Społeczeństwo

Ostatnia pomoc

Ludzie w szale: jak im pomóc?

Ze zdiagnozowaną schizofrenią żyje w Polsce 400 tys. osób. Ze zdiagnozowaną schizofrenią żyje w Polsce 400 tys. osób. Arman Zhenikeyev / PantherMedia
Osiem osób w kilkanaście miesięcy, może więcej. Nie przeżyły napadu szału. Nie tyle samego ataku choroby, co próby udzielenia im pomocy.
Świnoujście, mężczyzna z siekierą grozi przechodniom w centrum miasta.Daniel Szysz/Reporter Świnoujście, mężczyzna z siekierą grozi przechodniom w centrum miasta.
Gdańsk, desperat na dachu Dworca Głównego PKPStefan Kraszewski/PAP Gdańsk, desperat na dachu Dworca Głównego PKP

Film z ostatnich chwil życia M. krąży w internecie. Nagrany komórką, zamazany. M. leży na brzuchu, skronią do ziemi, z rękami skutymi kajdankami i wykręconymi do tyłu. Nad nim sześciu policjantów.

Tego, jak go wcześniej gonili i rzucili na ziemię, na filmie nie widać. Nie widać, jak było poprzednim razem – gdy go skrępowali sznurem. Nie pokazano też, kiedy przyjechała karetka, a lekarz zapisał w dokumentacji: „brak tętna, z sinicą, w pozycji ustalonej bocznej”. Respirator na dziesięć dni uruchomił jeszcze serce, ale mózg, z powodu zbyt długiego niedotlenienia, już się nie pozbierał. M. umarł w zamojskim szpitalu i stał się jedną z ośmiu osób (co najmniej), które nie przeżyły próby udzielenia pomocy.

Wyrok na mózg M. mógł zapaść jeszcze w życiu płodowym. Coś – może alkohol, infekcja wirusowa albo niedożywienie matki – zakłóciło rozwój systemu nerwowego. Komórki nerwowe poszły nie tam gdzie trzeba albo stworzyły niewłaściwe połączenia. U szczęściarzy, którym potem los oszczędzi stresów, ta usterka mózgu może odpalić nieszkodliwe dziwactwa, u innych detonować schizofrenię. Jaką – bo jest jej wiele odmian – zależy od drobiazgów, między innymi, czy błąd w budowie mózgu powstał w pierwszych dniach życia płodowego, przed, a może tuż po porodzie. Ale M. życie nie oszczędziło; porzucony w szpitalu, adoptowany. I, jak się potem okazało, cierpiący na schozifrenię paranoidalną. Trudną chorobę, związaną z omamami, epizodami silnego lęku, psychozami. Choć raczej niegroźną dla innych – chorzy na schizofrenię nie mają na koncie większej liczby przestępstw niż zdrowi. Jedyne, w czym przodują, to statystyki samobójstw.

W tym samym czasie co M. w podobnych okolicznościach zginął 56-letni pacjent Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej (policjanci zastrzelili go, gdy w napadzie szału, po narkozie, zaczął demolować oddział neurologii). Trochę przed nimi: 28-latek z Jurcza (zastrzelony, gdy zaczął rzucać kamieniami w samochody), mężczyzna w Lidzbarku Warmińskim i starszy mężczyzna z Krakowa (potraktowany przez policję śmiertelną dawką gazu łzawiącego, po tym, jak w szpitalu wpadł w szał). I jeszcze mężczyzna ze wsi Borucza, do którego policję wezwała rodzina (wpadł w szał na ich widok). Był też człowiek z atakiem ­psychozy, który wjechał rozpędzonym samochodem na główną ulicę Sopotu – tłum go o mało nie zlinczował. Nie uszła z życiem kobieta w Ostrowcu Świętokrzyskim, uznana przez bliskich za opętaną i zabita. W Warszawie ojciec zatłukł na śmierć córkę. Z tego samego powodu.

Domowe sposoby

Ze zdiagnozowaną schizofrenią żyje w Polsce 400 tys. osób. To truizm: jeśli atak szału występuje u osoby chorującej psychicznie, zawsze dzieje się to w skrajnym nasileniu choroby, którego można uniknąć dzięki lekom. Z badań wynika jednak, że połowa Polaków nie bierze leków zgodnie z zaleceniami lekarzy; chorujący psychicznie nie różnią sie w tej kwestii od innych.

Dr Anna Mosiołek, wicedyrektor do spraw lecznictwa Szpitala Psychiatrycznego w Pruszkowie Tworkach, dodaje, że wielu chorych nie tyko samodzielnie odstawia leki, ale też jest zachęcanych przez rodziny do porzucenia farmakologii – bo tyją, stają się ospali itd.

Większość rodzin stara się pomagać, ale po swojemu. Na przykład część chorych w Tworkach zanim trafiła do psychiatry, przeszła egzorcyzmy. Lekarze przymykają na to oko, bo wiara może być pomocna, szczególnie przykazanie nie zabijaj, tu w odniesieniu do siebie samego.

Rodzice M., też chcieli pomóc. Kiedy M. opowiadał, że jest ciemnoskórym muzykiem, wszyscy myśleli, że żartuje, ale żarty skończyły się, kiedy pojechał pod prąd na czołówkę z ukraińskim tirem. Cudem uniknął śmierci i z urzędu – jak to po próbie samobójczej – trafił do psychiatry. Po diagnozie nie podszedł do sesji (studiował prawo na KUL), zamknął się na strychu, gdzie miał swoj pokój i łazienkę. Puszczał głośną muzykę, jakby coś chciał zagłuszyć. Wychodził tylko, żeby zjeść. I wtedy – jak mówią rodzice – było widać, jak się zmienia.

Stopniowo, krok po kroku, rodzice odcinali go od wszystkich obowiązków. Nie musiał szukać pracy, bo dorzucali się do jego renty, miał swoją część domu, niezły sprzęt muzyczny, komputer. Jedyne, co powinien robić, to stawiać się na posiłki, być posłuszny i brać leki. Niby stosował się do zaleceń, ale kiedy leki dawały efekty uboczne – problemy ze snem, nadpobudliwość ruchowa, spadek libido – odstawiał je. I wtedy się zaczynało…

Gdy po raz pierwszy zaczął zbijać szyby i lustra, rodzice nie wezwali pogotowia czy policji, ale postanowili załatwić to sami. Zwabili go do piwnicy, matka złapała za głowę, ojciec wykręcił ręce do tyłu i związał sznurkiem. Kuzyn, wtedy pracujący w pogotowiu, zrobił mu zastrzyk uspokajający, a kiedy zwiotczał, zapakowali go w kaftan bezpieczeństwa. Dla jego dobra wszystko miało zostać między swoimi. Do szpitala zawieźli go sami. Przy którymś z kolejnych ataków rodzice wezwali policję – to prawo każdego, kto boi się o życie swoje lub cudze, a policja zobowiązana jest interweniować. Prof. Bartosz Łoza ze szpitala w Tworkach ocenia, że z policją przyjeżdża do szpitala większość chorych.

Początkowo M. nawet nie uciekał. Ale wszystko zapamiętał. Nawet ustabilizowany, na lekach, bał się odtąd panicznie policji i karetek. Po tych doświadczeniach rodzice postanowili więc przeczekać kolejne psychozy. Wierząc, że jakoś sobie poradzą. Kiedy policjanci sprowadzali go w kajdankach i kaftanie, chowali się w kuchni, żeby ich nie zauważył. Żeby potem nie miał żalu, nie kojarzył ich z przemocą.

Przeczekali tak Boże Narodzenie, potem Nowy Rok. Dopiero na początku stycznia, kiedy M. zabarykadowany na strychu prowadził coraz bardziej burzliwe dialogi z niewidzialnym napastnikiem, postanowili wezwać pogotowie i policję. M. przerażony widokiem mundurów uciekł na dach. Nie wiadomo skąd miał nóż, wymachiwał nim i skaleczył się w szyję. Przez kolejne pięć godzin siedział na dachu, oparty o komin, z nogami opartymi o właz, w samych bokserkach. Rodzice przekonywali najpierw policję, a potem kolejne ekipy: straży pożarnej, negocjatorów, że może wystarczyłoby po prostu pociągnąć go za nogi, żeby wpadł do środka domu. Trzymamy się procedur – powtarzali policjanci. Wreszcie antyterroryści z Lublina weszli na dach, porazili M. paralizatorem i zawlekli do karetki pogotowia. Jeden z wyższych funkcją policjantów zwrócił uwagę, że źle to wszystko zorganizowali: policja poniosła w efekcie zbyt duże koszta.

Do szpitala w podwarszawskich Tworkach przyjeżdżają zwykle właśnie tacy: posiniaczeni, skuci kajdankami, wrzucani do karetki pogotowia jak worki ziemniaków. Kiedyś ktoś przywiózł chorego zawiniętego w dywan. Chorzy z forum schizofrenia.evot.org niechętnie dzielą się takimi doświadczeniami – bo to zbyt dramatyczne wspomnienia. Lęk przed policją, poczucie wstydu, plus ból po użyciu paralizatora, plus rany na przegubach dłoni po źle założonych kajdankach.

Chorujący często wspominają za to, że ich zamiary były niewspółmierne do zastosowanych środków, bo grozili męczącym ich głosom, a w realu nie chcieli nikogo skrzywdzić.

Wszyscy się boją

Agresja chorych nigdy nie jest złem samym w sobie, to wyraz cierpienia i bezradności – mówi dr Anna Mosiołek. – W momencie zaostrzenia schizofrenii chory jest przerażony i w swoim poczuciu broni się, ratuje siebie albo bliskich.

Problem się pogłębia, bo człowiek chory pozbawiony leków jest bardziej niż zdrowy podatny na bodźce z zewntąrz, ale przy tym chłonie nie tylko swoje urojenia, ale też emocje ludzi wokół siebie. Schizofrenia nie stępia instynktu przetrwania, umiejętności czytania ludzkich intencji, nie odbiera strachu. A policjanci mają intencję czytelną: spacyfikować. Inspektor dr Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej Policji przyznaje, że policjanci, którzy są wzywani do interwencji z udziałem chorego psychicznie, nie widzą w nim cierpienia, ale zagrożenie. – Nawet jeśli jego agresja to skutek zaniedbania leczenia, musimy traktować go jak każdego innego napastnika – mówi. – Tym bardziej jeśli np. biega z nożem albo grozi bronią. Policjant nie ma wtedy czasu na zastanawianie się, czy chory grozi głosom czy własnemu dziecku. Najpierw wzywa go do zachowania zgodnego z prawem, potem może oddać strzały ostrzegawcze, a jeśli i to nie pomoże, musi wybrać między tym, co ma przy sobie: pałką, gazem a bronią palną.

Lecz chory nie ma szans rozumieć, co to jest zachowanie zgodne z prawem. Urojenia stają się rzeczywistością. Nie do odróżnienia od tych rzeczywistych. Dopiero leki, m.in wyrównujące poziom dopaminy, przestawiają go na normalne tory. – Ale nawet wtedy – tłumaczy dr Anna Mosiołek – chory nie myśli o chorobie w kategoriach szaleństwa czy zachodzących w mózgu nieprawidłowych procesów chemicznych. Pamięta wszystko, co się działo, ale racjonalizuje (owszem, wydawało mi się, że sąsiedzi mnie podsłuchują, ale są wścibscy, dawali podstawy). Mimo to jego ogląd świata, tak jak po każdym trudnym doświadczeniu, się zmienia.

Lęk nakłada się na lęk. Bo przecież ci policjanci jeżdżący do domów też się boją. Jak wynika z najnowszego raportu „Schizofrenia. Perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce” – wszystkie negatywne stereotypy dotyczące schizofrenii trzymają się bardzo mocno.

Granice wolności

Inspektor Sokołowski nie ukrywa, że policja, zobligowana do podejmowania interwencji wobec osob zaburzonych psychicznie, potrzebuje pilnego wsparcia. – Dążymy do upowszechnienia paralizatorów, bo na wyposażeniu w całej Polsce jest 200 sztuk, albo siatki obezwładniającej, ale kiedy liczy się każda sekunda, nie ma czasu na pobieranie sprzętu od dyżurnego – mówi. – Poza tym załadowanie i wystrzelenie siatki trwa, a tu trzeba działać błyskawicznie. Najczęściej siłą.

Ale być może policja potrzebuje też więcej wiedzy o specyfice chorób takich jak schizofrenia? Może też nowych procedur – skoro wiadomo, że atak agresji, szału wcale nie musi być pochodną choroby. Za dużo stresu, za dużo bodźców – i rusza. Badaczka problematyki agresji prof. Barbara Krahe podkreśla, że sytuacja silnego obciążenia psychicznego plus impuls, taki jak hałas, zanieczyszczenie powietrza czy wysoka temperatura, mogą skutkować eksplozją nawet u zdrowego człowieka. – Do agresji w czystej postaci bardziej skłonni są też chorzy z tzw. organicznymi zaburzeniami psychicznymi, które powstają na tle mechanicznych uszkodzeń mózgu – dodaje prof. Wasilewski. – Do takich uszkodzeń dochodzi np. pod wpływem alkoholu, ale też wypadków, urazów głowy. Bardzo duże ryzyko wybuchu niekontrolowanej agresji występuje u ludzi z psychopatiami, którzy nie mają zdolności empatii. Ale szczególnie silne statystyczne zależności widać pomiędzy skłonnością do skrajnej agresji a tak zwanym modelem autorytarnym osobowości, czyli czarno-białym postrzeganiem świata, nawykowym spostrzeganiem intencji innych jako wrogich itd. Polacy przodują w takich statystykach na świecie.

Na pewno potrzebujemy też wrócić do dyskusji o stanie psychiatrii. Kłopoty z dostępem do lekarzy opisywaliśmy: nagminnie rodziny chorujących pozostawione zostają same sobie i tylko próba samobójcza – symulowana czy nie – gwarantuje szybki dostęp do lekarza. Względnie – atak szału – gwarantuje pomoc policji. Brakuje w Polsce dostępu do opieki środowiskowej. Brakuje wsparcia dla projektów asekurujących chorujących w życiu; w Krakowie niedawno ważyły się losy jednego z nielicznych w Polsce przedsiębiorstw prowadzonych przez osoby ze schizofrenią, bo miasto miało inne plany co do budynków. Brakuje domowej opieki psychiatrycznej; trzeba chorego namówić, by stawił się u lekarza. Nie można w jego imieniu umówić wizyty.

A jest jeszcze pytanie o granice wolności. O to, czy na pewno dobrze je nakreśliliśmy. Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego pisana była we wczesnych latach 90. – gdy po doświadczeniach z totalitaryzmem wszelki przymus i wszelką inwigilację unawano za szczególnie niebezpieczną. Dziś, jeśli chory nie chce przyjmować leków, nikt nie może go do tego zmusić. Ta sama ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego reguluje też zasadę tzw. przymusu bezpośredniego, w myśl której można zmusić kogoś do hospitalizacji, tylko gdy zagraża sobie albo otoczeniu. Tyle że nawet wtedy musi wyrazić pisemną zgodę na leczenie. Jeśli odmawia, konieczne jest, na wniosek psychiatry albo z urzędu, posiedzenie sądu i wyrok w świetle prawa. Rodziny muszą liczyć na siebie, względnie poczekać na zaostrzenie, bo atak psychozy uprawnia do wezwania policji.

Święta jest zasada poufności; gdyby nawet pracodawca chciał utrzymać miejsce pracy chorego pracownika – ale we współpracy z jego lekarzem i kontrolując przyjmowanie leków – to będzie niemożliwe. Lekarz nie ma prawa udzielać żadnych informacji o chorym, nawet za jego zgodą. Na tej samej zasadzie niemożliwe jest uzależnienie korzystania z prawa jazdy od prowadzenia leczenia.

Zgodnie z ustawą wolny człowiek ma prawo odwiedzania tych miejsc, które chce. W warszawskim szpitalu dziecięcym pewien chory psychicznie – który, jak opowiada, był w dzieciństwie molestowany – codziennie wchodzi do izby przyjęć. Zaczepia starsze dzieci, bierze je na ręce, młodsze wyjmuje z wózków. Rodzice wzywają policję, a ta zawozi go do szpitala psychiatrycznego, gdzie okazuje się, że człowiek jest stabilny, bierze leki. Nazajutrz chory wraca do izby przyjęć, bo przecież jest wolnym człowiekiem, znów zaczepia dzieci – i historia się powtarza. Rodzice patrzą wrogo, czasem bardzo.

Wolny człowiek, zdrowy czy chorujący, gdy już odsiedział wyrok, wraca też do swojej społeczności oczyszczony. A co, jeśli ta społeczność wie już o nim wszystko z internetu albo tabloidów. Tym bardziej przestraszona, że w pełni świadoma, iż dopóki nie będzie przestępstwa, musi sąsiada traktować jak każdego. Lęk miewa różne skutki – może sie skończyć nawet linczem, jak we Włodowie.

Pośpiesznie, lecz z namysłem

Pewną próbą odejścia od dotychczasowych zasad była przygotowywana pośpiesznie ustawa (tzw. lex Trynkiewicz) o skazanych za przestępstwa na tle seksualnym, którzy, według administracji więziennej, po zakończeniu wyroków mogą stanowić zagrożenie dla innych osób. Sądy na jej mocy miałyby orzekać o izolacji osób, które odbyły orzeczone wcześniej kary, ale w opinii biegłych psychiatrów, w przyszłości mogą stanowić zagrożenie. Prezydent podpisał ustawę, lecz nie bez wątpliwości. Dlatego skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Być może wyrok Trybunału wskaże kierunki, w jakich możemy – bądź nie możemy – pójść, dyskutując o zasadach ochrony wolności jednostki i granicach prewencji. To, jak społeczeństwo ma chronić chorych i chronić siebie, wymaga głębokiego namysłu i szybkich działań. Przypadki takie jak z Rudy Śląskiej, sopockiego Monciaka czy historia M. z Zamościa są sygnałem alarmowym.

Polityka 37.2014 (2975) z dnia 09.09.2014; Społeczeństwo; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Ostatnia pomoc"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Seks, dragi i polityka

Ta książka wszystko zawdzięcza testosteronowi – deklaruje jej autor Paul B. Preciado. „Testo ćpun” jest odważną próbą poszukiwania tożsamości seksualnej w świecie pełnym hormonalnych pokus i farmakologicznych miraży.

Paweł Walewski
20.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną