy komunikat sprowadza się do pretensji.

W odróżnieniu od pierworodnych pozycja najmłodszego oznacza zwykle więcej luzu i więcej akceptacji na starcie. – Dopiero przy trzecim dziecku odpuściłam sobie bycie supermamą. Chodzi uświniony cały dzień, a mnie to przestało martwić – mówi Magda Modlibowska, menedżerka, mama trójki dzieci, w tym adoptowanych Leny i Miry (niespokrewnionych) oraz biologicznego syna Olafa.

Z badań wynika, że ostatnie dzieci są najspokojniejsze, bo rodzice okrzepli już w swoich rolach. Rzadko stają się liderami, sprawdzają się za to w negocjacjach. W rodzinie Modlibowskich narodziny Olafa zdetronizowały średnią córkę – Mirę, co z kolei sprawiło, że zbliżyła się bardziej do starszej siostry. Na szczęście obie mają do najmłodszego brata słabość, zobaczyły, że nie ma różnicy w byciu adoptowanym i biologicznym dzieckiem, że mama tak samo bywa zmęczona i tak samo złości się na Olafa.

Średni często skarżą się, że nie mają swojego miejsca w rodzinie. Bywa, że nakładają maskę tzw. niewidzialnych dzieci albo buntują się, poszukując wsparcia w grupie rówieśniczej. Poszukując swojej tożsamości, szybko się usamodzielniają. Jak się potem okazuje, potrafią „układać się” z innymi, adaptować z łatwością do trudnych warunków.

Na Jasia i Małgosię

Zwykle też w życiu rodzeństwa, niczym w korporacji czy partiach politycznych, są koalicje, zaplatają się intrygi, manipulacje, kłamstwa, zwalczanie się nawzajem, donosy jednego na drugiego. Jeśli rodzicom zabraknie dojrzałości – rodzi się wrogość, która ciągnie się przez całe życie, a nawet dłużej. Bo śmierć brata czy siostry nie uwalnia od złych uczuć, które nierzadko pod płaszczykiem opowieści rodzinnych, tych prywatnych mitów, przechodzą na kolejne pokolenia.

A gdy przychodzi do dzielenia majątku po rodzicach, w wynikających przy okazji sporach nie chodzi zwykle o materialne rzeczy – twierdzi dr Jolanta Berezowska, psychoterapeutka. – Czasem okazuje się, że złość i poczucie niesprawiedliwości sięgają trzy pokolenia wstecz. By wybuchnąć przy okazji sprawy o spadek.

Zdaniem psychologów kluczowym momentem w rozwoju więzi między rodzeństwem jest pojawienie się nowego dziecka. Salvatore Capodieci, autor książki „Rodzeństwo – Jaś i Małgosia czy Kain i Abel”, uczula rodziców na ten moment, bo bywa on zarzewiem konfliktu, który waży potem na braterskiej więzi. – Zdarza się, że starszy złości się, mówi, że nienawidzi brata czy siostry, bo psuje mu zabawki, choć to niemowlak. Ważne, by dać przestrzeń na te emocje, nie rugać za uczucia, których sam jeszcze nie rozumie – wyjaśnia dr Jolanta Berezowska.

Mitem jest też, że wszystkie dzieci kocha się tak samo – i warto, żeby rodzice to sobie uświadomili. Pamiętając, że inaczej nie musi oznaczać: mniej. Dziecku wystarczy poczucie, że dla niego wystarczy, że jest równe, nie gorsze. Niestety, w praktyce wyjątkowo często zdarza się wyróżnianie jednego.

A najgorsze jest to, kiedy rodzic bliżej jest z dzieckiem niż z partnerem. To sytuacja spotykana i po rozwodach, i pod wspólnym dachem – konstatuje dr Berezowska. W psychologii takie wplątywanie dzieci w konflikt nazywane jest triangulacją: to wyjątkowo ciężki bagaż, bo dzieci, zamiast tworzyć sobie swój system, w którym uczą się współpracy, wsparcia, rozwiązywania konfliktów – stają się sobie obce. Względnie, jeśli do tego dochodzą problemy typu nałóg rodzica, przemoc fizyczna lub psychiczna, dzieci zbliżają się do siebie jak ofiary w oblężonej twierdzy. W takich sytuacjach nierzadko dochodzi nawet do kazirodztwa.

Jak Ojciec Bóg

Z tym, czy z własnym rodzeństwem pokochamy się jak Jaś i Małgosia, czy znienawidzimy jak Kain Abla, geny nie mają nic wspólnego. Nikt się nie rodzi z jakąś szczególną łatwością kochania akurat brata – rodzonego czy przyrodniego.

Zauważyli to w swojej sztuce „Ojciec Bóg” Katarzyna i Jacek Wasilewscy, rodzice trójki dzieci. – Patriarchalizm budował hierarchię wewnątrz rodziny, a na zewnątrz służył krajowi, sprawdzał się w innych czasach, dziś nie – podkreśla dr Jacek Wasilewski. I dodaje, że choć patriarchalny styl rodzinny się zdezaktualizował, to wciąż jesteśmy w trakcie budowy jakichś nowych wzorców.

Miliony rodziców, marzących o „wychowaniu bez porażek”, recept na dobre życie dla swoich dzieci szukają w poradnikach: jak przegrywać, żeby nie czuć się gorszym? Jak walczyć, by nie niszczyć siebie? Jak wygrywać, by nie gardzić zwyciężonymi? A tymczasem ich dzieci, pozbawione już familijnego, hierarchicznego porządku, nierzadko porzucone emocjonalnie przez zapracowanych rodziców – nadmiernie obarczane zajęciami pozalekcyjnymi, izolowane od domowych obowiązków – nie mają czasu na zbliżanie się do swojego rodzeństwa. Choć to właśnie czas – oprócz wspólnoty doświadczeń – ma kluczowe znaczenie.

Dlatego psychologowie nie demonizują np. zjawiska rodzin składanych, patchworkowych. Fakt, pojawienie się przyrodniego rodzeństwa to pożegnanie nadziei, że biologiczni rodzice się zejdą – a każde żywi taką nadzieję. Dlatego „intruz” może budzić niechęć – a zadaniem rodzica jest dać dziecku do tej niechęci prawo.

Osiami konfliktów w patchworkowych rodzinach są według badacza problemu Salvatore Capodieciego dwie sprawy: poczucie, że jest się nierówno traktowanym, oraz brak własnego terytorium – np. w domu macochy i jej dzieci. Zadbanie o każdą z tych spraw leży w zasięgu rodziców. – Znam rodzinę, w której ojciec miał trzy żony i dzieci z każdą z nich. Te dzieci się spotykają i lubią, bo szanują się ich matki. Nie są przyjaciółkami, ale zależy im na tym, żeby dzieci były rodziną. Przekroczyły pewien próg złości i zazdrości – opowiada dr Jolanta Berezowska. Wszystko zależy od tego, jaki świat pokażemy dzieciom. Taki, w którym ludzie się lubią, czy taki, w którym karmią swoją złość ich kosztem.

Magdalena Modlibowska, autorka książki „Odczarować adopcję” i matka dzieci (z których, jak sama mówi, każde jest z innej parafii), sama też pochodzi z patch­workowej rodziny, choć nikt tak kiedyś tego nie nazywał. Dwoje najstarszych – siostra i brat – to było przysposobione rodzeństwo, drugi, środkowy brat był synem ojca z poprzedniego związku, ona była biologicznym najmłodszym dzieckiem rodziców. Dużo młodszym, ponieważ od starszego brata dzieliło ją siedem lat, od pozostałych więcej. Mimo rodzinnych sympatii i antypatii całej czwórce udało się zbliżyć. Magda Modlibowska zauważa, że tę więź odczuli najbardziej po śmierci ojca. – Pomyślałam, że nie jestem w tym sama. Dlatego zawsze powtarzam moim dzieciom: bądźcie razem, wspierajcie się, bo niezależnie od tego, co się zdarzy, zawsze będziecie mieli siebie – mówi.

Ale – dodaje Magda Modlibowska – miłość to czas oraz to, co się razem przeżyło. Będąc w rodzeństwie, trzeba sobie na miłość zasłużyć, dogadać się. Ale to daje niesamowite poczucie przynależności do kogoś innego niż rodzice.

Wśród dzisiejszych dorosłych swoje relacje z rodzeństwem za mało znaczące uważa zaledwie 15 proc. badanych. Nieco mniej intensywnie przeżywają tę miłość bracia, zaś siostry stają się z wiekiem coraz bardziej sobie bliskie. Ale warto walczyć o dobre relacje z rodzeństwem, bo trwają dłużej o jakieś 30–40 lat niż te między dziećmi a rodzicami. Ich znaczenie widać dopiero w cyklu życia, a najwyraźniej – na starość, kiedy ten ktoś, kogo znamy od zawsze, staje się jedyną osobą, której na nas zależy. Z racji na tę wieloletnią wspólnotę czasu oraz miejsca. Jeśli taka była.

Polityka 11.2014 (2949) z dnia 11.03.2014; Społeczeństwo; s. 27
Oryginalny tytuł tekstu: "Kain i Małgosia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną