Społeczeństwo

Szkoły przetrwania

Za mundurem młodzi sznurem

Klasa mundurowa w podtoruńskim Głuchowie. W czasie wojny chce być gotowa do obrony miasta, w czasie pokoju ciągle się uczyć. Klasa mundurowa w podtoruńskim Głuchowie. W czasie wojny chce być gotowa do obrony miasta, w czasie pokoju ciągle się uczyć. Leszek Zych / Polityka
Przebojem kończącego się naboru do gimnazjów i szkół średnich okazały się klasy paramilitarne. Nastolatki zakładają mundury i uczą się strzelania, rzutów granatem i biegów z noszami.
Uczniowie sulęcińskiego Zespołu Szkół Licealnych i Zawodowych podczas obozu szkoleniowego na poligonie w Wędrzynie.Lech Muszyński/PAP Uczniowie sulęcińskiego Zespołu Szkół Licealnych i Zawodowych podczas obozu szkoleniowego na poligonie w Wędrzynie.

Komandor Kurdynowska boi się robaków i ciemności. Obawia się też, że kiedy wybuchnie wojna, jej tata i brat, kierowcy w Irlandii, nie zdążą dojechać do kraju. Dlatego 15-letnia komandor Kurdynowska zamierza wyręczyć ich w walce. Ma nadzieję, że przyda się jej do tego umiejętność zaginania i odginania skrzydeł w szyku oraz uzyskiwania wody z kałuż. Tę pierwszą umiejętność zdobyła podczas lekcji musztry, drugą na obozie przetrwania.

Wpadliśmy w niż demograficzny i jak każda szkoła walczymy o przetrwanie – przyznaje szczerze komendant klas mundurowych gimnazjum w podtoruńskim Głuchowie, czyli dyrektor Wojciech Rosiński. – Ale mundurówka to nie tylko zabieg marketingowy, lecz również wyjście naprzeciw oczekiwaniom młodzieży. A dziś młodzież nie chce kabaretów czy zajęć z etnografii. Chce, żeby ktoś postawił ją na baczność. Tęskni za dyscypliną.

Za wiele nie myśleć

I tak, w prawie 250 klasach wojskowych, stoi na baczność ponad 7,5 tys. polskich nastolatków. Mundur wygrywa w cuglach z informatyką, ekologią czy nauką zdrowej diety, które do tej pory były wabikiem dla absolwentów podstawówek. W samym województwie wielkopolskim w ubiegłym roku zgłoszono do rejestracji sześć klas z wojskiem w tle, ale prawdziwym liderem w dziedzinie szkolnej wojskowości jest województwo śląskie, w którym działa 37 klas mundurowych i już powstają następne. Zbigniew Piotrowski, dyrektor zespołu szkół w Gronowie koło Torunia (klasy paramilitarne od 14 lat), ma na ten temat własną teorię: – Mundur przyciąga przestraszonych i niepewnych przyszłości. Ta moda na wojsko przygasa i narasta w zależności od naszego poczucia bezpieczeństwa.

Historia szkolnych mundurówek, jak przekonuje Piotrowski, uzasadnia tę tezę. Najpierw, po likwidacji Ogólnokształcących Liceów Wojskowych, założonych w latach 70. zarządzeniem gen. Floriana Siwickiego, był boom na przedmioty humanistyczne, reklamę i filozofię. Czyli nastąpiło zachłyśnięcie wolnością. Potem, kiedy okazało się, że rynek nie jest w stanie wchłonąć wszystkich humanistów, szkoły postawiły na informatykę i przedmioty ścisłe. Czyli pojawiła się potrzeba ujęcia wolności w jakieś ramy. Ale kiedy i to zostało negatywnie zweryfikowane przez pracodawców, pojawiła się tęsknota za mundurem.

Ściśle rzecz ujmując, za bezpiecznymi etatami wojskowymi, bo wojsko kojarzy się z branżą, w której nie ma bezrobocia. Przekładając to na podejście do wolności, nastąpiło zmęczenie koniecznością dokonywania wyborów i chęć poddania się komuś, kto nie wymaga myślenia i kombinowania – uściśla Piotrowski.

I wtedy, konkretnie w 1998 r., pojawił się pomysł, odgórnie inspirowany przez MEN, na eksperymentalne klasy wojskowe. Do eksperymentu wytypowano 20 szkół, m.in. szkołę Piotrowskiego, w której przez sześć godzin tygodniowo uczniowie byli szkoleni bojowo, inżynieryjno-sapersko i chemicznie. Po pięciu latach eksperyment wygasł, a wojsko, mimo wcześniejszych zapewnień, nie tylko nie sfinansowało części zajęć, ale też nie dało absolwentom obiecanych forów w przyjęciu do wyższych szkół mundurowych. Jednak sieroty po MON nie dały sobie czasu na łzy – jak dziś mówią o sobie dyrektorzy szkół z eksperymentalnymi klasami wojskowymi. Bo szybko okazało się, że wojskowy sznyt, nawet bez ustalonego przez resort obrony programu nauki, może nadal przyciągać chętnych. A później, żeby posłać abiturientów w kamasze, też wystarczy niewiele: szkoła musi nawiązać współpracę z miejscowymi jednostkami wojskowymi oraz zgłosić do kuratorium i organu prowadzącego, czyli np. starostwa, tzw. innowację pedagogiczną z przysposobienia obronnego.

Innowacja owa to w teorii nowatorskie rozwiązanie programowe, organizacyjne lub metodyczne. Formalnie – zasady poszerzania programów lekcji o dodatkowe treści. A w praktyce – wolnoamerykanka, bo nikt nie jest w stanie sprawdzić, czy wiedza wtłaczana podczas lekcji wychowawczych, na wuefie albo na zajęciach edukacji dla bezpieczeństwa może się do czegoś przydać, szczególnie gdy chodzi o coś tak abstrakcyjnego jak obronność granic podczas ewentualnego konfliktu zbrojnego.

Mistrz kopania dołu

Tak więc ta wojna, do której przygotowują się nastoletni paramilitarni, przypomina raczej stary serial o czterech pancernych i psie. Wszystko przez najsłabsze ogniwo. Czyli prowadzących klasy wojskowe polonistów, historyków, anglistów względnie byłych żołnierzy dorabiających do wojskowej emerytury prowadzeniem zajęć z edukacji dla bezpieczeństwa. Wielu z nich, jak zapewniają czynni zawodowi, mentalnie nie wyszło z Układu Warszawskiego i najchętniej zapędziłoby dzieciaki do czyszczenia rejonów, czyli porządkowania łazienek albo malowania trawy przed wizytą delegacji z MEN. Ale uczyć trzeba.

I tak przez dwa lata nauki w klasie mundurowej w Głuchowie komandor Kurdynowska nauczyła się: składać i rozkładać karabinek (na atrapie broni z czasów drugiej wojny światowej). 18-letni kadet W. z jednej z największych klas mundurowych na Lubelszczyźnie wyćwiczył techniki kopania transzei dla pojedynczego żołnierza – łopatka saperska ponadczasowa (chociaż jednostek piechoty we współczesnych siłach zbrojnych już nie ma). Absolwenci klas wojskowych w Katolickim Liceum Ogólnokształcącym w Henrykowie wiedzą, jak transportować rannych na noszach, rzucać granatem ćwiczebnym, nosić skrzynki z amunicją (25 kg) czy przepychać w grząskim poszyciu samochód terenowo-osobowy. Ich koledzy ze Śląska wyćwiczyli się w błyskawicznym zakładaniu płaszcza OP1 i maski przeciwgazowej – na starym, dawno już wycofanym z użytku sprzęcie z Agencji Mienia Wojskowego.

Wszyscy doprowadzili do perfekcji szlifowaną na wuefie musztrę wojskową i paradną.

Ale już jeśli chodzi o umundurowanie, jest pełna dowolność. Większość szkół kupuje od MON zbędne w Siłach Zbrojnych mundury moro, berety i plecaki, a potem każdy robi z tym, co chce. W gimnazjum w Głuchowie dyrektor z radą pedagogiczną ustalili własne stopnie awansu: od kadeta, poprzez nadkadeta i komandora, aż po rotmistrza dyplomowanego, czyli absolwenta trzeciej klasy gimnazjum. Awansują ci, którzy mają dobrą średnią i przechodzą do kolejnej klasy. W nagrodę, obok nalepki z własnym nazwiskiem i tytułem mogą przykleić do pagonów kolejny szary trapezik.

W innych szkołach, pomimo instrukcji z Wojskowej Komendy Uzupełnień, dyrektorzy nie tylko nie rezygnują z zastrzeżonych dla wojska biało-czerwonej flagi i godła, ale też dodają do nich własne szkolne emblematy z wariacją na temat orła, np. zastąpionego kurczakiem w koronie.

Profanacja munduru – denerwują się zawodowi. – Robienie dzieciaków w konia. Nie tylko sprzedaje im się skrzywiony obraz wojska, ale też obiecuje na wyrost, bo każda ze szkół reklamuje, że jej absolwenci będą mieć ułatwiony start do szkół wojskowych – dodaje Grzegorz Leśniewski ze Stowarzyszenia Absolwentów Liceów Wojskowych SALW-a, które od lat walczy z MON o ujednolicenie programu innowacji przysposobienia obronnego i przesiew kadry oraz instruktorów.

Ale co my możemy? – rozkłada ręce płk Waldemar Osypiuk z departamentu wychowania i promocji obronności MON. – Nie mamy wpływu na treść programów ani na to, kto je prowadzi. Nie można też od nas wymagać, abyśmy wprowadzili do wyższych szkół wojskowych, które mają własne zasady naboru, przymus przyjmowania absolwentów mundurówek.

Jedyne, co mogą, to zorganizować warsztaty metodyczne dla nauczycieli klas wojskowych. Zrobią je, ale za pół roku. Na poligonie.

Dorwać kurę

Tymczasem do klas będących w rozkroku między MON a MEN coraz śmielej zaglądają organizacje paramilitarno-patriotyczne, takie jak piłsudczykowski Strzelec. W warszawskim LO im. Jasińskiego prawie cała klasa mundurowa wstąpiła do tej organizacji. Szef wyszkolenia i jednocześnie opiekun jednostki, były żołnierz służb specjalnych, uczy 16-latków m.in. „odwzorowywania realnej sytuacji zatrzymania podejrzanych z użyciem środków pozoracji błyskowo-hukowej”. To dosłownie. A w warstwie ideologicznej przekonuje o konieczności odbudowania Armii Krajowej, czyli stworzenia masowej ochotniczej obrony terytorialnej.

A w ramach tej obrony nastolatki z klas mundurowych mają być naturalnymi liderami, do czego z kolei przekonuje inny odłam Strzelca, któremu szefuje Marcin Waszczuk.

Do takich właśnie zadań rzekomo przygotowują się, ćwicząc strzelanie, wspinaczkę czy pływanie. – W razie wojny albo innego zagrożenia klasy mundurowe zamienią się w SPON, czyli Strzeleckie Pododdziały Obrony Narodowej – mówi z przekonaniem Marcin Waszczuk. – Kiedy wejdzie wróg, to oni, każdy na swoim odcinku i w swojej miejscowości, przejmą dowodzenie, pokierują cywilami, zajmą się budową umocnień. Obronią nas skuteczniej niż NATO i Unia Europejska razem wzięte. Że już o naszej, słabej 100-tys. armii zawodowej i 20 tys. rezerwistów nie wspomnę.

Ale, co Waszczuk widzi wyraźnie, na razie dzieciaki z klas mundurowych są do walki słabo przygotowane. Dlatego oprócz trwających cały rok zbiórek i ćwiczeń Strzelec organizuje dla nastoletnich paramilitarnych z klas mundurowych specjalne obozy przetrwania, a tam jeszcze więcej strzelania, wspinaczki i taplania się w błocie. W ślad za nim idą kolejne firmy zajmujące się organizacją obozów paramilitarnych, surwiwali czy tzw. wyjazdów z dreszczykiem (od 500 do 1500 zł za trzydniowy obóz). W klasach paramilitarnych zazwyczaj obowiązkowych.

Na liście najchętniej widzianych organizatorów takich ekstremalnych szkoleń jest Tomasz Łatak, zdobywca tytułu najlepszego policjanta patrolowego w Małopolsce. Który – jak zapewnia – w odróżnieniu od różnych naciągaczy pokazuje nastoletnim paramilitarnym świat bez fikcji. Ten świat to dżungla rozumiana dosłownie. Czyli las – bo Łatak jest przekonany, że w razie wybuchu konfliktu zbrojnego polska ludność cywilna będzie musiała uciekać do lasu. A tam wyćwiczeni przez jego ludzi nastoletni paramilitarni będą szefami oddziałów. Przygotowują ich do tego – zdaniem Łataka – najlepsi fachowcy, czyli jego znajomy żołnierz zawodowy, który był na misjach w Afganistanie, i policjant antyterrorysta, którzy mają świetne podejście do dzieciaków. Szczególnie antyterrorysta, któremu zdarza się postrzelać (ślepakami) w stronę dzieciaków albo rzucić w ich stronę racę.

Mniej zabawowy misjonarz idzie z dzieciakami na dobę do lasu, śpią w szałasach, taplają się w błocie, a jak zgłodnieją, muszą zabić kurę, wypatroszyć i upiec na ognisku. – Dostają żywą kurę, z którą najpierw się zaprzyjaźniają, a potem muszą zabić – zdradza Łatak. – Ciężko im zacząć, ale potem ustawia się kolejka chętnych.

Nauczyciele, jak zapewnia policjant, w całodobowych wyjściach do lasu zazwyczaj nie uczestniczą i cała strona pedagogiczna spada na misjonarza i antyterrorystę. Ale – co widać po tym, że szkoły chętnie zapisują się na kolejne obozy – dzieciaki i ich dozór szkołę walki z wrogiem sobie chwalą.

Bóg, honor, etat

Komandor Kurdynowska ma cichą nadzieję, że jednak wojny nie będzie (ale jeśli tak, to ona zrobi wszystko, żeby obronić Głuchowo, nawet za cenę swojego młodego życia – tak mówi). Na razie, w czasie pokoju, chce się jeszcze uczyć. I żyć tak, żeby ojczyzna była z niej dumna.

Tego samego chcą nastolatki ze szkoły w Gronowie, które dzięki nauce w klasie mundurowej wreszcie nie czują – jak to określa dyrektor Piotrowski – przerażenia wolnością. Utwierdzani przez nauczycieli w przekonaniu, że armia kiedyś się nimi zaopiekuje, da etaty, bo z ponad 30-proc. bezrobociem w okolicy nie mogą liczyć na inne, pewne zatrudnienie.

Na podobną pomoc w przyszłości liczą 16-latki z warszawskiego LO, w którym prawie cała klasa mundurowa weszła w struktury Strzelca. W wypełnianych na koniec roku ankietach postulują mniej teorii i więcej ćwiczeń wytrzymałościowych, lepszą selekcję do kolejnych klas wojskowych (w tym roku zgłosiło się ponad 70 osób, po dwie na miejsce) i ograniczanie koedukacji. Pedagog szkolna, a jednocześnie wychowawczyni w klasie paramilitarnej, przyznaje, że między wersami wyczuwa w nastolatkach tęsknotę za autorytetem. Kimś, kto ma wiedzę płynącą z przeżycia sytuacji ekstremalnej, np. ostrzału podczas wojny, a nie liczby przeczytanych książek.

Grzegorz Leśniewski ze Stowarzyszenia Absolwentów Liceów Wojskowych ma nadzieję, że nastoletni paramilitarni uwiedzeni hasłem „Bóg Honor Ojczyzna”, a potem zostawieni sami sobie, nie pójdą w złym kierunku. Nawet gdy się zorientują, że byli ofiarami nieudanego eksperymentu, nadal będą w stanie powiedzieć, że kochają ojczyznę. O ile wcześniej jakiś ideolog nie przejmie ich zapału i nie przekona, że powinni ją kochać w jeden konkretny sposób.

Polityka 26.2014 (2964) z dnia 24.06.2014; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Szkoły przetrwania"
Reklama

Czytaj także

Historia

Wojna secesyjna: arystokrata Lee kontra łachmyta Grant

150 lat temu skończyła się wojna secesyjna. Armiami stron dowodzili generałowie Robert Edward Lee i Ulisses Grant. Reprezentowali dwie bardzo odmienne wersje sukcesu z amerykańskiego snu.

Grzegorz Mathea
14.04.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną