Społeczeństwo

Alibi komendanta

Trudno skazać policjanta

Komendant powiedział, że wierzy w sprawiedliwość sądu i uniewinnienie. Co do przyszłości chciałby złożyć wniosek o przywrócenie go do służby – jak wszystko się wyjaśni. Komendant powiedział, że wierzy w sprawiedliwość sądu i uniewinnienie. Co do przyszłości chciałby złożyć wniosek o przywrócenie go do służby – jak wszystko się wyjaśni. Mariusz Szacho / Forum
Czy komendant z warszawskiej Białołęki czuł się tak bezkarny, że zabrał broń podwładnemu, zastrzelił człowieka, ciało zawiózł do lasu, podpalił i – jakby nigdy nic – wrócił na komisariat?
Zdaniem prokuratury motywem zabójstwa mogły być problemy finansowe komendanta. Choć zarabiał dobrze, miał kłopoty, wciąż pożyczał pieniądze.Bob Jacobson/Corbis Zdaniem prokuratury motywem zabójstwa mogły być problemy finansowe komendanta. Choć zarabiał dobrze, miał kłopoty, wciąż pożyczał pieniądze.
Doprowadzenie do prokuratury Mariusza W., byłego komendanta komisariatu z Białołęki.Mariusz Grzelak/SE/EAST NEWS Doprowadzenie do prokuratury Mariusza W., byłego komendanta komisariatu z Białołęki.

Nazwisko komendanta komisariatu z Białołęki Mariusza W. pojawiło się w tej sprawie od razu. Gdy tylko Dariusz Sołowiński, podciechanowski przedsiębiorca, nie wrócił do domu. Żona ostatni raz widziała go w piątek 11 lutego 2011 r., gdy po południu wyjeżdżał autem na umówione spotkanie z komendantem. Ten był mu winien pieniądze, ale za to miał zadeklarować, że zapozna go z jakimś bogatym biznesmenem, któremu przedsiębiorca mógłby korzystnie wynająć swoje pawilony.

1.

Mariusz W. komendantem był od roku. Do policji przeszedł w 1991 r., prosto z wojska, gdzie przez kilka miesięcy służył jako saper na Wzgórzach Golan. „Trzeźwo myśli, łatwo rozwiązuje problemy, podejmując szybko i trafnie decyzje” – napisano w opinii o nim.

Zaczynał od patrolu na Pradze, ale szybko szedł w górę. Ostatnie dziesięć lat to była ciągła karuzela kierowniczych stanowisk. Przy kolejnych awansach powielano jak mantrę zwrot o szybkich decyzjach.

Policja to było jedno jego zajęcie. A drugie to biznes. Wspólnie z żoną wynajmowali od Dariusza Sołowińskiego dwa sklepy, w których handlowali odzieżą. Biznes nie szedł. 8 lutego komendant poprosił przedsiębiorcę o prolongatę zapłaty czynszu. „Za to przynajmniej zrewanżuje się tym zagranicznym biznesmenem” – mówił Dariusz Sołowiński żonie.

Dlatego do komendanta jako pierwszego zadzwoniła żona Sołowińskiego jeszcze w nocy: „Gdzie Darek?”. Usłyszała, że spotkali się, ale tylko w sprawie spłaty czynszu. Policjantowi, który przyjmował zgłoszenie o zaginięciu Sołowińskiego, komendant powtórzył, że widział się z nim w sklepie swojej żony, potem Darek odjechał i tyle. Podobno – do Skrzeszewa na spotkanie z jakimś mężczyzną, ale komendantowi szczegółowo nie wiadomo.

Zawiadomiono wszystkie jednostki w kraju. Poszukiwany: mężczyzna 182 cm wzrostu, 90 kg, tęga budowa ciała, na szyi korale, paciorki. Poszukiwania prowadziła komenda w Legionowie. W policyjnej bazie danych zastrzeżono wszystkie informacje na temat poszukiwanego, łącznie z numerem rejestracyjnym nissana, który zniknął razem z Sołowińskim. Takie zastrzeżenie powoduje, że gdy jakiś policjant w kraju wpisze w bazę jakąkolwiek z informacji, od razu pojawia się komunikat, że dana osoba, rzecz czy auto jest poszukiwane i którą komendę należy zawiadomić – oraz czy i gdzie było widziane wcześniej. Jednocześnie sygnał o takim wejściu na zastrzeżone dane trafia do jednostki prowadzącej poszukiwania. Bo może oznaczać, że osobę zaginioną ktoś np. legitymował lub auto zatrzymano gdzieś do kontroli.

Po trzech tygodniach kompletnej ciszy i braku jakiejkolwiek informacji o zaginionym 3 marca 2011 r. w systemie pojawiła się informacja, że numer rejestracyjny poszukiwanego auta Dariusza Sołowińskiego wystukał policjant z komisariatu na Białołęce. Poszło więc z Legionowa zapytanie o powód zainteresowania się poszukiwanym autem. Przyszła odpowiedź, że w związku z rozpracowaniem handlarzy narkotykami. Oraz że sprawdzano wszystkie auta z sekwencją kilku cyfr, bo cały numer był policjantom nieznany – przypadek więc. Detal, który później miał okazać się istotny.

2.

Po kolejnych dwóch tygodniach, 16 marca 2011 r., na podwórko domku w Kałuszynie pies przyniósł z lasu rękę. Przedramię było mocno obgryzione przez zwierzęta, dłoń była osmolona, jakby leżała w ognisku, na palcu widoczna była złota obrączka. Rozesłano telefonogram do wszystkich posterunków policji o znalezisku, żeby szukać wśród zaginionych. Policjant, który przybył na miejsce, jest sąsiadem drzwi w drzwi z komendantem z Białołęki. Na ostatniej rozprawie zeznał, że spotkali się tego dnia i opowiedział mu o znalezisku. – Nie zauważyłem żadnych emocji, dopytywania. To była zwykła rozmowa policjanta z policjantem – mówił. W tym samym dniu znaleziono poszukiwane auto, z którym zniknął Dariusz Sołowiński. Stało zaparkowane na Białołęce, w zatoczce, kilometr od komisariatu. W środku żadnych śladów, tylko karteczka z nazwiskiem „Janusz Kamiński” napisana ręką zaginionego i telefon z wyjętą baterią.

Dwa dni później dwóch miłośników militariów w lesie pod Kałuszynem znalazło kolejne fragmenty ludzkich zwłok: głowa, pół korpusu, lewa ręka, stopa. Rozwłóczone wokół dołu, nadpalone, poszarpane przez zwierzęta. W dole widać było ślady po ognisku, popiół, w nim fragmenty kości. I rozsypane koraliki. Można było przejść trzy metry obok i niczego nie zauważyć.

Od drogi w stronę lasu policjanci odkryli wyżłobienie, jakby coś było ciągnięte, ale zdaniem leśników na pewno nie przez zwierzę. W tym miejscu parkuje wiele aut. To droga prowadząca do domków letniskowych. Tam m.in. mają domek rodzice komendanta.

Sekcja zwłok potwierdziła, że znaleziono szczątki Dariusza Sołowińskiego. Oględziny wykazały ranę postrzałową głowy, szyi i pleców. Strzały oddano z tyłu. Z powodu braku całego ciała biegli nie mogli orzec ani co było bezpośrednią przyczyną zgonu, ani kiedy on nastąpił. Ale z zaginięcia nagle zrobiła się jednak sprawa o morderstwo. Żona i przyjaciele zamordowanego powtarzali policjantom z wydziału zabójstw o planowanym przez Darka spotkaniu z nieznajomym bogatym biznesmenem oraz że był to pomysł komendanta. Analiza kryminalistyczna wykazała, że 8 lutego, po spotkaniu z komendantem, Dariusz w internecie zaczął wyszukiwać informacji o tajemniczym bogaczu Januszu Kamińskim.

3.

Sam komendant miał alibi. Zeznawał, że: 11 lutego miał dzień wolny, ale ktoś zadzwonił, żeby podpisał jakiś dokument, więc przyjechał koło południa na komisariat. Potem pojechał do domu, do Legionowa; po 18 spotkał się w sklepie z Dariuszem Sołowińskim, w obecności żony i sprzedawczyni. Wyszli razem, a kobiety zostały zamknąć sklep. Dariusz odjechał, a komendant wrócił na komisariat na Białołękę, bo zostawił tam telefon. Był widziany.

Zeznał też, że po drodze spotkał kolegę, Piotra M., kiedyś policjanta, a dziś taksówkarza. I że to on podwiózł go do pracy. To znaczy wysadził go przy ratuszu Białołęka, skąd autobusem komendant podjechał do komisariatu. O 19.45 odwiózł go do domu samochodem służbowym jego zastępca. Piotr M. potem potwierdził tę podwózkę.

 

Tymczasem żadnych nowych tropów, dowodów, nic. Zajęto się więc prozaicznym wątkiem wyszukiwania w systemie na początku marca przez komisariat na Białołęce samochodu zaginionego Dariusza. – Wydawało się nam to podejrzane, bo jak sprawdza się auto handlarzy narkotyków, to bardziej zapamiętuje markę, a nie sam numer rejestracyjny – tłumaczy policjant z grupy dochodzeniowej. Tym bardziej że przecież do komputera wprowadzony został cały numer rejestracyjny, co znaczy, że na komisariacie na Białołęce ktoś kłamał. Dlaczego? Ustalenie nazwisk osób dokonujących sprawdzenia nie stanowiło problemu, bo każdy zostawia swój indywidualny numer indentyfikacyjny. Jeden z dwóch policjantów przesłuchiwanych w tej sprawie przyznał się po długich przesłuchaniach, że to komendant podał mu kartkę z numerami, kazał sprawdzić oraz siedzieć cicho.

Przesłuchania podwładnych zdenerwowały komendanta.

4.

Śledztwo szło błyskawicznie. 22 marca, w cztery dni po znalezieniu zwłok, przesłuchano Piotra M., który dał alibi komendantowi. Z analizy logowania jego telefonu wyszło, że w tamtym czasie był gdzie indziej, niż mówił. Usłyszał, że może nie wyjść już na wolność i dostać zarzut pomocnictwa w zabójstwie. Zajrzał przecież na prośbę komendanta na jego działkę, bo podobno były włamania, był blisko miejsca znalezienia zwłok. Jeszcze przez myśl mu przeleciało, że komendant może specjalnie go tam wysłał, żeby to jego wrobić, jakby co. Załamał się. Powiedział, jak było. A więc: komendant poprosił go o alibi. Powiedział, że problem polega na tym, że ma możliwość awansu na wyższe stanowisko i że żaden cień nie może paść na jego osobę, a miał niefart, bo ostatni widział zamordowanego. – Nie miałem powodu nie wierzyć, powiedziałem, że ma to załatwione – opowiada. Został potem skazany za fałszywe zeznania.

22 marca komendanta odwołano ze stanowiska „w związku z pozyskaniem informacji powodujących utratę zaufania”. Następnego dnia sam zgłosił się do kryminalnych policjant z Białołęki i opowiedział, że tamtego dnia, 11 lutego około południa, komendant niespodziewanie wezwał go i polecił, by przyniósł swoją broń. „Nie interesuj się” – usłyszał tylko. Poszedł do magazynu, poprosił o wydanie broni, na pytanie „po co?” odpowiedział, że „nieważne”.

Potem spytał zastępcy komendanta, czy wie, dlaczego szef zabrał mu broń? Myślał, że chodzi o niego, o usunięcie ze służby, podejrzenia – cokolwiek. Ale zastępca nie wiedział. W poniedziałek dowiedział się z ulgą, że w piątek wieczorem komendant oddał jego broń w kopercie z powrotem do magazynu. Było po godz. 19.00, ale szef kazał wpisać do księgi, że przyszedł o godzinie 16.00.

(Obaj – pożyczający broń i fałszujący wpis w księdze zostali usunięci z policji).

5.

24 marca 2011 r., w sześć dni po odkryciu zwłok komendanta aresztowano pod zarzutem morderstwa. I na tym sprawa utknęła. Biegli wzięli broń do badania. Okazało się, że ma pilnikiem zniekształconą lufę i nie można kategorycznie stwierdzić, że z tej konkretnej broni zastrzelono Dariusza Sołowińskiego, a jedynie, że to prawdopodobne. W odnalezionym koło komisariatu na Białołęce aucie Dariusza Sołowińskiego nie znaleziono śladu zapachu komendanta ani niczego, co mogłoby wskazywać, że w nim był. Nie odkryto żadnych śladów zbrodni na odzieży. Na podeszwach znaleziono „elementy podobne” do składu ziemi i roślin z wyżłobienia uznanego za miejsce ciągnięcia ciała do lasu – ale to też nie żelazny dowód. Ponadto na podeszwie prawego buta komendanta wykryto obecność grudek spopielałej szaropopielatej substancji. „To były drobne grudki, na pewno pozostałości po spaleniu” – napisano. Ale znów: nie na pewno.

Zdaniem prokuratury motywem zabójstwa mogły być problemy finansowe komendanta. Choć zarabiał dobrze, miał kłopoty, wciąż pożyczał pieniądze. Zdaniem biegłej psycholog pieniądze były dla niego wyrazem statusu i środkiem do budowania i podtrzymywania własnej wartości. Ale komendant zaprzecza kłopotom finansowym i wylicza przed sądem skrupulatnie rodzinne dochody, koszty i zyski. Z moimi poborami wychodzi 15 tys. zł – mówił na ostatniej rozprawie. A że pożyczał? Pożyczał, ale żeby interes lepiej się kręcił, żeby kupić więcej towaru, bo wtedy jest taniej.

Prowadzący śledztwo policjanci przyznają, że gdyby to był każdy inny, to – mając tyle poszlak – tak by z nim rozmawiali, że w końcu by się przyznał. No, ale to jest komendant. Otrzaskany aż na Wzgórzach Golan. Który, jak napisano, „trzeźwo myśli, łatwo rozwiązuje problemy, podejmując szybko i trafnie decyzje”, tak więc nie jest łatwym przeciwnikiem.

Sam były już komendant sprawia wrażenie kompletnie wyluzowanego, jest swobodny, pewny siebie, nawet pogodny. Nie martwi się o wyrok. Powiedział, że wierzy w sprawiedliwość sądu i uniewinnienie. Co do przyszłości chciałby złożyć wniosek o przywrócenie go do służby – jak wszystko się wyjaśni.

Sprawa ciągnie się już trzeci rok. Wkrótce zaczną się przesłuchania biegłych i to ich zeznania, opinie i ekspertyzy mogą mieć decydujące znaczenie. Każdą wątpliwość, a dowody są głównie poszlakowe, trzeba bowiem rozstrzygać na korzyść oskarżonego.

Polityka 40.2014 (2978) z dnia 30.09.2014; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Alibi komendanta"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Tata Maty: Młodzi ludzie są mądrzejsi, niż my myślimy, że są

Z prof. Marcinem Matczakiem o tym, dlaczego nie warto być zbyt posłusznym.

Martyna Bunda
07.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną