Społeczeństwo

Krzyżyk na cztery kółka

Życie bez prawa jazdy

Są tacy, którzy prawa jazdy nie chcą mieć albo nie mogą mieć. Są tacy, którzy prawa jazdy nie chcą mieć albo nie mogą mieć. Lucas Vieira / StockSnap.io
Są tacy, którzy prawa jazdy nie chcą mieć albo nie mogą mieć. Bo za drogie, bo ekologia. Prawie 40 proc. dorosłych Polaków żyje bez tego dokumentu.
W 2011 r. zdobyło prawo jazdy 558 tys. osób, w 2012 r. – 617 tys., a w 2013 r. już tylko 464 tys.Mirosław Gryń/Polityka W 2011 r. zdobyło prawo jazdy 558 tys. osób, w 2012 r. – 617 tys., a w 2013 r. już tylko 464 tys.
Rośnie grupa tych, dla których brak prawa jazdy nie jest kwestią wyboru, ale konieczności.Mirosław Gryń/Polityka Rośnie grupa tych, dla których brak prawa jazdy nie jest kwestią wyboru, ale konieczności.
Funkcjonowanie bez samochodu staje się coraz łatwiejsze. W bólach, bo w bólach, ale poprawia się komunikacja miejska.Mirosław Gryń/Polityka Funkcjonowanie bez samochodu staje się coraz łatwiejsze. W bólach, bo w bólach, ale poprawia się komunikacja miejska.

Wśród egzaminatorów krąży legenda o kursantce, która w czasie egzaminu zaczęła od tego, że usiadła na miejscu dla pasażera. Inna przekonywała instruktora, że kierownica samochodu powinna być pośrodku, bo tak by było symetrycznie i logicznie. Takie rzeczy wcale nie przytrafiają się wyłącznie kobietom.

Kto nie ma talentu

Przypominam sobie pewnego wybitnie wykształconego człowieka, który miał kłopot w koordynowaniu prostych czynności ruchów nóg, rąk i głowy. Nie umiał jednocześnie wcisnąć, chwycić, przesunąć i dodatkowo patrzeć w lewo – wspomina Tomasz Matuszewski, pełnomocnik dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Warszawie. Innego pracownicy ośrodka szkolenia nazywali „Ufem”, bo każdy skręt kierownicą, zmianę biegów, włączenie się do ruchu kwitował długim westchnieniem ulgi „uf...”.

Zdaniem Matuszewskiego, przypadki osób, które absolutnie nie mają predyspozycji do prowadzenia samochodu, są bardzo rzadkie. Jednak czasami to, co dla większości ludzi jest normą, u innych wywołuje lęk. Jedni boją się latać samolotami, inni przez strach nie radzą sobie z jazdą samochodem. Może to być spowodowane zbyt daleko idącą wyobraźnią, która podsuwa im czarne scenariusze.

To jest tak jak z nauką gry na gitarze wszyscy chcieliby umieć, ale nie każdy ma predyspozycje. Samochód stał się standardem, pracodawcy chcą mieć mobilnych pracowników, ludzie uważają, że prawo jazdy jest konieczne. A przecież jeżeli ktoś nie zdaje dziesiąty raz i dziesiąty egzaminator mówi, że nie jest jeszcze przygotowany do prowadzenia auta, to naprawdę nie oznacza, że się na niego uwzięli. Lepiej by było, gdyby takie osoby wyciągnęły wnioski – przekonuje Tadeusz Hryniewiecki, egzaminator WORD Wrocław.

Inna rzecz, że jeżeli egzaminator się uweźmie, potrafi oblać każdego, nawet zawodowego kierowcę. Wiele do życzenia pozostawia także jakość kształcenia na kursach. Czasem egzaminatorzy łapią się za głowę, bo zdającym wypadają z kieszeni na placu manewrowym ściągi! Na przykład „jak zobaczysz w prawej tylnej szybie pachołek, skręć jedną trzecią kierownicy” albo nawet „jak ruszysz, to po trzecim oddechu skręcaj”.

Kiedyś zdarzyło mi się egzaminować panią, która nie zdała już dziewięć razy. Obudziło się we mnie współczucie i zdecydowałem, że wybiorę najłatwiejszą trasę. Jeśli ją przejedzie, to zda. Niestety, permanentnie przy skręcie w lewo na światłach pani nie szukała niebezpieczeństwa na wprost, ale na jezdniach poprzecznych. Po egzaminie wytłumaczyłem jej, że przecież wtedy tamte samochody mają czerwone światło. Okazało się, że nikt jej wcześniej tego nie wyjaśnił – opowiada Matuszewski.

Rekordziści podchodzą do egzaminu nawet kilkanaście razy. Uli, pracującej w warszawskim wydawnictwie, wystarczyło pięć.

Pierwsze trzy razy wyłożyłam się na manewrach, za czwartym udało mi się wyjechać na miasto i tak się tym zdenerwowałam, że oczywiście oblałam – wspomina. – Kończyła mi się już ważność egzaminu teoretycznego, więc bardzo mi zależało, żeby zdać za piątym razem. Brałam dodatkowe lekcje, ale znów zjadły mnie nerwy. Na placu manewrowym wyczyniałam takie idiotyzmy, że egzaminator spytał mnie w końcu: kiedy pani ostatni raz siedziała za kierownicą? Jak powiedziałam, że wczoraj, tak się na mnie spojrzał, że dałam sobie spokój z prawem jazdy.

Ula kupiła mieszkanie w pobliżu miejsca pracy, tak że spacerem może tam dotrzeć w 20 minut, a tramwajem w pięć. To częsta strategia stosowana przez osoby bez prawka. Tak dobrać lokalizację, by wszystkie strategiczne życiowe punkty mieć w zasięgu niesamochodowym.

Jakoś funkcjonuję i już się przyzwy­czaiłam. Czasem tylko, zwłaszcza w wakacje, jestem na siebie wściekła, bo samochód daje jednak trochę wolności. Wszyscy znajomi jadą nad morze autami, a ja się będę piekła w pociągu – mówi Renata. Zdawała tylko raz. Od razu czuła, że nie ma do tego talentu. Co się zamyśliła, to wjeżdżała pod prąd. Po pierwszym oblanym egzaminie wzięła dodatkowe lekcje, ale kiedy o mały włos nie wpakowała się razem z instruktorem pod karetkę na rondzie, stwierdziła, że lepiej zrezygnuje, zanim kogoś zabije. – Mam się za osobę raczej rozgarniętą, ale do jazdy, niestety, okazałam się tumanem.

Kto nie może

Zdaniem Andrzeja Markowskiego, psychologa ruchu drogowego, honorowego przewodniczącego Stowarzyszenia Psychologów Transportu, osoby, które nie powinny prowadzić samochodu, stanowią ok. 5 proc. populacji. Dotyczy to ludzi dotkniętych ciężkimi psychozami, upośledzeniem intelektualnym, cierpiących na silne zaburzenia psychomotoryczne po udarach czy wylewach albo poużywkowe, gdy np. zażywanie narkotyków doprowadziło do trwałych zmian w mózgu. Cała reszta może jeździć i jest w stanie zdać egzamin. Wielokrotne porażki egzaminacyjne mają zazwyczaj dwie przyczyny: nieradzenie sobie z sytuacjami stresowymi i problem ze skoncentrowaniem się na zadaniu. Zamiast koncentrować się wyłącznie na jeździe, koncentrują się na własnych emocjach.

To paradoks, bo najłatwiej egzamin zdają osoby z inteligencją poniżej przeciętnej, 80–90 IQ, bo wyuczą się wszystkiego – za przeproszeniem – jak małpa i cała ich wydolność psychologiczna skupiona jest na tym, by zjechać z ronda trzecim zjazdem – tłumaczy Andrzej Markowski. – Osoby sprawniejsze intelektualnie mają skłonność do przerzucania uwagi i zamiast skupić się na rondzie, starają się coś odczytać z miny egzaminatora czy, nie daj Boże, z jego notatek.

Jego zdaniem, koncentracji na zadaniu można się nauczyć podczas dwóch krótkich treningów z psychologiem. Jeśli jeździe samochodem towarzyszą stany panicznego lęku, sprawa jest poważniejsza.

Ten lęk ma zawsze jakieś psychologiczne podłoże w emocjonalnym stosunku do siebie samego. Może tkwić w jakichś poprzednich doświadczeniach, np. w dorastaniu w otoczeniu osoby apodyktycznej i dominującej, która sączyła przekaz: nie dasz rady, nie nadajesz się. Podłożem lęku może być także agorafobia czy klaustrofobia. Ważne, żeby ten lęk nazwać, bo wtedy można z nim coś zrobić w terapii – przekonuje Markowski.

Dla Iwony, redaktor naczelnej pisma „Pasażer – Biuletyn Komunikacji Miejskiej w Kielcach”, motywacją, by zrobić prawo jazdy, stała się ciąża. Wiadomo, polskie miasta nie są przyjazne dla matek z małymi dziećmi. Poszła na egzamin w 38 tygodniu i usłyszała od egzaminatora, że najpierw powinna się nauczyć prowadzić wózek, a potem myśleć o samochodzie. Więcej tam nie wróciła. Lekko nie jest, bo w wielu sprawach, takich jak większe zakupy czy wizyta z dzieckiem u lekarza, zdana jest na męża. Kiedy sama ma coś do załatwienia, korzysta z komunikacji. W pakiecie socjalnym ma bilet wolnej jazdy. Uczy się doceniać zalety tej sytuacji: w autobusie można sobie poczytać, nie trzeba się martwić o miejsce do parkowania, jadąc buspasem krócej tkwi się w korkach, nie ponosi się kosztów benzyny i utrzymania samochodu i więcej chodzi się piechotą, co dobrze robi na kondycję.

Wiele kobiet, które sobie odpuściły, jako przyczynę wskazuje właśnie chamstwo instruktorów.

Raz przekroczyłam limit prędkości o 2 km. Instruktor docisnął wtedy moją nogę do pedału gazu i zaczął krzyczeć: Lubisz tak szybko jeździć? To proszę, pędzimy! A kiedy ze strachu jechałam lekko bliżej prawej strony, chwytał za kierownicę i kręcił nią z całej siły – opowiada Magda, koordynatorka projektów fundacji Kultury Świata. – Prowadzenie samochodu kojarzy mi się z niesamowitym stresem, strachem, nerwami. W pewnym momencie wysiadłam z samochodu na środku skrzyżowania i poszłam na przystanek. Nie wróciłam już na kurs.

Według Andrzeja Markowskiego bywa, że do zawodu instruktora trafiają ludzie specyficzni, z potrzebą dominacji i realizacji samego siebie.

Nie muszą mieć niemal żadnego wykształcenia, nawet średniego, więc lubią czuć przewagę nad lepiej wykształconym czy lepiej sytuowanym kursantem, poprawić sobie samopoczucie, pokazać, kto tu rządzi. Kobiety gorzej znoszą takie sytuacje – mówi.

Do 20 roku życia właściwie nie ma różnicy, jeśli chodzi o zdawalność. Później włączają się stereotypy społeczne. Choćby ten, że kobieta może mieć prawo jazdy, a mężczyzna musi. Kobiety łatwiej więc odpuszczają, a mężczyźni walczą bardziej zajadle i z większą determinacją.

Ucieczka z puszki

Prof. Zbigniew Mikołejko wspomina, że w dzieciństwie, razem z innymi chłopcami, brał udział w ekstatycznym rytuale gromadzenia się wokół syrenek czy warszaw, gdy zajechały do ich miejscowości. Ale w dorosłym życiu nigdy nie miał ochoty zrobić prawa jazdy ani nie czuł potrzeby posiadania samochodu. Za to uwielbia taksówki, na które – jak mówi – na szczęście go stać.

Mam zaprzyjaźnionego taksówkarza, pana Wojtka z Brwinowa, intelektualistę pierwszej klasy. Nasze jazdy dzieją się wśród rozmaitych opowieści o życiu, filozofii, kobietach, polityce – opowiada. – Jeżdżąc taksówkami, spotkałem mnóstwo ludzi o ciekawych biografiach, filozofów, znawców muzyki klasycznej i takich od Wiecha, mówiących czystą, praską gwarą. Ja jestem istotą towarzyską i poszukiwaczem prawdziwej rozmowy. Nie chciałbym być zamknięty sam w samochodowej puszce.

W czasach PRL i pierwszych latach po 1989 r., gdy społeczeństwo gwałtownie się dorabiało, samochód był symbolem statusu i otaczał go rodzaj kultu. W dużych miastach to się powoli kończy. Tu brak prawa jazdy i samochodu może uchodzić nawet za przejaw oryginalności. Jednak w mniejszych miastach czy na prowincji samochód, jakim podjeżdża się na niedzielną mszę, nadal wyznacza pozycję społeczną. Posiadanie samochodu to norma; ważne, czy jest to stary, stuningowany golf czy SUV z napędem na cztery koła. Dziś, według socjologów, prawdziwe oznaki statusu to dobra praca, dobre mieszkanie i dobra szkoła dla dzieci. Dla tych, których na to nie stać, samochód nadal jest czymś, co pozwala kompensować brak znaczenia.

Stąd ta agresja na drodze z błahych przyczyn – tłumaczy prof. Mikołejko. – Widziałem niedawno taką scenkę: wtorek, 10.00 rano, centrum Warszawy. Facet w oplu astra zatrzymuje się na światłach, wyskakuje, dopada innego samochodu, wyciąga gościa zza kierownicy i zaczyna go tłuc. Tamten zajechał mu drogę autem lepszej marki, więc w piękny letni dzień tarzają się po jezdni.

Młodzi ludzie, zwłaszcza w dużych miastach, coraz częściej wybierają rower. Kult samochodu staje się dla nich niezrozumiały; wręcz obciachowy. To ta grupa, która świadomie ogranicza konsumpcję, rezygnuje z telewizorów, powołuje się na względy ekologiczne. Argumentują – podobnie jak prof. Mikołejko – że samochód izoluje, a komunikacja miejska czy piesza sprzyja kontaktom międzyludzkim. Przyznają jednak, że nie zawsze takim, jakich by się oczekiwało. Mimo wszystko uważają, że dojeżdżanie samochodem z Kabat do centrum, gdy ma się do dyspozycji metro, jest po prostu niemoralne.

Bardzo przemawia do mnie porównanie zużycia paliwa w komunikacji miejskiej i samochodowej w przeliczeniu na osobę – deklaruje Martyna, studentka UW. – Poza tym nie cierpię tego, jak samochody wpływają na miasta. Wyprowadziłabym je z centrum, bo są tam zbędne. Układ jak na Krakowskim Przedmieściu: taksówki, ambulansy i autobusy jest idealny. W ten sposób miasta stają się znów miejscem życia, a nie tłem dla korków.

Funkcjonowanie bez samochodu staje się coraz łatwiejsze. W bólach, bo w bólach, ale poprawia się komunikacja miejska. W internecie funkcjonują takie serwisy, jak BlaBlaCar, na którym ludzie z samochodami dają ogłoszenia, że gdzieś jadą, a ci bez samochodów kontaktują się z nimi i rezerwują przejazd za niewielką opłatą (POLITYKA 30). Na Facebooku powstaje coraz więcej grup typu „Przejazdy Kielce Radom Warszawa” czy „Olsztyn Ostrołęka, Ostrołęka Olsztyn”, na których ludzie lokalnie skrzykują się na wspólną jazdę. A za chwilę wejdzie do Polski Uber, nazywany postrachem taksówkarzy. Jest to aplikacja, która łączy potencjalnego pasażera z najbliższym zarejestrowanym w systemie kierowcą (POLITYKA 26).

600 godzin męki

Niestety, rośnie także grupa tych, dla których brak prawa jazdy nie jest kwestią wyboru, ale konieczności. Nie stać ich nie tylko na samochód, ale także na kurs. Według Katarzyny Kowalczyk, instruktorki i właścicielki Babskiej Autoszkoły, w Warszawie coraz mniej osób decyduje się na zrobienie prawa jazdy, bo ludzie bardziej niż jeszcze kilka lat temu liczą się z finansami. Kiedyś była moda na posiadanie prawa jazdy, łatwiej było o kredyt, teraz bardziej zastanawiają się nad wydaniem każdej złotówki, spłacają hipoteki, które zaciągnęli kilka lat wcześniej. Młodzi po studiach nie mają pracy, a więc stałych dochodów. Nie widzą sensu, by inwestować w prawo jazdy, które przyda się im za 5 czy może 10 lat. Przez to dużo szkół w całej Polsce musiało się zamknąć w ciągu ostatnich dwóch lat.

Za to klienci są dziś bardziej zdeterminowani. Katarzyna Kowalczyk wspomina kursantkę, rocznik 1944. Nie zdała 11 razy. To była kobieta aktywna zawodowo, energiczna, z werwą. Przez półtora roku wykupiła ponad 600 godzin jazdy. Mimo że jako stała klientka dostawała zniżki, to policzyła, że wydała na prawo jazdy ponad 22 tys. zł. Ale za dwunastym razem się udało.

***

Hamujemy

W 2011 r. zdobyło prawo jazdy 558 tys. osób, w 2012 r. – 617 tys., a w 2013 r. już tylko 464 tys.

Maleje także zdawalność egzaminu teoretycznego, którego formułę zmieniono w zeszłym roku. Obecnie zalicza go około 40 proc. zdających (podchodzących do egzaminu pierwszy raz), przed reformą – około 90 proc. Część praktyczną zdaje dziś 31 proc. kursantów, mniej więcej tyle, co przed reformą.

Spada liczba szkół nauki jazdy w Polsce. W 2012 r. było ich ponad 10 tys., w 2013 r. – 9,6 tys., natomiast 1 lipca 2014 r. działało już tylko 8941 ośrodków.

Polityka 32.2014 (2970) z dnia 05.08.2014; Społeczeństwo; s. 27
Oryginalny tytuł tekstu: "Krzyżyk na cztery kółka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Październik 2021: najciekawsze książki dla młodszych czytelników

Jak co miesiąc wybieramy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. Dla najmłodszych czytelników.

Sebastian Frąckiewicz
23.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną