Społeczeństwo

Nieswoja

Niezwykłe dzieje Ewy, która była Markiem

Ewa nie lubi mówić o Marku, chciałaby zapomnieć, że nim kiedyś była. Ewa nie lubi mówić o Marku, chciałaby zapomnieć, że nim kiedyś była. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta
Był on, jest ona. On był działaczem Solidarności, ona jest w koalicji z partią Janusza Palikota. W wyborach do Parlamentu Europejskiego Ewa Hołuszko walczyła nie tyle o mandat, co o swoje drugie życie.
Celiński mówi, że Ewa to wartość w polityce. Ale szanse na wybór ma raczej żadne.Adam Guz/Reporter Celiński mówi, że Ewa to wartość w polityce. Ale szanse na wybór ma raczej żadne.

Z zapasem ulotek i herbaty w termosie Ewa Hołuszko wyruszyła w Polskę. Na spotkania wyborcze na dworcach PKS, debaty wielostronne na przystankach autobusowych, rozmowy bezpośrednie na rynkach miasteczek i w progach domów eurowyborców Okręgu Wyborczego nr 3 województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego. Ostatnia na liście, miejsce niebiorące, więc i budżet nieduży. Wysupłali dla niej jakoś na te kilka przejazdów, pociągiem lub autobusem, parę noclegów, plik ulotek oraz jedną planszę na statywie z jej zdjęciem – można sobie robić fotkę z kandydatką na tym tle. Ale Ewie i tak błyszczą oczy – przecież w prawdziwej demokracji liczy się kontakt z wyborcą. Na jej ulotce napisane jest: „Dla mnie najważniejszy jest człowiek”.

W Białymstoku Ewa podeszła na ulicy do człowieka. Nie łysol, nie kibol, z wyglądu nie narodowiec. Więc wyciągnęła do niego rękę z ulotką. „Ewa Maria Hołuszko. Europa Plus Twój Ruch. 9 miejsce listy numer 5”. Na drugiej stronie program. Chłopak dokładnie przeczytał ulotkę, a potem wstał, dokładnie ulotkę opluł, podarł, zmiął, wyrzucił do kosza i usiadł. Bez słowa, choć dość wymownie. Ale za to już w Łomży z jednym panem nawet miło jej się rozmawiało. Na koniec pan zapytuje uprzejmie: przepraszam, ale muszę wiedzieć, jakiego pani jest wyznania? Więc Ewa mówi, że prawosławna. I już nie było miło.

Bo tak się zawsze Ewie składa, że prędzej lub później zawsze o coś chodzi. A to o tego Marka, którym kiedyś była, a to o spódnicę, że wygląda w niej jak facet, o poglądy, że jak na solidarnościowca za bardzo lewicowe, a teraz niby z ramienia Partii Demokratycznej, ale prawie pod rękę z Palikotem. Lub też o jej korzenie jakieś takie niepolskie. Więc gdy po wyborczych podróżach, z resztkami herbaty, Ewa z Polski wraca już do siebie, przychodzi jej do głowy to wytarte zdanie, że nie o taki kraj przecież walczyła. Bo dzisiejsza Polska przegródkami stoi. A Ewa Hołuszko w żadnej się nie mieści.

Korzenie: splątane

Na ordynarnym, ceglanym, zagrzybionym murze w rogu pokoju Ewy wisi ikona. Matka Boska Kazańska patrzy na Ewę z góry, tak jak w 1912 r. patrzyła na jej dziadków w czasie ślubu. Dziadek był Kozak naddnieprzański. Imię Porfiry, nazwisko Żukowski. Końcówka -ski wskazuje na szlacheckość, choć niewiadomego dla Ewy pochodzenia. Dziadek w Białymstoku stacjonował z pułkiem i zakochał się w babci białostoczance. A potem, już po ślubie, poszedł z pułkiem na front i na tym froncie zginął lub został zmiażdżony przez wagony kolejowe, są dwie wersje tej śmierci. Babcia białostoczanka do końca życia mówiła już tylko o dziadku, a córka Luba, czyli mama Ewy, raz w życiu widziana przez ojca, wyrosła na krawcową z mistrzowskim dyplomem.

Z drugiej strony nie było wcale prościej. Dziadek Cyryl, też szlachcic, ale prawosławny, ze swoim pułkiem stacjonował w Grodnie. Tam poznał Nadzieję. Niedługo później Nadzieja przy nadziei odwiedzała męża na manewrach wojskowych i tak się wydarzyło, że w Kuźnicy Białostockiej urodziła syna. W ten właśnie sposób ojciec Ewy został Polakiem, później pracownikiem huty szkła, właścicielem restauracji w Druskiennikach, w której śpiewał Fogg i Hanka Ordonówna, a w sezonie zimowym – szatniarzem w słynnej Adrii w Warszawie. Z Lubą poznał się już po drugiej wojnie światowej. 1945 r. zamknął ich w granicach Polski. I tak w 1950 r. w Białymstoku urodziła się Ewa. Wtedy jako Marek. Więc w sumie nie ma problemu, można powiedzieć, że z granic urodzenia Ewa jest Polką. Nawet jeśli taką bardziej w zgodzie z Konstytucją 3 maja; Wojciech Ziembiński, jej późniejszy kolega i opozycjonista, zawsze mówił o niej – ostatnia obywatelka Pierwszej Rzeczpospolitej. A w Białymstoku i na rodzonym Podlasiu, ze względu na tę prawosławność i splątane korzenie, mówili raczej, że ona jest swoja, ruska albo tutejsza. Ale potem przestali.

Opozycja: jako Marek

Więc Polka nawet tak. Ale opozycjonistka? Niektórym ciężko dzisiaj powiedzieć o Ewie, że to solidarnościowa opozycjonistka. Bo zawsze muszą dodać, że wtedy to był opozycjonista Marek. W skórze Marka Hołuszki, kilka lat po rodzinnej przeprowadzce z Białegostoku do Warszawy, Ewa siedziała na korytarzu liceum przy ul. Alpejskiej w Aninie i w 1968 r. w maturalnej klasie przeżywała swój pierwszy w życiu strajk. Uciekała przed petardami z gazu łzawiącego podczas demonstracji przed kinem Kultura. A parę lat później, już będąc asystentką na Politechnice w Radomiu, podkładała ulotki pod kasetki na uczelni i przerywała wykłady z fizyki, żeby opowiadać niepodręcznikową historię Polski.

Wiele razy przymykali na nią oko, ale gdy odmówiła przeczytania listy obecności na pochód pierwszomajowy, w końcu poleciała z uczelni z wymówieniem. 1980 r. – pierwsze miesiące Solidarności. Ona wciąż na tym wymówieniu, a już organizowała zebranie założycielskie związku zawodowego na innej politechnice, tym razem świętokrzyskiej. A potem, od 1981 r., już było MKK, Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny, w Warszawie. Pod zarządem Ewy – wtedy Marka – 12 zrzeszonych w konspirację dzielnic i ponad tysiąc osób.

Ewa w skórze Marka to była odpowiedzialność i twarda dyscyplina. Koledzy z tamtych lat dobrze zapamiętali tamtą skórę, bladą na twarzy, ze ściśniętymi ustami, plus wnętrze: szczerość i emocjonalność – jednak. To wnętrze mógł lepiej poznać np. Henryk Wujec, bo spędzili razem kilka miesięcy w więzieniu. Przełom 1982 i 1983 r. To dzięki tym miesiącom Wujec doszedł w ćwiczeniach aż do nieosiągalnej pozycji lotosu. Marek pożyczył mu wtedy książkę o jodze. Wujec nie może teraz powiedzieć: to była Ewa, skoro to przecież był kumpel z więzienia Marek. Nie spodziewał się u niego tak poważnego wewnętrznego konfliktu.

Płeć: do akceptacji

Ewa nie lubi mówić o Marku, chciałaby zapomnieć, że nim kiedyś była. No bo o czym tu mówić? Dla niej płcie są dwie – mężczyzna i kobieta. Dwie płcie psychiczne. A trans to nie jest żadna płeć. Trans to stan przejściowy, stan do wyleczenia. Ewa jest już wyleczona. I to by było na tyle. Zwykły facet, ale przebrany w spódnicę, tańczący na sunącej w paradzie platformie – dla jej godności to uwłaczające. Ale Ewa długo walczyła, żeby jednak zostać po tej jednej stronie. Ze sobą walczyła dla żony i trzech synów, walczyła dla rodziny.

Ale to w niej buzowało. Po siedmiu miesiącach, kiedy wyszła z więzienia, do MKK nie dało się już wrócić. Struktura musiała trwać dalej, więc na jej miejsce wszedł Maciej Zalewski, a potem Choromańska, zresztą też Ewa; a Ewa, jako Marek, stanęła trochę z boku. Jeszcze jakieś spotkania, jakieś ustalenia, ale u niej już te usta coraz bardziej zaciśnięte – jakby chciały przytrzymać coś, co się wymykało.

1984 r. Andrzej Celiński, ówczesny członek KOR i współpracownik Lecha Wałęsy, zapamiętał jedno spotkanie, w kościele na Karolkowej, brali w nim udział razem, ale przez tamto napięcie i bezkompromisowość, która narastała w Ewie jako Marku, Celiński cieszył się, że akurat wcześniej wychodził. Różni koledzy zawsze otaczali Ewę – Komorowski, Kuroń, Olszewski, Ziembiński – jako Marek ze wszystkimi się znała, ale z nikim najbliżej.

I tak trochę wśród nich wszystkich, a jednak trzymająca się z boku, w kolejce za pracą wystała swoje do wyjazdu do Niemiec. 4 czerwca 1989 r. głosowała już w Kolonii. A niedługo później dotarła do niej propozycja: Krzysztof Kozłowski, podsekretarz stanu w nowym rządzie Tadeusza Mazowieckiego, zaoferował jej stanowisko w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Propozycja kusiła, ale strach hamował. Że będzie ministerstwo, pieniądze, swoboda. I że coś zaraz w niej pęknie i już się przed sobą nie powstrzyma. Wybierze siebie, Ewę, a rodzina zostanie. Wtedy wybrała rodzinę.

To był jednak błąd, mówi dzisiaj Ewa. Bo minęło parę lat i w 1998 r. coś ją rzuciło przed ikoną na kolana. Przyrzekła, że już zawsze będzie tylko Ewa. Wiele lat później stanęła przed Kozłowskim już jako Ewa Hołuszko, i pyta: Czy pan rozumie, dlaczego wtedy nie przyjechałam? Czy widzi pan różnicę? A Kozłowski odpowiedział: Nie, nie widzę.

Takich ludzi jak on Ewa już dzisiaj prawie nie spotyka.

Dom: w budowie

Bo dawni koledzy mają dzisiaj problem. Patrzą na Ewę, ale pamiętają Marka. I jakoś to wspomnienie ciężko jest pokonać, wyciągnąć rękę, powiedzieć: „Cześć, stary”. Tak jakoś nieswojo się przy niej czują. Z Markiem pili wódkę, siedzieli na tajnych zebraniach, a potem on właściwie zniknął. Późniejsze lata 90., następna dekada – nikt nic nie pamięta, biała plama.

A potem nagle wrócił i to już była Ewa. Ewa pamięta, jak wracała na spotkania, wspominki o Solidarności i stanie wojennym, raz w tym instytucie, raz w tamtym, słuchała i nie wierzyła, bo nic tam o jej działalności nie było. Prosiła o mikrofon, chciała coś powiedzieć, ale spotkanie nagle i szybko się kończyło. Więc Ewa stała z tym mikrofonem, ale tak naprawdę zasypana żywcem.

W maju 2004 r. Polska szczęśliwa wchodzi do Unii Europejskiej, a miesiąc później Ewa traci pracę. Wtedy była nauczycielką w liceum. Ale to było najgorsze miejsce, do którego mogła trafić po takiej przemianie. Straciła dochody, a potem zabrali mieszkanie. Na 25-lecie strajku Solidarności nie została wpuszczona. Wróciła do rodzinnego domu w Aninie. Stanęła na fundamentach, które jeszcze kładł ojciec i na których w 1975 r. znaleźli go martwego po wylewie. Zostały gołe ściany, a nad nimi las rósł sobie na tej prowizorce przez te wszystkie lata. Ewa wykarczowała las – nic trudnego dla niej, całe podlaskie dzieciństwo przepracowała na wsi – i wprowadziła się do domu z foliowymi szybami.

Do tego domu wróciła zimą 2006 r., z Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, który do piersi na sukience przypiął jej Lech Kaczyński. Gorzki posmak w ustach poczuła wtedy: najpierw spojrzała na swój lśniący order, a potem na swoje lśniące od grzyba ceglane ściany. Ale pojawiła się też nadzieja, że jeszcze jednak pamiętają ją, że da się coś uratować i jakaś walka jest jeszcze możliwa.

Szkoda tylko, że choć za płotem dom rodzonej siostry, nie mogła pochwalić się jej tym orderem. Ani też wyremontowaną później łazienką, nowym psem, który z nią zamieszkał, ani tym pachnącym bzem, który wyrósł w ogrodzie. Siostra nie rozmawia z Ewą. Tak samo jak brat. Gdy na dwa tygodnie raz w roku przyjeżdża do Polski z Kanady, rzuca jej „cześć” przez bramę, ale bez odwracania głowy.

Synowie na szczęście ją odwiedzają. Na miejscu fundamentów, gdzie znaleźli ojca, Ewa w pokoju postawiła fotel.

Przeszłość: do odzyskania

W tych najbliższych eurowyborach Ewa stawia więc na człowieka. Wiele razy się zawiodła na człowieku, ale i ona przecież jest grzesznicą. Teraz znów wyjeżdża – Olsztyn, Iława, Elbląg. Do 23 maja tak będzie jeździć, do samego końca. Andrzej Celiński, dzisiaj przewodniczący Partii Demokratycznej, też kandyduje w eurowyborach i nie ukrywa, że jest pod wrażeniem. Bo wiadomo, że region Ewy jest trudny, wyborcy raczej prawicowi, a Ewa – jak teraz ją ocenia – stała się chyba bardziej lewicowa od niego. Wszystkie kwestie równościowe i tożsamościowe – o to walczy dziś najbardziej ona. Celiński mówi, że Ewa to wartość w polityce. Ale szanse na wybór ma raczej żadne; Grodzka mogła wygrać w Krakowie, ale czy to oznacza, że Hołuszko skruszy stereotypy na północnym wschodzie?

Ale jeśli nie teraz, to w przyszłości, uważa Andrzej Celiński. Nie żałuje więc, że gdy trzy lata temu Ewa przyszła do niego i powiedziała, że chce dołączyć do partii, on przyjął ją bez żadnego wahania. Choć do tej pory się dziwi, że wtedy w ogóle przyszła. Ale to ze względu na siebie. Myślał, że za ten epizod z SLD wciąż traktowany jest jak zdrajca.

– Przez te lata Ewa trochę złagodniała. Choć nadal bywa zbyt emocjonalna – dodaje Henryk Wujec, dziś doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ale tylko Ewa wie, ile to wszystko tak naprawdę kosztuje. Bo z każdej strony, z daleka albo bliska, zawsze niespodziewanie jakiś atak na nią. – Pan zawsze będzie panem – przysiądzie ktoś czasem na poręczy fotela i podszepnie podczas spotkania. – Zrezygnuj z tych wyborów, Palikot nie poparł rent dla solidarnościowych działaczy – naciskają niektórzy koledzy ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa, w którym działa dziś Ewa, chociaż wiedzą, że Partia Demokratyczna musiała do wyborów wejść z kimś w koalicję, a rezygnacja dla Ewy to byłaby śmierć. Kolejna. Albo jeszcze inaczej: – Dlaczego ty się z nią zadajesz? – dowiaduje się czasem, co słyszą koledzy, którzy ją odwiedzają.

W tym domu Ewa ma jedną ważną szufladę. Trzyma w niej raki, uprzęże i wspinaczkowe liny. W młodości bardzo często chodziła po górach, zapas jedzenia na pięć dni i znikała samotnie na połoninach. Ewa do dzisiaj jest w Polskim Związku Alpinizmu. Te liny wciąż trzyma, bo jeszcze będzie się wspinać. Wie, że na Mount Everest nigdy już nie wejdzie, ale chciałaby chociaż na Elbrus.

Polityka 20.2014 (2958) z dnia 13.05.2014; Społeczeństwo; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Nieswoja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną