Społeczeństwo

Drogie dzieci

Alimenty – broń w konfliktach rodzinnych

Zmienia się model ojcostwa. Coraz więcej mężczyzn chce, także po rozwodzie, aktywnie spędzać czas ze swoimi dziećmi. Zmienia się model ojcostwa. Coraz więcej mężczyzn chce, także po rozwodzie, aktywnie spędzać czas ze swoimi dziećmi. Eric Audras / EAST NEWS
Ojcowie notorycznie się migają. Byłe żony chcą ich puścić z torbami. A dorosłe dzieci próbują pasożytować na rodzicach. Alimenty bywają poręczną pałką w wojnach domowych.
Alimentami obciążani są w przeważającej mierze ojcowie, bo sądy najczęściej przyznają prawo opieki matkom.Natalia Senelnik/PantherMedia Alimentami obciążani są w przeważającej mierze ojcowie, bo sądy najczęściej przyznają prawo opieki matkom.

Artykuł w wersji audio

Zgodnie z polskim prawem obowiązek alimentacyjny nie wygasa ani w momencie, gdy dziecko osiągnie pełnoletniość, ani – w przypadku studiujących – gdy ukończy 25 lat. Według Kodeksu rodzinnego rodzice są obowiązani do świadczeń alimentacyjnych względem dziecka, które nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie. Paragraf zaprojektowany dla osób niepełnosprawnych, leżących, wymagających opieki dostał jednak nowy kontekst: tysiąc CV wysłanych, ale żadnej pracy. Niech więc płaci tata. Względnie mama. Bo to kolejny nowy trend.

Grzechy dzieci

Weźmy przypadek 27-latki, która kończy powiedzmy socjologię. Przed sądem może pokazać dziesiątki wysłanych maili, żeby udowodnić, że bezskutecznie szuka pracy w swoim zawodzie – opowiada Agnieszka Metelska, adwokatka. – I nie ma pewności, jak w takiej sytuacji zachowa się sąd. Czy stwierdzi, że jak nie może znaleźć pracy jako socjolog, to niech się zatrudni jako opiekunka dla dzieci, czy przyjmie te tłumaczenia ze zrozumieniem.

Zdarza się, że pracy po prostu brakuje, mimo realnych starań. Według prawa rodzice mogą uchylić się od świadczeń wobec pełnoletniego dziecka, jeśli są one połączone z nadmiernym dla nich uszczerbkiem lub jeżeli dziecko nie dokłada starań, by się usamodzielnić. Tylko co to znaczy w czasach kryzysu? Gdzie przebiega granica, poza którą mówić powinniśmy raczej o odpowiedzialności państwa za losy całego pokolenia?

Zdarzają się przypadki, gdy dorosłe dzieci bezwzględnie pasożytują na rodzicach, przeciągają ukończenie studiów, zwlekają latami ze złożeniem pracy magisterskiej. Bo tak wygodniej. Kilka lat temu mec. Metelska prowadziła sprawę kobiety, której dorosłe dzieci zrujnowały życie. Po trudnym rozwodzie, porzucona przez męża dla młodszej kobiety, pozbierała się życiowo. Znalazła pracę, podjęła studia wieczorowe, na których bardzo jej zależało. Były mąż, bogaty biznesmen, właściwie przekupił dwójkę ich dzieci, pełnoletnich, ale jeszcze uczących się, by zeznawały przeciwko niej. W sprawie rozwodowej całkowicie wzięły jego stronę, a potem pozwały matkę o alimenty, twierdząc, że jej wkład w ich utrzymanie jest zerowy. – Traktowały ją z całkowitą bezwzględnością i pogardą. Przykro było na to patrzeć – wspomina Agnieszka Metelska.

Prawo zobowiązuje oboje rodziców do partycypacji w utrzymaniu dzieci – biorąc pod uwagę ich możliwości finansowe oraz interes dziecka. To, że ojciec czy matka łożą sporo, nie oznacza, że drugi rodzic musi wpłacić tyle samo i w tej samej walucie – jeśli jego wkład w utrzymanie dzieci polega na przykład na organizowaniu im nauki, angażowaniu własnej pracy w odrabianie lekcji, pranie, sprzątanie. Ale jakiś wkład być musi. W tamtej sprawie kobieta nie płaciła dzieciom alimentów, bo była pewna, że sprawę wygra. Proces ciągnął się latami. Przegrała, a w tym czasie kwota zaległych alimentów sięgnęła już 20 tys. zł. Komornik ogołocił jej konto, wszedł na pensję. Musiała rzucić studia.

Ale pazerne, bierne albo zdesperowane dzieci to wciąż epizodyczni bohaterowie historii o alimentach. Bo w głównym nurcie jest bez zmian: Polska wciąż ma jedną z najniższych w Unii Europejskiej ściągalność alimentów. Udaje się odzyskać zaledwie 13 proc. z pieniędzy wypłacanych przez fundusz alimentacyjny. A nie są to małe pieniądze, prawie 1,5 mld zł rocznie. Państwo wypłaca alimenty 340 tys. dzieci, na które nie łożą ojcowie. Zobowiązania dłużników alimentacyjnych wobec budżetu państwa sięgają 6 mld zł.

Grzechy ojców

Zostało po staremu, choć dziś już nie brakuje narzędzi, by ojców dyscyplinować. W ostatnich latach wprowadzono liczne nowatorskie rozwiązania: gminy, które zawiadują funduszem, mogą zobowiązać ojców do zarejestrowania się w urzędzie pracy, zwrócić się o odebranie im prawa jazdy, złożyć wniosek o ściganie, wreszcie przekazać sprawę komornikowi. Mechanizmy, które okazywały się skuteczne na Zachodzie, u nas nie zadziałały.

Większość polskich alimenciarzy to w języku komorników tzw. nieściągalni. Według Andrzeja Kulągowskiego, komornika z warszawskiego Żoliborza, bogaty tata, który ukrywa majątek, żeby nie płacić alimentów, to dla komornika raczej ciekawostka. Owszem, zdarza się, że faceci kuglują, mają podwójne konta, ukrywają dochody, przepisują majątek na kogoś innego, ale jeśli pracują, można ich prześwietlić. Sprawdzić rachunki bankowe, PIT, rozliczenia z urzędem skarbowym. Wchodzi się im na pensję albo spienięża samochód, działkę, papiery wartościowe. Długi alimentacyjne są zaspokajane w pierwszej kolejności, a zasady ich ściągania są drakońskie. Komornik może zająć 60 proc. pensji i nie ma kwoty wolnej od potrąceń. W przypadku innych długów komornik musi pozostawić dłużnikowi 1350 zł miesięcznie; w przypadku alimentów – nie.

Takie sprawy zazwyczaj dość szybko się kończą, bo nękany tata zaczyna płacić. U komorników zostają sprawy beznadziejne, ciągnące się latami. Portret polskiego alimenciarza przypomina portret Ferdynanda Kiepskiego, który zwykł mawiać, że „nie ma w tym kraju pracy dla człowieka z jego wykształceniem”. – To ludzie, którzy żyją z niczego. Nie pracują albo czasem dorywczo, i oczywiście na czarno. Nie figurują w ewidencji ZUS ani żadnej innej. Funkcjonują na granicy patologii – mówi Andrzej Kulągowski. – No i co im zrobić? Zabrać 20-letni telewizor?

Żona Ferdynanda dostaje od komornika zaświadczenie, że jest „nieściągalny” i może zwrócić się o pieniądze do funduszu alimentacyjnego. W latach 2004–08, gdy fundusz był zlikwidowany, liczba spraw alimenciarzy u komorników znacznie spadła. Kobiety nie składały wniosków o egzekucję, bo doskonale swoich Ferdynandów znają i wiedziały, że nie da się z nich nic wydusić.

Z funduszu można dostać do 500 zł na dziecko, jeśli dochód w rodzinie nie przekracza 725 zł. I jeśli przyjrzeć się gminnym statystykom, dla większości tych rodzin to niemal podstawowe źródło utrzymania. Jedna czwarta podopiecznych funduszu to rodziny – w rozumieniu ustawy – bez dochodów, a 35 proc. o dochodzie nieprzekraczającym 250 zł miesięcznie.

Gminy mają problem z odzyskaniem tych pieniędzy, bo na Ferdynanda nic nie działa. Wpiszą go do rejestru dłużników? Proszę bardzo, co za różnica. Zabiorą prawo jazdy? Nigdy nie miał albo już dawno stracił za jazdę po pijaku. W ubiegłym roku stosunkowo wysoką skuteczność miało zwrócenie się z powództwem o alimenty do bliskich dłużnika; jego rodziców lub rodzeństwa. Zadziałało w 22 proc. przypadków. Ale to też nie reguła, bo w 2012 r. takie działania miały skuteczność zerową. Narzędzia, jakich dostarcza polskie prawo, nie różnią się specjalnie od tych, które funkcjonują w zachodniej Europie. Tylko materiał ludzki mamy inny. W dodatku w Polsce uchylanie się od alimentów nadal uchodzi za życiową zaradność, a nie za cwaniactwo i brak odpowiedzialności.

Drugi grzech ojców, który widać na salach sądów rodzinnych, to skąpstwo. Sępią, sknerzą, oczekują, że była żona wyliczy się z każdej bułki, żądają okazywania rachunków, a najlepiej faktur. – Tak jest zazwyczaj w przypadkach rozwodów trudnych, z silnym konfliktem. Bywa, że ojcowie, separując się emocjonalnie od byłej żony, separują się także od dziecka. Samo słowo „rozwód” może działać w sposób magiczny. Znam przypadki, gdy np. w separacji ojciec płacił 1,5 tys. zł, a w momencie złożenia pozwu uznał nagle, że to stanowczo za dużo – mówi Monika Gąsiorowska, adwokatka. – Momentem przełomowym bywa jednak przede wszystkim założenie nowej rodziny i narodziny nowego dziecka.

Zdarza się, że facet podjeżdża do sądu ekskluzywnym samochodem, ze świeżą, karaibską opalenizną, i proponuje, że będzie płacił na dziecko 150 zł, bo niemowlę więcej nie potrzebuje. Po rozwodzie ojcowie potrafią zachowywać się tak, jakby nigdy z dzieckiem nie mieszkali i kompletnie nie zdawali sobie sprawy z jego potrzeb. – Na szczęście sądy mają bardzo dobre rozeznanie w kwestii alimentów. Orzekają tam głównie kobiety, a one świetnie wiedzą, ile realnie kosztuje utrzymanie dziecka – mówi Agnieszka Metelska. – W związku z tym potrafią także spionizować matkę, jeśli te koszty pompuje poza granice rozsądku.

Grzechy matek

Zajęcia z trzech języków obcych, 15 par butów rocznie, telefon komórkowy dla dwulatka, weekendowe rozrywki za 400 zł – kobiety potrafią spis kosztów utrzymania dziecka rozdmuchać w sposób niebotyczny. Trochę to wynika ze strategii: lepiej zalicytować dużo, bo sąd zazwyczaj obniża żądane kwoty, ale nie tylko. O ile w kancelariach komorniczych widać przede wszystkim grzechy ojców, to – według mec. Metelskiej – na salach sądowych coraz częściej przeważają grzechy matek.

Zachłanność i roszczeniowość wynikają po części z obaw kobiety, że sobie w nowej sytuacji nie poradzi, ale trochę też z zemsty za doznane krzywdy. Zdradził, to ja go teraz puszczę w skarpetkach – mówi mec. Metelska. Andrzej Kulągowski przyznaje, że też zna takie sytuacje. Zasądzone alimenty na dziecko ogromne, stosunki między eksmałżonkami napięte, o porozumieniu nie ma mowy. Ona ściga go na zasadzie: ja ci pokażę. – Komornik widzi, że tu wcale nie chodzi o nierozliczone koszty utrzymania dziecka, ale nierozliczone rachunki emocjonalnych krzywd – opowiada Andrzej Kulągowski. – Tylko że to nie ma nic do rzeczy. Jest wyrok, musimy go egzekwować.

Jednak najbardziej paskudnym grzechem matek wobec ojców, którym naprawdę zależy na dziecku, jest gra: płać więcej albo zapomnij o kontaktach. Gdy nie dostają tyle, ile chcą, zajadle i konsekwentnie walczą, żeby ojca jak najbardziej odciąć. To przypadek Mariusza, fotografika pracującego jako wolny strzelec. Gdy się rozwodził, żona zażądała 3 tys. miesięcznie. Na tyle nie było go stać. – No to powalczymy – usłyszał. I od paru lat rozpaczliwie walczy, żeby pozwoliła synowi odebrać od niego telefon, mimo że kontakty telefoniczne ma zapisane w wyroku, żeby – gdy jest jego czas – móc odebrać małego z przedszkola.

Z porozwodowych długów nie wyszedł do dziś, bo gdy sąd miał ustalać wysokość alimentów, żona oświadczyła, że on zarabia 200 tys. zł miesięcznie. W pierwszym momencie zgłupiał, bo była to suma wzięta z powietrza. A sąd, zanim zapadnie wyrok, ustala tzw. zabezpieczenie, które trzeba miesięcznie płacić na dziecko do momentu orzeczenia o wysokości alimentów. Było wysokie, bo sąd wziął pod uwagę oświadczenie żony o jego zarobkach. Musiał płacić, zanim nie tylko nie udowodnił, że tyle nie zarabia, ale także że nie jest w stanie tyle zarabiać. Bo sąd, ustalając wysokość alimentów, bierze pod uwagę potrzeby dziecka oraz możliwości zarobkowe rodzica. A słowo możliwości – zwłaszcza w przypadku wolnych zawodów – bywa kluczowe. Parę lat wcześniej Mariuszowi zdarzało się publikować fotografie w bardzo ekskluzywnych magazynach. Sędzia dopytywała, dlaczego nie robi tego nadal, i z niedowierzaniem słuchała wyjaśnień o kryzysie na rynku medialnym. – Zdarzają się paskudne sytuacje. On ma zasądzone 5 tys. alimentów na dwójkę dzieci. Ona finansowo radzi sobie fantastycznie. Jego firmę dopadł kryzys, więc wnosi pozew o obniżenie tej kwoty. I słyszy od sędzi: pan mieszkał parę lat za granicą, może pan dorabiać, ucząc języków obcych – opowiada Monika Gąsiorowska.

Coraz częściej bywa tak, że problemem nie jest, czy tata da na różowy płaszczyk dla Marysi, ale kto pójdzie do sklepu, żeby z nią ten płaszczyk kupić. Oczywiście zdarza się, że tata koniecznie chce to zrobić sam, bo – zwłaszcza gdy jego przewaga finansowa nad eksżoną jest duża – chce mamę upokorzyć i pokazać córeczce, że mamy to na nic nie stać. Ale zdarza się też, że mama upiera się, że to ona pójdzie do sklepu, bo chce upokorzyć tatę i pokazać córeczce, że tata to właściwie jedynie coś w rodzaju żywego bankomatu. I tylko Marysi w tym wszystkim żal.

Zmienia się model ojcostwa. Coraz więcej mężczyzn chce, także po rozwodzie, aktywnie spędzać czas ze swoimi dziećmi. Płacą nie tylko za rozrywki, ale – nie oglądając się na alimenty – kupują ubrania, zabawki, książki, wyprawki szkolne. Gdy im wychodzi, że płacą podwójnie, bo to było w spisie kosztów utrzymania dziecka, na podstawie którego sąd orzekał o alimentach i chcą wnieść o ich obniżenie, muszą skierować pozew przeciwko własnemu dziecku; „taki a taki przeciwko małoletniemu”. A to boli. W dodatku nie wiadomo, czy sąd to uwzględni, czy może odczyta jako jednoznaczny sygnał, że skoro ojciec tyle dodatkowo wydaje, to stać go na wyższe alimenty. Niezbadane są wyroki sądów rodzinnych. Tam faktycznie zasiadają głównie kobiety i nigdy nie wiadomo, czy fajny, aktywny tata nie zostanie pociągnięty do zbiorowej odpowiedzialności za grzechy Ferdynandów.

Nawet opieka naprzemienna – gdy dziecko tyle samo czasu w miesiącu spędza z mamą i z tatą – nie rozstrzyga sprawy. – Prawo jest takie, że w sprawie rozwodowej, nawet przy opiece naprzemiennej, sąd musi orzec alimenty – tłumaczy mec. Metelska. – Powinien symboliczne, ale znam sytuacje, gdy kobieta oczekuje, że mąż będzie płacił tak, jakby dziecko cały czas mieszkało z nią.

Alimenty nie mają wakacji. Mimo że – co zdarza się coraz częściej – czas urlopowy dzielony jest przez mamę i tatę na pół. Wakacyjny, nawet miesięczny, wyjazd taty z dzieckiem nie zawiesza wypłaty. – To oznacza, że mnie stać na to, żeby pojechać z synem pod namiot albo do dziadków na wieś. Mama zabrała go w tym roku do Disneylandu – mówi Mariusz. – Kto jest fajniejszy i pokazuje dziecku ciekawe rzeczy?

Czasem już na nic nie stać. Ani na nowe studia, potrzebne, by zmienić zawód, ani na dentystę. Bo sytuacja na rynku pracy jest, jaka jest, a pozwy o obniżenie alimentów są w polskich sądach skazane na przegraną. Także za sprawą sprytnej prawniczej strategii, by na pozew odpowiadać kontrpozwem o podwyższenie alimentów. Sąd wyciągnie średnią. W takiej sytuacji może się tylko pocieszać, że alimenty to broń obosieczna.

Zgodnie z prawem, gdy człowiek popadnie w niedostatek, czyli nie jest w stanie zaspokoić swoich uzasadnionych potrzeb, może upomnieć się o wsparcie od swoich dorosłych dzieci. Nawet jeśli przez całe życie zachowywał się jak Ferdynand Kiepski. A ogołocony i zrujnowany mąż alimenty dostać może od byłej żony, jeśli tylko sąd nie orzekł wcześniej, że rozwód nastąpił z jego winy, i jeśli z nikim innym formalnie się nie związał. Takie wyroki też przed polskimi sądami zapadają coraz częściej.

***

Uporczywie unikają

Rocznie zapada w polskich sądach ponad 70 tys. wyroków w sprawach o alimenty, w tym blisko 40 tys. zasądzonych po raz pierwszy. Ich średnia wysokość to ok. 550 zł na dziecko. Alimentami obciążani są w przeważającej mierze ojcowie, bo sądy najczęściej przyznają prawo opieki matkom. Inaczej dzieje się jedynie w przypadkach, gdy kobieta jest absolutnie niewydolna wychowawczo albo na przykład wyemigrowała.

Regularnie i bez opóźnień płaci niespełna 20 proc. Kancelarie komornicze prowadzą rocznie blisko pół miliona spraw egzekucyjnych. W 2013 r. wpłynęło ponad 65 tys. nowych. Tylko 9 tys. udało się załatwić poprzez wyegzekwowanie świadczeń. Uporczywe uchylanie się od płacenia alimentów jest przestępstwem zagrożonym grzywną lub pozbawieniem wolności do 2 lat. Takich wyroków zapada kilkanaście tysięcy rocznie.

Polityka 40.2014 (2978) z dnia 30.09.2014; Społeczeństwo; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Drogie dzieci"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną