Społeczeństwo

Głośniej o cichych

Polska szkoła nie radzi sobie z dziećmi z aspergerem

Mirosław Gryń / Polityka
Chłopca, który bał się hałasu, stawiano na środku klasy, a reszta dzieci się śmiała. Albo tak: pozostałym sześciolatkom nakazano ciszę, żeby nie denerwować kolegi. Polskie szkoły radzą sobie z dziećmi z zespołem Aspergera źle albo jeszcze gorzej.
Mirosław Gryń/Polityka

Dzieci z aspergerem zwykle panicznie boją się głośnych dźwięków. Mają system nerwowy wrażliwszy niż inni. Co jednak nierzadko łączy się z innymi wyjątkowymi cechami. „Gratuluję, masz zespół Aspergera!”, mawiał Tony Attwood, wybitny specjalista ­zajmujący się tym zaburzeniem, omawiając z pacjentem diagnozę. Dzieci z tym zaburzeniem bywają bardzo inteligentne, szybciej się uczą, zamiast bajek wolą filmy przyrodnicze. Wertują encyklopedie. Znajdują sobie pasje, którym oddają się całym sobą, stając się szybko małymi specjalistami w ulubionych dziedzinach: techniki, biologii, geografii czy matematyki. Czasem pasje są nietypowe. Siedmiolatek zapytany o to, czym się interesuje, odpowiedział, że „sprzętem AGD i wyposażeniem kuchni z lat 70.”. Albo mówią językiem wykształconych dorosłych. Jak pewien ośmiolatek, który zapytany o ulubione zabawy, odpowiedział: „Klocki Lego są znacznie fajniejsze niż próby interakcji z młodzieżą podwórkową”.

Ale w praktyce nie jest tylko miło. Karolina Dyrda, terapeutka i psycholożka fundacji Synapsis, opisując zespół Aspergera posługuje się określeniem „lekka odmiana autyzmu” i tłumaczy, że to specyficzne postrzeganie świata – inaczej, po swojemu, niezależnie od opinii społecznej – idzie w parze z nieumiejętnością czytania emocji innych. Dzieci z aspergerem mają trudności w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, są skupione na sobie, egocentryczne, źle reagują na każdą zmianę, odstępstwo i niespodziewane wydarzenie.

Mają też problem z odczytaniem mowy ciała, nie rozumieją znaczenia gestów, mimiki, więc często dochodzi między nimi a rówieśnikami do nieporozumień, a w konsekwencji do odrzucenia.

Wszystko to w praktyce często objawia się poważnymi problemami z agresją. Bo to błędne koło: dziecko niepotrafiące radzić sobie z emocjami, ale je odczuwające. Nierozumiejące, czego chcą od niego rówieśnicy, czy czymś się ich uraziło i dlaczego wszyscy się z niego śmieją – więc pakujące się w kłopoty. Nierzadko reagujące większą i większą agresją na podobnej zasadzie, na jakiej wybucha ktoś, komu kto inny zajechał drogę samochodem: bo za dużo już w ciągu tego dnia się wydarzyło. Pojemność wyczerpana. A jeśli aspergerowiec robi się agresywny, to inne dzieci też.

Dużo więcej, znacznie gorzej

Zwykle zaczyna się od hałasu. Bo polskie szkoły nie należą do cichych. Janek, chłopiec z Torunia, miał z tego powodu problemy na lekcjach muzyki i wychowania fizycznego. Poziom hałasu w sali gimnastycznej był tak duży, że chłopiec chował się pod materace. Na muzyce podobnie, więc nauczyciel postawił go za karę na środku klasy. Dzieci śmiały się z niego. Nie chciał iść do szkoły następnego dnia.

Rodzice wspólnie z dyrektorką szkoły znaleźli rozwiązanie problemu: przyniosą zaświadczenie lekarskie zalecające zwolnienie Janka z obu tych zajęć. Pani dyrektor zaleciła też konsultacje w gdańskiej poradni pedagogiczno-psychologicznej, która ma spore doświadczenie w pracy z dziećmi z aspergerem. Zbliżał się koniec lutego. Na początku marca ojciec Janka dowiedział się, że nauczyciel muzyki nagrywał Janka w trakcie lekcji telefonem komórkowym, a potem pokazywał filmik uczniom i nauczycielom. Było przy tym trochę śmiechu, trochę żartów, jak przy oglądaniu śmiesznych filmików. Ojciec chłopca żądał wyjaśnień: jakim prawem nauczyciel nagrywa podczas lekcji ucznia i w jakim celu? Pani dyrektor przepraszała, że nie zawiadomiła rodziców o nagraniu, ale upierała się, że do nagrywania uczniów szkoła ma prawo. Rodzice żądali zwolnienia nauczyciela, a rozmowy toczyły się w coraz bardziej napiętej atmosferze.

Rodzice zdążyli jeszcze pojechać z Jankiem do poradni w Gdańsku i dowiedzieć się, że Janek nie potrzebuje żadnej specjalnej szkoły, a jedynie szkoły wydolnej – a już czekało na nich wypowiedzenie przez szkołę umowy o opiekę nad synem. Wraz z załączoną diagnozą innego psychologa, że szkoła nie jest w stanie zapewnić ich dziecku warunków prawidłowego rozwoju. Umowę rozwiązano w trybie natychmiastowym, a rodzice zostali w środku roku z dzieckiem, a bez szkoły.

Placówka publiczna spod Warszawy umowy z dnia na dzień rozwiązać nie mogła. Choć nie, żeby nie próbowała. Jednak rodzice kolejnego chłopca przedłożyli dyrekcji orzeczenie z poradni psychologicznej, że syn może uczęszczać do zwykłej szkoły publicznej, i dyrekcja uznała, że to załatwia sprawę.

Było co prawda w tej samej opinii, że dziecko powinno mieć nauczyciela wspomagającego zajęcia sensoryczne i tak dalej, ale w klasie sześciolatków była tylko jedna nauczycielka, która pożaliła się pozostałym rodzicom, że sama czuje się w tej sytuacji ofiarą, bo popchnięta przez ucznia z aspergerem omal nie stratowała innego dziecka. Mniej więcej po miesiącu doszedł drugi nauczyciel, ale bez żadnego przeszkolenia na temat specyfiki podopiecznego. Tymczasem chłopiec z diagnozą był coraz bardziej agresywny. Sprawa ciągnęła się przez kilka miesięcy, wreszcie grono pedagogiczne podjęło decyzję: w klasie powinno być cicho, bo widać, że hałas powodował nasilenie ataków u chłopca. Wprowadzono zasadę: jeśli któreś z dzieci się odezwie, to dostanie minus.

I tylko pozostałe sześciolatki z klasy, psując robotę pedagogom, nie potrafiły zrozumieć zaistniałej sytuacji i się dostosować. Za to rosła grupa tych panicznie bojących się szkoły. Po kolejnych rozpaczliwych monitach rodziców, po kolejnych tygodniach do zespołu pracującego z klasą dołączyli jeszcze pedagog i psycholog – raz w miesiącu mieli wchodzić na lekcje i obserwować, co się dzieje, włączyła się też fundacja opiekująca się chłopcem z aspergerem, która zaproponowała trzydniowe szkolenie dla nauczycieli. Gdyby tak wszystkie sześciolatki można było zresetować i cofnąć do czasów sprzed złych doświadczeń ze szkołą, być może sytuację udałoby się uzdrowić. No, ale sześciolatki nie umiały przestać się bać. Tymczasem ich rodzice pisali do kuratorium oświaty, do rzecznika praw dziecka, burmistrza, radnych miasta z komisji oświaty, aż wreszcie ogłosili strajk: nie chcą dziwnego ucznia w swojej klasie, i koniec.

Strajkiem rodziców zainteresowały się lokalne media. A gdy małe miasteczko obiegła informacja o „terroryzującym kolegów i koleżanki chłopcu”, opiekunowie trudnego dziecka zostali postawieni pod ścianą. Pół roku ich syn przeczekał na nauczaniu domowym, wreszcie udało się wyszarpać dla niego miejsce w innej szkole.

Teoria to nie praktyka

Dzieci z problemami integracyjnymi przybywa. Z przyczyn, o które spierają się specjaliści, coraz więcej jest diagnoz zespołu Aspergera, ale też ADHD (gdy człowiek nie jest w stanie zapanować nad odruchami) czy autyzmu. Szacuje się, że z ADHD zmaga się już ok. 5 proc. uczniów (czyli ponad 200 tys. dzieci w Polsce), diagnozę aspergera ma kilkadziesiąt tysięcy, kolejne 30 tys. ma diagnozę autyzmu.

Teoretycznie polski system szkolnictwa jest przygotowany do objęcia ich opieką. Formalnie też – zwyczajne, publiczne bądź prywatne szkoły są dla większości takich dzieci jak najbardziej właściwe. Podobnie jak każdym dzieckiem ze szczególnymi potrzebami edukacyjnymi, za aspergerowcami idą pieniądze z Ministerstwa Edukacji, dzięki którym szkoła – także prywatna – może i powinna zapewnić mu niezbędne wsparcie. W przypadku dziecka z zespołem Aspergera szkoła może dostać na dziecko nawet 4,5 tys. zł miesięcznie. Wystarczyłoby, by zapewnić mu to, czego potrzebuje. Na przykład dodatkowego nauczyciela i pracę w lepszych warunkach, w mniejszej, cichszej grupie.

Teoretycznie wszystko wydaje się więc proste: lekarz diagnozuje zaburzenie, rodzice dostarczają szkole diagnozę, dyrektor występuje o dotację i organizuje pracę w klasie. Tyle teoria. Bo niestety nie praktyka. Paweł Kubicki ze stowarzyszenia Nie-Grzeczne Dzieci widzi to tak: w szkołach prywatnych system nie działa, bo szkoły prywatne jak ognia unikają kłopotów. Więc nawet jeśli chętnie przyjmują dziecko z dysfunkcją oraz dodatkowe pieniądze, to równie chętnie się go pozbywają, gdy okaże się zbyt uciążliwe. Tym chętniej, że bez żadnych konsekwencji – szkoła podpisuje z rodzicami umowę na semestr lub dwa, wystarczy jej nie przedłużyć.

Dlatego Kubicki radzi rodzicom, by zapisywali dzieci do szkół publicznych. Publiczne nie robią łaski, muszą dziecko przyjąć i zapewnić mu pomoc. Ale i one mają z tym kłopoty, bo gminy skąpią pieniędzy. Nie przekazują szkołom dotacji z ministerstwa, argumentując, że i tak za dużo dokładają do szkół. Efekt oszczędzania jest taki, że dziecko nie radzi sobie w szkole, a szkoła nie radzi sobie z dzieckiem. Czasami, gdy wybuchnie awantura, gmina dołoży parę groszy, częściej nie. A to, czego szkoła nie zapewnia, muszą zapewnić rodzice. Czasem, jak w Łodzi, mobbingowani przez dyrekcję szkoły: za każdym razem, gdy chłopiec z aspergerem był niegrzeczny wzywano policję, a więc w konsekwencji także rodziców. I tak po kilka razy w tygodniu, uniemożliwiając rodzicom dziecka pracę zawodową.

Że system nie działa, widać w statystykach dzieci z dysfunkcjami w szkołach: w tych podstawowych jest ich jeszcze stosunkowo dużo, w gimnazjach mniej, w szkołach średnich znikają dwie trzecie. Równolegle biegną bowiem dwa procesy: dyrektorzy pozbywają się dzieci z dysfunkcjami ze swoich szkół, a rodzice, nauczeni negatywnym doświadczeniem, zatajają diagnozy przed dyrekcją. Bo jeśli dziecko jest „tylko” niegrzeczne, to już wówczas problem szkoły.

Tymczasem to, czego potrzebuje ktoś z aspergerem, zależy od stopnia zaburzenia i czasami jest to naprawdę niewiele. Z praktycznych obserwacji specjalistów: w jednej ze szkół w gabinecie dyrektora leżały klocki Lego. Kiedy chłopak z aspergerem nie mógł z nudów wysiedzieć w ławce, wstawał, szedł do gabinetu, przez 10 minut układał klocki i wracał na lekcję. Wystarczyło.

Tym, co mają kłopoty z nauką lub nie potrafią dostosować się do obowiązujących w szkole reguł, dobrze robią też dodatkowe zajęcia, tak zwane kompensacyjno-wyrównawcze. Jednym wystarczą dwa, trzy spotkania w tygodniu z pedagogiem, inni potrzebują wsparcia na każdej lekcji, im przydziela się osobistego asystenta, nauczyciela „cienia”. Ale i to nie jest – teoretycznie – czymś nieosiągalnym.

Oddadzą, co dostaną

Bardzo rzadko potrzebne są rozwiązania inne niż szkoła publiczna. Czyli: szkoła specjalnie przystosowana, a w niej maksymalnie siedmioro dzieci w klasie, ze specjalistami od zaburzeń w rolach nauczycieli. W Warszawie są takie dwie, w Krakowie działa Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy, gdzie osoby z zaburzeniami kształcone są metodą behawioralną. Dla każdego z dzieci przygotowuje się Indywidualny Program Edukacyjno-Terapeutyczny, w którym zapisane są wszystkie ustalenia związane z terapią dziecka. Do każdego IPET osobno opracowuje się odpowiedni instruktaż do pracy z dzieckiem w domu. Żeby program był aktualny, planuje się działania na mniej więcej trzy miesiące. Rodzic ma pełną wiedzę, jak będzie przebiegała terapia.

Tym wszystkim zajmuje się szkoła. Efekty są widoczne, może nawet dojść do całkowitego zaniku zaburzeń. Tyle tylko, że, jak podkreślają specjaliści od aspergera, dla takiego dziecka priorytetem jest integracja z resztą społeczeństwa. W tym społeczeństwie przecież przyjdzie mu żyć. Zwykła szkoła to właśnie pierwszy, najlepszy trening do życia w zwykłym społeczeństwie. Któremu z czasem posiadacze aspergerowych mózgów mogliby zrewanżować się licznymi talentami.

Janek z Torunia, bardzo zdolny chłopiec, był wyjątkowo łatwym przypadkiem aspergera. Potrzebował jedynie nieco więcej zrozumienia i cierpliwości niż inne dzieci w klasie. Znalazł je dopiero w nowej szkole, publicznej. Jest nieźle. Na tamtą prywatną jego rodzice złożyli skargę do kuratorium. Które przyznało, że rozwiązanie umowy nastąpiło z naruszeniem przepisów, w związku z czym uchyliło decyzję i przekazało ją do ponownego rozpatrzenia. Rodzice Janka nie chcą jednak, by syn wracał do tamtej szkoły. On sam też tego bardzo nie chce.

Polityka 23.2014 (2961) z dnia 03.06.2014; Społeczeństwo; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Głośniej o cichych"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną