„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Źle ułożony

Ostatnia drzemka przy szosie

Tamto ostatnie położenie, na szosie powiatowej, tysiąc kroków od domu, przebiegło w nieświadomości. Zenon był zamroczony alkoholem. Tamto ostatnie położenie, na szosie powiatowej, tysiąc kroków od domu, przebiegło w nieświadomości. Zenon był zamroczony alkoholem. Jeffrey Van Daele / PantherMedia
Jak było kiepsko, to kładł się przy drodze powiatowej i czekał. Ludzie dzwonili i przyjeżdżał transport do lepszego życia. Aż raz coś poszło nie tak.
W sumie śmierć miał dobrą – mówią koledzy spod sklepu. – Tak jakby we śnie.Mirosław Gryń/Polityka W sumie śmierć miał dobrą – mówią koledzy spod sklepu. – Tak jakby we śnie.

Ostatnie położenie przebiegało w nieświadomości. Prawdopodobnie – mówią koledzy spod sklepu – nieprzytomny był, kiedy to się stało. Tamtego dnia ruch na szosie był wzmożony. Okres urlopowy, ludzie wyjeżdżali nad ranem, żeby wcześniej dostać się do nadmorskich kurortów. Zenon wyszedł na szosę. Świtało. Chałupę miał w zasięgu wzroku. Położył się w tym miejscu co zwykle. Ale źle wyliczył? Nieostrożnie położył głowę na jezdni? Zasnął, za bardzo zsunął się na asfalt? Przedobrzył, mówią smutno koledzy spod sklepu. Nadjechała osobówka.

***

Od lat tak się kładł. Za Kwaśniewskiego na szutrowym poboczu, za Komorowskiego na chodniku z kostki. W celu zwrócenia uwagi. Wtedy któryś z przejeżdżających szosą zatrzymywał się, wzywał pogotowie albo policję i wieźli Zenona do miasta. Tam go wykąpali, nakarmili i dali leki na parę dni. Jak nie w izbie, to w szpitalu.

We wsi Brochocinek, którą Zenon K. codziennie przemierzał w tę i z powrotem, nie wiedzą, kiedy doszło do pierwszego położenia. Prawdopodobnie było to już w wieku dojrzałym, kiedy szosa była dla Zenona jedynym ratunkiem, a życie toczyło mu się już tylko pod sklepem. W kucki, z podparciem o ścianę, przy winie, ale zdarzył się i denaturat. Względnie była zakąska, czyli chleb z pasztetową.

Niektórzy z chłopaków pamiętają Zenka z czasów szkolnych, gdy już wiadomo było, że się nie zapowiada. Biegał na przerwach do kibla, w którym zamiast sedesu była dziura w ziemi, popalał popularne. Niczym się nie wyróżniał, uczył się kiepsko. Ale nie rozrabiał. Grzeczny był, spokojny. Można nawet powiedzieć, że zbyt. Zawsze wyglądał, jakby czegoś się wstydził.

Może chodziło o nogi? Z powodu których z Zenka śmiano się na korytarzach. Mianowicie: krzywe. Śmiesznie chodził, a jak biegał, to już całkiem dziwacznie.

Potem też wyglądał, jakby się wstydził czegoś. Był stan wojenny, jak kończył podstawówkę – i zaraz potem, razem z bratem i siostrą wziął się za gospodarkę po rodzicach. Mówili na nich Kwiatkoszczaki. Był momenty, że nawet nie pili i wtedy gospodarka kwitła. Kupili traktor produkcji rosyjskiej. Zbierali zboże i odstawiali do skupu. W końcu brat wziął dziewczynę z innej wsi, ożenił się, siostra wzięła pracowitego chłopaka. I tylko Zenek został. To jakoś wtedy zaczął kłaść się przy szosie. Najczęściej wczesnym rankiem albo późnym wieczorem. Zamykał oczy i czekał. A że ludzie są generalnie dobrzy, zatrzymywali swoje samochody. Dzwonili i przyjeżdżał transport do lepszego życia.

***

Do szosy Zenek miał jakieś tysiąc kroków, widział ją z okna. Samochody jeździły tędy często, w większości osobowe, ale zdarzały się i tiry. Szosa była powiatowa, ludzie skracali sobie drogę między Płockiem i Płońskiem. Czasem jechali za szybko i dopóki gmina nie wycięła przy szosie wysokich topoli, ginęli na tych drzewach z hukiem, który budził Zenka nad ranem.

Zginęła na topoli urzędniczka, która Zenka dobrze znała, bo przychodził do urzędu co łaska; zginął młody chłopak, co ledwie odebrał prawko i już się wziął za wyprzedzanie autobusu na podwójnej ciągłej. Zenek wszystkie te historie dobrze znał i żył nimi, gdy zasiadał w kucki z podparciem o ścianę pod sklepem. Zwykle pierwszy na miejscu zdarzenia.

 

Ale nie żeby nigdy nie próbował inaczej, niż się kłaść. Pamiętają we wsi, jak przychodził do sąsiadów i prosił: o metr pszenicy dla gołębi, o pracę przy pieleniu buraków. Tylko od czasu do czasu robił wielki zryw, przyjeżdżał swoim ruskiem – traktorem – ogolony, odmieniony i pożyczał siewnik. – Tak jakby normalny chłop – mówi jeden z sąsiadów. – Jego kumple to tylko „daj” albo „pożycz”, a on po ludzku: „Pożycz, to ci w polu odrobię”.

Wyjeżdżał w pole tym pożyczonym siewnikiem, a sąsiedzi kręcili głowami ze zdziwienia, że Zenon znowu się za siebie wziął i że teraz już może jakoś z nim będzie. Ale jakoś nie było. Trochę czasu mijało i Zenon znów chodził przez wieś zapuszczony, zawstydzony, znieczulony na tych swoich krzywych nogach. I chwilę później znowu było słychać, że zabrali Zenka z szosy radiowozem.

Któregoś roku brat Zenka stanął na środku podwórka, złapał się za piersi i upadł. Lekarz stwierdził atak serca. Odtąd miał Zenek jeszcze więcej powodów, by się kłaść na szosie. Ludzie pod sklepem mieli wrażenie, że się bał.

Chałupa mu się całkiem zapuściła. Brud, smród, ubóstwo, gołębie na parapetach. Psa kulawego wziął Zenon do sieni, nie wypuszczał, to zwierzę pod siebie robiło. W pomocy społecznej znali jego sytuację, ale od razu mówią, że pomoc przyjmował z trudem i w ograniczonym zakresie. Lekarze, którzy go nieraz z tej szosy ściągali, odnotowywali, że miał czasem nawet ponad 5 promili. – Próbowaliśmy coś robić – opowiadają w pomocy – ale za każdym razem spotykaliśmy się z odmową.

***

Kilkanaście lat temu przyjechała do Zenka siostra z propozycją. Ziemię po rodzicach wezmą z mężem w uprawę, a Zenka będą spłacać. Zenek i tak nie miał sił, żeby pracować, a pieniądze były mu potrzebne. Dogadali się. Siostra Zenka rozwinęła z mężem gospodarkę. Zaglądała do Zenka od czasu do czasu, woziła obiady, może i prosiła, żeby się ogarnął. Ale się nie ogarniał.

A okolica tymczasem zmieniała się na lepsze. – Komuna się skończyła, wrócili obszarnicy – powiedzą dzisiaj w Brochocinku, i głównie chodzi im o tych, którzy dorobili się na cudzym nieszczęściu, odziedziczyli parę hektarów, wzięli kredyty preferencyjne, kupili traktory, kombajny, a potem ziemię od sąsiadów, którzy radzili sobie trochę gorzej. Dzisiaj o Brochocinku mówią, że to prawie miasto: nowe domy, jeden przy drugim, drogie samochody, drogie ciuchy. Małych rolników już prawie nie ma. Ci, którzy w te żniwa zbierają zboże, mówią o sobie „przedsiębiorca” albo „farmer”. Mają po 100 ha i więcej. Takich jak Zenek biorą do pomocy przy zrzucaniu pszenicy z przyczep.

Podorabiała się większość. Nie żeby Zenon nie zauważył. Już nie sypiał dobrze. Coraz częściej zrywał się nad ranem i szedł gdzieś się położyć. Spróbował też po nowemu: zalegnąć w centrum wsi, gdzie pojawiły się w ostatnich latach sklepy, apteka i bank. Konkretnie: na progu tego banku. Wówczas pani Zofia, ajentka, musiała dzwonić – i przyjeżdżali po Zenka. Ale to miejsce było widać zbyt ostentacyjne, bo wrócił Zenon do kładzenia się przy szosie.

Tamto ostatnie położenie, na szosie powiatowej, tysiąc kroków od domu, przebiegło w nieświadomości. Zenon był zamroczony alkoholem. Może to dobrze, mówią teraz pod sklepem. – Los oszczędził mu bólu i strachu. W sumie śmierć miał dobrą – mówią koledzy spod sklepu. – Tak jakby we śnie.

Polityka 38.2014 (2976) z dnia 16.09.2014; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Źle ułożony"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk dla „Polityki”: Prawica nauczyła się grać w gender

Rozmowa z Agnieszką Graff i Elżbietą Korolczuk o kobietach, które na ulicach pokazują nowy feminizm, i mężczyznach zakażonych ultrakonserwatyzmem.

Katarzyna Czarnecka
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną